Powrót

Spór o UPA testem polsko-ukraińskich relacji. Pułkownik Lewandowski: Kijów może świadomie osłabiać Warszawę

Nadanie ukraińskiej jednostce komandosów imienia "bohaterów UPA" wywołało w Polsce kryzys polityczny, ale według pułkownika Piotra Lewandowskiego, eksperta wojskowego, nie powinno być zaskoczeniem. W rozmowie w "Kanale Otwartym" oficer ocenił, że decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o zatwierdzeniu nazwy może być świadomym elementem strategii osłabiania pozycji Polski na arenie międzynarodowej i otwiera pytanie o przyszły kształt współpracy wojskowej obu państw.

Mit założycielski, którego Kijów nie porzuci

Lewandowski przypomniał, że postać Stepana Bandery oraz UPA stanowią element mitu założycielskiego współczesnej Ukrainy, szczególnie w jej zachodniej części. "Zarówno postać Bandery, jak i jego najbliższych współpracowników politycznych, jak i ramię zbrojne, czyli UPA, jest dla większości obywateli ukraińskich elementem mitu założycielskiego kraju" - stwierdził pułkownik.

Decyzję o nadaniu jednostce imienia "bohaterów UPA" podjęli sami żołnierze biura operacji specjalnych "Północ", a prezydent Zełenski jedynie zatwierdził ten wybór. Według Lewandowskiego dziwić powinno raczej to, że taki gest pojawił się dopiero teraz - kilkanaście lat po Majdanie, podczas którego obok flag ukraińskich i unijnych powiewały barwy jednoznacznie kojarzone z UPA.

Ekspert podkreślił, że pozostaje w nurcie domagającym się pełnego wyjaśnienia zbrodni wołyńskiej, ekshumacji ofiar oraz uznania działań UPA za ludobójstwo o charakterze czystki etnicznej. "Więcej jesteśmy winni obecnie żyjącym Polakom niż Polakom zamordowanym" - zastrzegł jednak, opowiadając się za stonowaną reakcją.

Hipoteza świadomej prowokacji

Najbardziej kontrowersyjna teza Lewandowskiego dotyczy intencji Kijowa. Pułkownik nie wyklucza, że ukraińskie władze świadomie testują polskie reakcje lub wręcz prowokują pogorszenie stosunków. "Nie wykluczam takiej możliwości, że była to świadoma prowokacja" - powiedział, dodając, że ukraińskie służby uważnie śledzą nastroje w Polsce i raczej nie zaskoczyła ich skala reakcji.

Według tej hipotezy celem miałoby być przedstawienie Polski w oczach Zachodu jako kraju ksenofobicznego i kierującego się polityką historyczną kosztem pragmatyzmu. Lewandowski wskazał także na konsekwencje dla ukraińskiej diaspory: pogorszenie nastrojów w Polsce ma sprzyjać powrotom Ukraińców do ojczyzny po wojnie, gdy Kijów będzie potrzebował własnych obywateli do odbudowy kraju.

Pułkownik zwrócił uwagę na sygnały marginalizacji Warszawy w ukraińskiej polityce zagranicznej - od pominięcia Polski na niedawnym szczycie państw bałtyckich w Tallinie po stawianie warunków brzegowych w negocjacjach gospodarczych, które czynią umowy nieopłacalnymi dla strony polskiej. "Ukraina nie jest zainteresowana wzmocnieniem pozycji Polski na wschodniej flance NATO. Tego jestem pewny" - ocenił.

Prowadzący rozmowę Igor Janke wyraził sceptycyzm wobec tej interpretacji, wskazując, że ukraińska ulica pozostaje w większości życzliwa wobec Polski, a wielu ukraińskich żołnierzy z zachodniej części kraju walczyło w ochotniczych batalionach skuteczniej niż jednostki ze wschodu. Lewandowski podtrzymał jednak, że dopuszcza taki scenariusz jako jedno z możliwych wyjaśnień, a polscy politycy nie powinni go ignorować.

Reakcja Warszawy ocenia jako nieskuteczną

Pułkownik krytycznie ocenił dotychczasową reakcję polskich władz, w tym dyskusję o ewentualnym odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. "To świadczy o słabości naszej polityki. To jest symboliczny gest, żadnego znaczenia z perspektywy ukraińskiej mieć nie będzie" - stwierdził.

