Dwie Francje na kursie kolizyjnym przed wyborami 2027
Fala protestów licealistów przerodziła się we Francji w ogólnokrajowe zamieszki. W poniedziałek, w dniu nagrania rozmowy dziennikarza Igora Janke z korespondentem „Rzeczpospolitej” Jędrzejem Bieleckim, zamkniętych było od 600 do 700 liceów. Płoną samochody, rośnie liczba rannych policjantów, a radykalna lewica próbuje przechwycić bunt na pół roku przed kluczowymi wyborami prezydenckimi. W tle narasta kryzys gospodarczy, kulturowy i religijny, który zdaniem rozmówców może zachwiać fundamentami Unii Europejskiej.
Bunt zaczął się w szkołach
Protesty wybuchły w podparyskiej miejscowości Créteil i rozlały się na kolejne placówki. We Francji działa około 3,5 tysiąca liceów, a bunt objął także gimnazja. Według Bieleckiego podłożem jest zapaść systemu edukacji w strefach imigracyjnych.
Reporter opisuje szkołę w podparyskim Bondy, którą odwiedził latem. Jej dyrektorka mówiła o „załamaniu autorytetów” - rodziny, policji i szkoły. W tej placówce, jak relacjonuje Bielecki, około 90 procent uczniów wywodzi się z rodzin subsaharyjskich, co jest efektem zjawiska getoizacji dzielnic.
„To był taki deal republikański” - mówi Bielecki o dawnym modelu integracji. „Skończyłeś maturę, masz pracę, stajesz się Francuzem, pracujesz z Francuzami. Tego już nie ma, bo tej pracy nie ma”. Rodzice uczniów nie mają zatrudnienia, a sami młodzi ludzie nie widzą perspektyw.
Warunki w szkołach dodatkowo pogłębiają frustrację. Według danych przytoczonych przez Bieleckiego 20 procent liceów ma ponad 35 uczniów w klasie, a 70 procent - powyżej 30. W ostatniej dekadzie wyremontowano zaledwie 15 procent placówek. Brakuje nauczycieli: na stanowisku początkowym zarabiają 1600 euro netto, a po 30-35 latach pracy - około 3200 euro. „Nawet jak są pieniądze, są etaty, to nauczyciele nie chcą pracować” - relacjonuje słowa dyrektorki reporter. Zdarza się, że przez cały rok w szkole nie ma nauczyciela biologii.
Narkotykowy biznes zamiast dyplomu
System nauczania pozostaje archaiczny. Jak przekazuje Bielecki za dyrektorką z Bondy, program gimnazjalny wywodzi się z czasów ministra Jules’a Ferry’ego z lat 80. XIX wieku, a model nauczania w liceach - z epoki Napoleona. Francja wypada w badaniach PISA znacznie gorzej niż Polska.
Absolwenci szkół ze stref imigracyjnych napotykają barierę na rynku pracy. „Dzwonisz, mówisz: nazywam się Mohamed, mieszkam w Bondy, czy jest dla mnie praca? Nie ma żadnej możliwości” - opisuje reporter mechanizm ukrytego rasizmu. Ta sama rozmowa prowadzona przez kandydata z zamożnej 16. dzielnicy kończy się inaczej.
Alternatywą staje się handel narkotykami. Uczniowie wyrzuceni ze szkół dostają od grup przestępczych pierwsze zadania - pilnowanie miejsc sprzedaży i ostrzeganie przed policją okrzykiem „ara”. Za to otrzymują, według Bieleckiego, około 200 euro dziennie, czyli tygodniowo więcej, niż zarabia ich nauczyciel. We Francji co najmniej milion osób regularnie konsumuje kokainę, a liczba ta szybko rośnie.
Reporter opisuje też tzw. obszary stracone dla republiki, zwłaszcza w północnych dzielnicach Marsylii, gdzie działają algierskie mafie. Funkcjonariusz oddziałów prewencji CRS relacjonował mu, że do napraw w blokowiskach przyjeżdża kilka wozów policji, by ochronić ekipę techniczną.
