Powrót

Iran przetrwał atak USA. Bliski Wschód zmienia bieguny

Amerykańsko-izraelska operacja przeciw Iranowi z 2025 roku nie złamała reżimu w Teheranie, lecz obnażyła ograniczenia potęgi Waszyngtonu i przyspieszyła powstawanie nowych regionalnych sojuszy - ocenia Paweł Rakowski, ekspert do spraw Bliskiego Wschodu, autor książki „Nowy Bliski Wschód” i przygotowywanej publikacji o wojnie irańskiej. W rozmowie opisał, jak nieudana próba przekręcenia Iranu przemodelowała układ sił od Turcji po Zatokę Perską - i dlaczego z tej gry całkowicie wypadła Europa.

Turcja i Izrael na kursie kolizyjnym

Rakowski potwierdza narastające napięcie między Ankarą a Tel Awiwem, jednak studzi spekulacje o rychłej wojnie. „Na pewno oba te kraje są na kolizyjnej ścieżce” - mówi, dodając zarazem, że wątpi, by Recep Tayyip Erdoğan i Benjamin Netanjahu doprowadzili do otwartego konfliktu.

Powód jest strukturalny. Zdaniem eksperta Amerykanie świadomie równoważą wpływy izraelskie Turcją. „To nieprzypadkowo jest tak, że to Donald Trump zawsze po ramieniu chodzi z Erdoğanem, a jak Netanjahu przyjeżdża do Białego Domu, to zawsze słyszy same pochwały Erdoğana. To jest robione celowo” - twierdzi Rakowski. Sam Erdoğan ma być świadomy tej roli balansu wobec Izraela.

Napięcie ma konkretne źródło geopolityczne - upadek reżimu Baszara al-Asada. Rakowski przypomina, że gdy Ahmed asz-Szara wjechał do Damaszku 8 grudnia 2024 roku, „następnego dnia Izrael zaatakował wszystkie pozostałości cywilizacyjne w Syrii, po to, żeby Turcy tego nie wzięli”. Konflikt turecko-izraelski zaczął się więc, jego zdaniem, w ciągu doby.

Do wojny irańskiej dochodzi zatem nowy spór, którego areną mogą być Syria i Liban. Erdoğan buduje wizerunek polityka, który skleja to, co Netanjahu rozbija - proponuje stacjonowanie wojsk tureckich w południowym Libanie oraz kontyngent w Strefie Gazy. Sprawa palestyńska, dawniej wspierana przez Związek Radziecki i Iran, przechodzi dziś pod tureckie skrzydła. Rakowski zwraca uwagę, że nawet komunikat o rozbrojeniu Hamasu „szedł przez Ankarę do Waszyngtonu”.

„Netanjahu nie skrytykowano za to, co zrobił, lecz za to, czego nie dokończył”

Ekspert opisuje politykę izraelskiego premiera jako celowe przemodelowanie regionu. Kluczowe jest jednak, że to nie jest wyłącznie strategia jednego człowieka. „To już mamy taki aksjomat izraelskiej polityki, że Turcja jest tutaj zagrożeniem” - mówi Rakowski.

W trwającej kampanii przed wyborami w Izraelu opozycja zarzuca Netanjahu nie kierunek, lecz skuteczność. „Zarzut jest taki, że on nie dokończył. Że oni by to zrobili lepiej” - relacjonuje ekspert. Rządzące trio - Netanjahu, Becalel Smotricz i Itamar Ben Gwir - działa według niego spójnie, a program osiedleńczy na Zachodnim Brzegu jest już praktycznie zatwierdzony.

Efekt jest dalekosiężny. Rakowski zauważa dramatyczną zmianę ram debaty: „Trzydzieści lat temu dyskutowało się o podziale Jerozolimy i o państwie palestyńskim, a dzisiaj rozmawiamy o tym, jak Gaza będzie się odbudowywała”. Sprawa palestyńska, jego zdaniem, została zredukowana do tematu medialnego, bez realnej koncepcji państwowości - a program osiedleńczy uczyni niemożliwym nawet jego szczątkową formę.

Iran, którego nie udało się złamać

Sednem rozmowy pozostaje wojna z Iranem, którą Rakowski uznaje za prestiżową porażkę Waszyngtonu. „Donaldowi Trumpowi nie udało się złamać Iranu. To jest pewien szok” - stwierdza.

Ekspert wskazuje na fundamentalne nieporozumienie amerykańskie. Likwidacja duchowego przywódcy nie zmieniła nic, bo system był na to przygotowany. „Wyeliminowanie 87-letniego starca, czyli Alego Chameneiego, okazało się niewystarczające. Nic nie zmieniło, a pogorszyło temat” - mówi. System irański nakłada teokrację na struktury polityczne i Korpus Strażników Rewolucji (IRGC), co czyni go odpornym na dekapitację.

Kluczowy jest brak alternatywy. Zdaniem Rakowskiego zabrakło postaci zdolnej przejąć władzę. Trump miał wspominać zlikwidowanego w 2020 roku generała Kasema Sulejmaniego jako człowieka, który „gdyby żył, to on by rządził”. To właśnie Sulejmani mógłby, według eksperta, przekształcić islamską republikę w świecki, autorytarny reżim wojskowy - co zmieniłoby wszystko, także w relacjach z Izraelem.

