Powrót

Brytyjska wioska ogłosiła „niepodległość" w proteście przeciwko migrantom

Mieszkańcy Piddington, liczącej około 350 osób angielskiej wioski, przeprowadzili symboliczne referendum i ogłosili niezależność od Zjednoczonego Królestwa. Powodem był plan utworzenia w pobliżu ośrodka dla imigrantów, który miałby pomieścić 1256 osób - niemal czterokrotnie więcej niż liczy sama miejscowość. O znaczeniu tego wydarzenia i głębszym kryzysie migracyjnym na Wyspach mówił w rozmowie z Grzegorzem Ślubowskim dr Przemysław Biskup z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i SGH.

Happening z realnym tłem

Referendum w Piddington, mimo dramatycznego wyniku, niczego formalnie nie zmieniło. Jak podkreślił Biskup, była to „forma takiego happeningu politycznego, który miał zademonstrować protest mieszkańców przeciwko stworzeniu w pobliżu tej wioski ośrodka dla imigrantów". Ośrodek powstanie, a proporcje pozostają uderzające: ponad tysiąc osób obcych kulturowo w sąsiedztwie kilkusetosobowej społeczności.

Ekspert zwrócił uwagę na polityczny kontekst lokalizacji. Populistyczno-prawicowa partia Reform Nigela Farage'a zapowiadała wiosną, przed wyborami lokalnymi, że będzie umieszczać takie ośrodki w okręgach głosujących na ugrupowania proimigracyjne. Piddington na wszystkich szczeblach wybiera Liberalnych Demokratów - partię o „bardzo otwartej, proemigracyjnej postawie". W efekcie, jak ujął to Biskup, mieszkańcy „w pewnym sensie dostają dokładnie to, czego chcieli pod względem programowym".

Problem, na który reaguje wioska, jest realny i narastający. Około 85 procent wykrytej nielegalnej migracji stanowią przeprawy przez kanał La Manche tak zwanymi małymi łodziami. Określenie to staje się coraz mniej adekwatne - ostatnie dwie przeprawy objęły łącznie kilkaset osób.

Radykalizacja i przesuwanie okna Overtona

Napięcia przekładają się na przemoc. Trzy do czterech tygodni temu doszło do poważnych wydarzeń w Dover i Portsmouth na południu Anglii. Pojawiły się tam zorganizowane grupy związane z radykalną prawicą, które nie tylko protestowały, ale niszczyły łodzie migrantów oraz groziły atakami na konwoje policyjne wywożące przybyłych do ośrodków.

Zmienia się też scena partyjna. Na prawo od Reform umacnia się ugrupowanie Restore - odłam uznający partię Farage'a za „zbyt mainstreamową, zbyt liberalną, zbyt proimigracyjną". Jego hasło Biskup streścił jednym zdaniem: „deportujmy miliony", obejmując tym również osoby, które przyjechały legalnie, lecz się nie zintegrowały.

Choć postulat ten wydaje się nierealny, ekspert ostrzega przed lekceważeniem dynamiki debaty. Jego zdaniem Farage przesunął okno Overtona tak bardzo, że jego językiem mówi dziś cała brytyjska prawica, włącznie z konserwatystami, a - biorąc pod uwagę realne działania rządu Partii Pracy - „właściwie cała polityka brytyjska mówi już Farage'em”

Mechanizm przepraw i pułapka prawna

Szlak wiedzie przez Francję. Władze francuskie formalnie zwalczają zjawisko, lecz skuteczność zatrzymań utrzymuje się na poziomie około 50 procent - przy stale rosnących liczbach bezwzględnych. Za organizacją stoją grupy przestępcze, które dobrze rozpoznały brytyjskie uwarunkowania prawne.

Część migrantów wypływa celowo słabymi łodziami, by przekroczyć wąskie wody terytorialne i już po stronie brytyjskiej zgłosić, że łódź tonie. Odbierają ich wtedy służby ratunkowe, co wywołało kontrowersje wokół tego, czy nie pełnią one de facto roli „służby transportowo-taksówkowej" dla nielegalnych migrantów.

Po dotarciu na Wyspy przybysze są instruowani, by natychmiast deklarować chęć złożenia wniosku o azyl. Uruchamia to wielostopniową procedurę, w trakcie której pozostają w kraju przynajmniej kilka lat. Nawet po decyzji o wydaleniu realizacja bywa niemożliwa - migranci niszczą dokumenty, uniemożliwiając ustalenie narodowości czy wieku.

Stąd naciski na wypowiedzenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gwarantującej prawo do ubiegania się o azyl i blokującej wydalenia w trakcie procedury. Stanowisko to przyjęli już konserwatyści. W grze pozostaje również model umowy z państwem trzecim na wzór porozumienia z Rwandą, które przewidywało automatyczne wydalanie i rozpatrywanie wniosków na miejscu.

Ideologia, gospodarka i model duński

Partia Pracy, dochodząc do władzy w 2024 roku, odrzuciła rozwiązanie rwandyjskie z pobudek ideologicznych. Po zderzeniu z realiami i spadkiem notowań rząd - zdaniem Biskupa - częściowo zmienił zdanie: głos zabrało bardziej prawicowe skrzydło, popychające politykę migracyjną w stronę zaostrzenia.