Wizytę szefa wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa w Polsce Lewandowski określił jako "pusty gest" wykonany na potrzeby polityki międzynarodowej. Jego zdaniem Kijów pokazuje w ten sposób, że nie ignoruje protestów Warszawy, jednocześnie wysyłając człowieka, który "do takich rozmów nie jest predestynowany".

Pułkownik zwrócił uwagę, że rola Polski jako logistycznego huba dla Ukrainy może istotnie zmaleć po zakończeniu wojny - gdy odblokowane zostaną ukraińskie porty i lotniska. Stawia to pod znakiem zapytania trwałość polskiej dźwigni negocjacyjnej.

Wojsko na Ukrainie - zmiana stanowiska

Lewandowski przyznał, że zmienił zdanie w sprawie obecności polskich żołnierzy na Ukrainie po zamrożeniu konfliktu. Wcześniej był przeciwny pomysłom rozmieszczenia polskiej brygady na linii demarkacyjnej, dziś opowiada się za ograniczonym, lecz realnym zaangażowaniem.

Proponuje wysłanie systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwdronowej, szpitala polowego, jednostek logistycznych oraz doradców wojskowych - rozmieszczonych głównie po ukraińskiej stronie granicy, na przykład w rejonie Lwowa. "Polski żołnierz ma bronić polskich granic" - podkreślił, dodając, że systemy ulokowane na Ukrainie mogłyby chronić również polską przestrzeń powietrzną.

Argument o ryzyku rosyjskiej prowokacji pułkownik odrzucił krótko: "Rosja nie potrzebuje prowokacji. Rosja sama je stworzy w razie czego". W jego ocenie obecność wojskowa dałaby Polsce miejsce przy stole negocjacyjnym, możliwość testowania własnego sprzętu w warunkach bojowych oraz dostęp do wiedzy taktycznej, której obecnie pozyskujemy zbyt mało.

Współpraca powierzchowna i spóźniona

Lewandowski ocenił, że obecna wymiana doświadczeń z armią ukraińską odbywa się powierzchownie i z opóźnieniem. Polska nie wysłała na Ukrainę misji wojskowych na poziomie sztuki operacyjnej, a pozyskiwana wiedza taktyczna jest analizowana zbyt wolno, by przekładała się na konkretne zdolności sił zbrojnych.

Pułkownik opowiedział się za budowaniem strategicznego partnerstwa militarnego, w tym wspólnych zakładów zbrojeniowych w Polsce - opartych na ukraińskich licencjach i doświadczeniu. Jako przykład wskazał gąsienicowe drony lądowe służące do ewakuacji rannych, produkowane na Ukrainie w tysiącach sztuk i sprawdzone w realiach wojny. "Pozyskanie licencji i rozpoczęcie produkcji tych pojazdów w Polsce byłoby idealnym rozwiązaniem" - ocenił.

Współpraca powinna obejmować także wspólne ćwiczenia oraz dopuszczenie ukraińskich instruktorów do szkolenia polskich żołnierzy w wybranych obszarach. "Armia ukraińska jest obecnie znacząco lepiej przygotowana do udziału w pełnoskalowym konflikcie zbrojnym niż jakakolwiek inna armia natowska" - przypomniał ekspert, wskazując zarazem na słabość ukraińskich sztabów.

Ryzyko prowokacji rosyjskiej

W końcowej części rozmowy Lewandowski ostrzegł przed rosyjskim wykorzystaniem rosnącego napięcia. Jako analogię przywołał niedawne wydarzenia w Belfaście, gdzie brutalny atak migranta z Sudanu - nakręcony i rozpowszechniony w mediach społecznościowych - doprowadził do wybuchu zamieszek na tle etnicznym.

"Przy obecnym nasyceniu mediami społecznościowymi relatywnie łatwo można manipulować nastrojami. Jeśli poziom niechęci jest na granicy otwartej nienawiści, pojedynczym aktem terroru można doprowadzić do eksplozji" - ostrzegł pułkownik.

Jego zdaniem ukraińska polityka historyczna paradoksalnie zbliża się obecnie do narracji prorosyjskiej - bo to nie Warszawa, lecz Kijów przez decyzję o UPA podniósł poziom wzajemnej wrogości. Lewandowski konkluduje, że polska odpowiedź powinna polegać na rozdzieleniu polityki historycznej od bieżącej: czcić pamięć ofiar, domagać się ekshumacji i uznania zbrodni - ale równocześnie pragmatycznie budować partnerstwo militarne, bo to ono decyduje o bezpieczeństwie obywateli.