Rozczarowaniem okazały się też inne warianty. Były prezydent Mahmud Ahmadineżad, którego Trump z Netanjahu mieli widzieć w roli nowego przywódcy, żyje skromnie na blokowisku i miał zostać zatrzymany. Syn szacha, Reza Pahlawi, według Rakowskiego był wydmuszką bez poparcia już w chwili opuszczenia Iranu jako osiemnastolatek. „Amerykanie i Izrael mają bardzo krótką ławkę. Właściwie w ogóle jej nie mają” - podsumowuje ekspert.

Program atomowy: cisza wokół najważniejszego tematu

Najbardziej niepokojącym wątkiem pozostaje niewiadoma nuklearna. Po wojnie z czerwca 2025 roku nie ma zdjęć rzekomo zniszczonych instalacji w Fordow czy Natanz. „Ani Irańczycy się nie chwalą, ani Amerykanie nie pokazują, czy to jest naprawdę” - zauważa Rakowski.

Jeszcze poważniejsza jest kwestia zaginionego materiału. „Amerykanie sami przyznają, że zgubili 400 kilogramów uranu wzbogaconego do 60 procent” - mówi ekspert. Powołując się na opinie fizyków, wskazuje, że przy sprawnym systemie rakietowym, którego skuteczność Iran udowodnił, wyprodukowanie z tego materiału około dziesięciu głowic to kwestia dziesięciu-dwunastu dni. „Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Iran jednak był atomowy, gdzieś tak bokiem” - dodaje.

Program nuklearny jest przy tym spoiwem narodowym. „To jedna z niewielu rzeczy, która łączy Irańczyków, zwolenników i przeciwników władzy” - tłumaczy Rakowski, wiążąc to z imperatywem godności kraju o dwuipółtysiącletniej historii imperialnej.

Odporność społeczna i kwestia ropy

Wbrew zachodnim prognozom reżim nie rozpadł się pod naciskiem. Gdy Trump groził zniszczeniem Iranu, Irańczycy tworzyli żywe łańcuchy wokół elektrowni i na mostach. Zachód, według eksperta, po raz kolejny błędnie odczytał kraj. „Tradycyjnie szukał młodych ludzi na ulicy i ich znajdował, ale nie wiedział, że to nie jest prawdziwy Iran” - mówi Rakowski, porównując to do oceniania Polski wyłącznie po głównych ulicach metropolii.

Fundamentem oporu jest pamięć o ropie. Ekspert przywołuje operację Ajax i obalenie premiera Mosaddeka, gdy zachodnie korporacje płaciły Iranowi „kilka centów za baryłkę”. To doświadczenie, jak mówi, „trzyma się ich do dziś” i sprawia, że nie chcą dać się ograbić. Iran, posiadający czwarte największe złoża ropy i drugie gazu, gra na przetrwanie i przyszły korzystny układ z Waszyngtonem.

Nowe sojusze i milczenie Europy

Wojna uruchomiła reakcje regionalne. Powstał „Pakt Mekki” - porozumienie Arabii Saudyjskiej, Pakistanu i Turcji, nazywane „islamskim NATO”. Rakowski jest ostrożny: to raczej zalążek niż gotowa struktura, obciążony sprzecznościami, w tym różnicą między islamizującą Turcją a deislamizującą się Arabią Saudyjską pod rządami Muhammada ibn Salmana.

Iran zaskoczył wytrzymałością i wiarygodnością - zrobił to, co zapowiadał od dekad. Ekspert przypomina, że w odpowiedzi na atak uderzył natychmiast w Katar i Dubaj. Cel Dubaju był precyzyjny: „miasto influencerów”, którzy relacjami z lotniska spotęgowali obraz ataku na cały świat. Efektem wojny są rosnące ceny ropy, nadszarpnięty prestiż USA i rozczarowanie krajów Zatoki, które płacą „gigantyczne pieniądze za bezpieczeństwo, którego nie mają”.

Iran, według Rakowskiego, może dziś „skubać Trumpa ze wszystkich piórek”, dopisując do listy warunków kolejne punkty - od Libanu po Gazę. Waszyngton rozważa blokadę i sankcje, lecz Teheran zapowiada, że deala z obecnym prezydentem już nie zawrze i poczeka do zaprzysiężenia następcy. Mediacje toczą się okrężnie: IRGC przez Pakistan, strona polityczna przez Katar i Oman.

Najostrzejszą konkluzją pozostaje nieobecność Europy. „W ogóle nie ma Europy. Nawet nie jest na tym stadionie, na którym pojedynek się rozgrywa - ogląda go w telewizji” - mówi Rakowski. W regionie, który jego zdaniem stał się naturalnym „kotłem” nieustannych targów i sojuszy, Stary Kontynent przestał być graczem. Amerykanie, mimo wszystkich porażek, wciąż decydują, kiedy i na jakich warunkach ta wojna się skończy - lecz świat wokół nich już się przebiegunował.