Punktem odniesienia stała się Dania, rządzona przez socjaldemokratów. Ekspert zauważył, że wiele testowanych tam pomysłów pojawiło się najpierw w debacie brytyjskiej, lecz Dania wypracowała silniejszy konsens. Gdy reformy przeprowadza lewica, „dużo łatwiej jest rozbroić" retorykę oskarżającą je o rasizm.

Podobną logikę widać w Wielkiej Brytanii, gdzie twarzą zaostrzonej polityki jest minister spraw wewnętrznych Shabana Mahmood. Biskup wskazał na stały schemat: rolę tę pełnią często osoby pochodzenia imigranckiego - wcześniej Suella Braverman i Priti Patel u konserwatystów, Zia Yusuf w Reform. Łączy je to, że ich rodzice - najczęściej z solidnej klasy średniej, w tym zawodów medycznych - musieli spełnić rygorystyczne wymagania, i którzy uważają, że służyło to lepszej integracji.

Demografia, która zmienia kraj

Za kryzysem stoi głęboka zmiana struktury ludności. Od około dwudziestu lat przyrost populacji Wielkiej Brytanii odbywa się niemal wyłącznie drogą imigracji, przy słabym przyroście naturalnym. Udział osób określających się w spisach jako biali Brytyjczycy wynosi obecnie około 70 procent.

Uwzględniając różnice w dzietności grup etnicznych i religijnych, Biskup prognozuje, że „mniej więcej około 2065 roku najprawdopodobniej biali Brytyjczycy będą mniejszością we własnym kraju". W Londynie są nią od dwóch dekad, a według ostatniego spisu - także w kolejnych dwóch-trzech największych miastach.

Wielka Brytania jest tu, obok Irlandii, szczególnie eksponowana. Składają się na to brak meldunku utrudniający kontrolę przepływów ludności, atrakcyjność angielskiego jako lingua franca oraz efekt spirali - im liczniejsze wspólnoty imigranckie, tym silniejsze sieci wsparcia dla kolejnych przybyszów. Efektem jest getoizacja: powstają samoregulujące się podsystemy społeczne, w których, jak zauważył ekspert, „wystarczy mówić w urdu", by funkcjonować lokalnie.

Rozpad wspólnoty i kryzys systemu partyjnego

Zdaniem Biskupa źródła obecnej sytuacji są potrójne: ideologia, gospodarcze uzależnienie od importu taniej siły roboczej, wypracowane od końca lat 90., oraz „postępująca etnicyzacja i konfesjonalizacja polityki". Imigranci coraz częściej organizują się według kryteriów etniczno-religijnych, tworząc de facto partie wyznaniowe.

Prowadzi to do głębokiego kryzysu systemu partyjnego. Dwie główne partie establishmentowe gromadzą łącznie mniej niż 50 procent poparcia, choć dla stabilności systemu powinny sięgać 80-90 procent. Obecny rząd dysponuje rekordową większością parlamentarną przy wyjątkowo niskim poparciu społecznym, którego jedna trzecia już zniknęła.

Na prawicy poparcie sięga dwudziestu kilku, a nawet trzydziestu procent. Po drugiej stronie rosną Zieloni - partia otwartych granic o „programie ekologiczno-islamistycznym", którą Biskup porównał do lewicy Jeana-Luca Mélenchona we Francji. Do tego dochodzą aspiracje niepodległościowe Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, których pierwsi ministrowie podpisali deklarację domagającą się prawa do samodzielnego rozpisywania referendów.

Bezpieczeństwo pod presją

Kryzys dotyka także obronności. Z ostatnich godzin pochodzi informacja o udaremnionej próbie ataku na amerykańską bazę w Fairford; zatrzymanych ujęto na podstawie przepisów antyterrorystycznych. Kilka miesięcy wcześniej aktywiści propalestyńscy wdarli się na brytyjską bazę Brize Norton i uszkodzili wojskowe samoloty.

Biskup zwrócił uwagę na dramatyczne niedofinansowanie sił zbrojnych oraz na to, że farmer, który przyczynił się do zatrzymania podejrzanych w Fairford, skarżył się na brak ostrzeżeń i dodatkowych patroli - mimo wcześniejszych gróźb. „Wielka Brytania ma problemy nie tylko z migrantami, ale też z własnym bezpieczeństwem" - podsumował rozmówca.

Ekspert nie przewiduje jednak upadku państwa. „W takiej formule, jaką widzimy dzisiaj, raczej nie" - ocenił, dodając, że kraj czeka „solidne przesilenie": wypracowanie nowego modelu brytyjskości, paradygmatu społeczno-gospodarczego oraz rozstrzygnięcie relacji z Unią Europejską, którą - jego zdaniem - Brexit „nie dopełnił się pod względem materialnym". Co do Polaków, według statystyk brytyjskich w kraju mieszka jeszcze od 700 do 800 tysięcy osób, a jednocześnie rośnie liczba Brytyjczyków w Polsce - z kilkudziesięciu tysięcy do niemal 200 tysięcy w ciągu dekady.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter