Ceuta jako broń: jak Maroko wykorzystało migrację przeciw Hiszpanii
Około 80 tysięcy migrantów pokonało kilka tygodni temu granicę dzielącą Maroko od hiszpańskiej eksklawy Ceuty - akcję, którą analitycy uznają dziś za zorganizowaną operację marokańskich władz wymierzoną w Madryt. Jak ocenia Kacper Kita z Nowego Ładu, autor książki „Epoka chaosu", wydarzenie to pokazuje, że presja migracyjna stała się w rękach państw Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu narzędziem szantażu wobec Europy.
Zorganizowana operacja, nie spontaniczny napływ
Skala majowego kryzysu była bezprecedensowa, ale sam mechanizm nie jest nowy. Podobna sytuacja miała miejsce w 2021 roku, gdy Maroko przepuściło kilka tysięcy migrantów w reakcji na przyjęcie w Hiszpanii - na leczenie - przywódcy Frontu Polisario, przeciwnika Rabatu w sporze o Saharę Zachodnią.
Tym razem, według Kity, chodzi o cel strategiczny. „Zasadniczym celem Maroka jest z pewnością po prostu przejęcie kontroli nad Ceutą i Melilą" - mówi ekspert, wskazując na terytoria, do których Rabat rości sobie pretensje. Po nagłośnieniu kryzysu w całej Europie Maroko przyjęło z powrotem większość migrantów, część jednak pozostała, a rząd oficjalnie zapowiedział chęć negocjowania statusu obu eksklaw.
Kita podkreśla przy tym, że są to terytoria od wieków należące do Hiszpanii. „Te terytoria nigdy nie były marokańskie (…), nigdy do państwa marokańskiego nie należały" - zaznacza. Retoryka o „odzyskaniu" ma zatem, w jego ocenie, charakter roszczeniowy, a nie historyczny.
Kontekst międzynarodowy: Waszyngton, Izrael, Algieria
Za marokańską ofensywą stoi rozbudowana gra dyplomatyczna. Rabat wykorzystuje - zdaniem eksperta - swoje dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, by zwiększyć presję na Madryt.
Kita przypomina, że równolegle jedna z komisji Izby Reprezentantów przyjęła deklarację wzywającą sekretarza stanu Marca Rubio do rozmów z Hiszpanią i Marokiem, określając Ceutę i Melilę jako terytoria „zarządzane przez Hiszpanię". Takie sformułowanie relatywizuje hiszpańskie prawa do eksklaw.
W tle pozostaje spór Maroka z Algierią. Próby ocieplenia relacji Madrytu z Algierem zostały przez Rabat wykorzystane jako pretekst do nacisku. Napięcia z Izraelem wynikają natomiast z antyizraelskiej retoryki premiera Pedra Sáncheza w kontekście wojny w Strefie Gazy i ataku na Iran.
Część komentatorów łączyła kryzys w Ceucie z hiszpańskim sprzeciwem wobec USA podczas wojny z Iranem, sugerując zemstę Waszyngtonu lub Jerozolimy. Kita odrzuca tę interpretację jako główną. „Prymarna jest tutaj wola rządu Maroka. Dla nich to jest sprawa numer jeden" - ocenia, dopuszczając jednak, że amerykańskie i izraelskie ośrodki wykorzystały sytuację propagandowo.
Krytyka polityki Sáncheza
Wewnątrzhiszpański wymiar kryzysu jest równie istotny. Premier Sánchez, opierający rząd mniejszościowy na koalicji obejmującej radykalną lewicę oraz katalońskich separatystów, mierzy się z atakami prawicowej opozycji - Partii Ludowej i narodowo-konserwatywnego Vox - za „miękkość" wobec Maroka i migracji.
Zarzuty dotyczą przede wszystkim otwarcia kilka miesięcy temu drogi do legalizacji pobytu nielegalnych migrantów. Rząd zakładał pół miliona wniosków; jak podaje Kita, zgłosiło się ponad milion dwieście tysięcy osób, co znacząco przekroczyło własne szacunki władz.
Konsekwencje wykraczają poza Hiszpanię. Osoba z prawem legalnego pobytu może swobodnie poruszać się w strefie Schengen, a w dłuższej perspektywie - ubiegać się o obywatelstwo. Sánchez został skrytykowany w liście podpisanym przez 22 z 26 pozostałych państw UE, które ostrzegały, że jego polityka będzie przyciągać migrantów do całej Europy.
Kita zwraca jednak uwagę na drugą stronę problemu. „Nie byłoby uczciwe mówić wyłącznie o winie Sáncheza w momencie, w którym ewidentnie jest to element polityki Maroka" - zaznacza, przypominając instrumentalne traktowanie migracji przez Rabat.
Mechanizm szantażu i jego cena
Zdaniem eksperta model wykorzystywania migrantów jako narzędzia nacisku znany jest od kilkunastu lat. Stosują go Maroko, Algieria, Libia, Turcja i Egipt - państwa kontrolujące szlaki tranzytowe do Europy.
„Mogą tym odkręcaniem i zakręcaniem kurka szantażować państwa europejskie" - mówi Kita, opisując grę polegającą na przepuszczeniu migrantów, sprawdzeniu reakcji Europy, a następnie „przywróceniu kontroli" połączonym z wysunięciem żądań. Od 2018 roku Maroko otrzymało od UE wiele miliardów euro w ramach pomocy rozwojowej i humanitarnej, co ekspert określa jako „de facto formę kupowania" ograniczania przepływu migrantów.
Zjawisko napędzają też rozbudowane sieci przemytników. Migranci - często oddając oszczędności życia - płacą za przedostanie się do Europy, licząc na dostatnie życie i możliwość przesyłania pieniędzy rodzinom. Problem nie ogranicza się do Afryki: jak wskazuje Kita, w statystykach włoskiego MSW dotyczących przybyszów morzem od lat na pierwszym miejscu figuruje Bangladesz - biedny, ludny, muzułmański kraj oddalony o tysiące kilometrów.
Demografia jako czynnik strukturalny
Fundamentem zjawiska pozostaje demografia. Kita przytacza, że stosunek ludności Europy do Afryki zmienił się od 1950 roku pięciokrotnie: w połowie XX wieku Europa liczyła około dwuipółkrotnie więcej mieszkańców niż Afryka, dziś Afryka ma ich dwukrotnie więcej.
Różnice w dzietności są jeszcze wyraźniejsze - w porównaniach poszczególnych krajów sięgają, według eksperta, poziomu siedmio-, dziesięcio- czy jedenastokrotnego. W książce zestawia on między innymi zmiany dzietności Polski i Nigerii oraz Niemiec i Iraku.
Kita wiąże spadek dzietności w Europie ze wzrostem poziomu życia, przemianami kulturowymi od lat 60., spadkiem religijności oraz malejącą liczbą małżeństw. W Afryce analogiczny proces - korelujący między innymi z rosnącym wykształceniem kobiet - potrwa, jego zdaniem, jeszcze co najmniej kilkadziesiąt lat.
Paradoksalnie wzrost dobrobytu w krajach pochodzenia początkowo zwiększa migrację: rośnie liczba ludzi, których stać na wyjazd, zanim kraj stanie się atrakcyjny do pozostania. Kita porównuje to do polskiego doświadczenia z okresu bogacenia się kraju.
Spory między państwami UE
Kryzys zaostrzył napięcia wewnątrz Unii. Po wydarzeniach w Ceucie rząd Giorgii Meloni wprowadził kontrole podróżnych przybywających z Hiszpanii - na trasie, po której w ubiegłym roku podróżowało około ośmiu milionów osób. Madryt odpowiedział analogicznymi kontrolami wobec przybywających z Włoch.
Kita podkreśla nakładający się wymiar ideowy: Włochami rządzi prawica, Hiszpanią lewica, a sojusznikiem Meloni jest hiszpański Vox. „Mamy zderzenie ideowe, sprzeczności interesów państwowych" - mówi, wskazując, że w obu krajach w przyszłym roku odbędą się wybory, w których migracja będzie jednym z kluczowych tematów.
Odrębny spór dzieli Włochy i Niemcy. Berlin chce odsyłać do Włoch migrantów, którzy przez ich terytorium dotarli do Niemiec. Rzym odpowiada, że część z nich trafiła na kontynent na statkach niemieckich organizacji pozarządowych. Minister spraw wewnętrznych Matteo Piantedosi nakłada kolejne kary na te jednostki - jak podaje Kita, na statek organizacji Sea-Watch nałożono 45 dni zatrzymania i 7,5 tysiąca euro grzywny.
Cztery czynniki i pytanie o przetrwanie
Kita wskazuje jeszcze jeden element napędzający migrację - presję części firm na pozyskiwanie taniej siły roboczej. „Długoterminowo stawianie na tanią siłę roboczą z trzeciego świata generalnie nie jest opłacalne" - zaznacza, dodając, że przedsiębiorstwa kierują się krótkoterminowym rachunkiem.
Ekspert wymienia cztery czynniki, które Europa musi jednocześnie ograniczać: przepaść demograficzną, naturalne dążenie ludzi do lepszego życia, wykorzystywanie migracji jako broni oraz popyt na tanią pracę. Za konieczne uznaje skuteczniejsze deportacje - obecnie w całej UE wykonywanych jest około dwudziestu kilku procent nakazów opuszczenia terytorium, we Francji zaledwie kilkanaście.
Rozwiązania upatruje w „zdroworozsądkowej solidarności europejskiej" - wspólnym nacisku na państwa trzecie, by przyjmowały własnych obywateli - oraz w ponownym przemyśleniu funkcjonowania strefy Schengen, z której coraz więcej krajów czasowo się wyłamuje.
Kita przywołuje wreszcie koncepcję „prawa do niemigrowania", o której mówił kardynał Robert Sarah. W długiej perspektywie - argumentuje ekspert - lepiej byłoby, gdyby poziom życia w krajach pochodzenia wzrósł na tyle, by ich mieszkańcy mogli spokojnie żyć u siebie. „Musimy myśleć nad sposobami humanitarnego blokowania dostępu do Europy (…), ale jednocześnie bardzo twardo walczyć z przemytnikami ludzi" - podsumowuje.