Mélenchon i strategia polaryzacji
Do protestów dołączyła radykalna lewica - Francja Niepokorna (LFI) Jeana-Luca Mélenchona. Bielecki mówi o „infiltracji”, o której informował także francuski minister edukacji. Na ulicach pojawili się również tzw. casseurs, czyli niszczyciele związani ze skrajną lewicą.
Mélenchon startuje w wyborach po raz czwarty. W pierwszej turze zwycięstwo Marine Le Pen z wynikiem 33-35 procent uznaje się za pewne. O drugie miejsce rywalizują były premier Édouard Philippe i Mélenchon, idący „łeb w łeb”. Elektoratem lidera LFI są przedmieścia zamieszkane przez obywateli francuskich pochodzenia magrebskiego i subsaharyjskiego - około ośmiu milionów ludzi.
Bielecki przypomina, że wzorem Mélenchona jest Maximilien Robespierre. Polityk miał mówić, że „potencjał terroru jeszcze się nie wyczerpał”, odwołując się do szczytowego okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Program LFI obejmuje wyjście z NATO, jednostronne wypowiedzenie niektórych traktatów unijnych i budowę Szóstej Republiki. Wobec długu sięgającego 120 procent PKB Mélenchon proponuje „spalenie” jego części.
Rozmówcy przywołują analogię do maja 1968 roku - ruchu studenckiego, który omal nie obalił Charles’a de Gaulle’a; generał podał się do dymisji w kwietniu 1969 roku. Pytanie brzmi, czy Mélenchonowi uda się rozszerzyć protest na studentów, nie odstraszając przy tym bardziej umiarkowanych wyborców.
Dwie Francje i erozja środka
Bielecki zwraca uwagę na kontrast dwóch obrazów tego samego Paryża: płonących ulic i 700-tysięcznego tłumu podczas wizyty papieża. Ostrzega jednak przed nadinterpretacją religijnego ożywienia - do mszy regularnie chodzi około 4 procent Francuzów.
Rektor katedry w Reims powiedział reporterowi, że „Francja przestała być krajem chrześcijańskim”, ponieważ zanikł międzypokoleniowy przekaz wiary. Muzea muszą dziś dodawać podstawowe opisy wyjaśniające, kim jest postać na krzyżu. Załamały się śluby kościelne i chrzty, a wiele kościołów na prowincji stoi pustych lub zamkniętych - od 1905 roku są własnością gmin, a księża zarabiają symbolicznie.
Jednocześnie, jak mówi Bielecki, „pełne są meczety”. Islam stał się dla części ludności magrebskiej sposobem na odnalezienie tożsamości wobec braku pracy i integracji. Rośnie liczba konwertytów, a kościoły zielonoświątkowe, których wiernych przybyło ośmiokrotnie w ciągu 50 lat, są dziś trzecią religią kraju.
Erozja dotyczy też sceny politycznej. „Nie ma w ogóle partii socjalistycznej” - podkreśla Bielecki, wskazując, że ugrupowanie François Mitterranda i François Hollande’a nie ma szans na drugą turę. Gaullistowska prawica, która wydała czterech prezydentów Piątej Republiki, ma dziś 6-8 procent poparcia. Emmanuel Macron kończy kadencję z 18 procentami.
Dług, który może wysadzić system
Centralnym problemem pozostaje gospodarka. Francja ma największy udział sektora publicznego w Unii - 57 procent PKB - oraz najwyższe podatki. Bielecki przytacza symboliczny zbieg okoliczności: 35-godzinny tydzień pracy wszedł w życie niemal równocześnie z przystąpieniem Chin do Światowej Organizacji Handlu.
Dług publiczny jest dziś najwyższy w Unii poza Grecją i Włochami. Rentowność dziesięcioletnich obligacji sięga około 5 procent, a inwestorzy żądają od Francji wyższej premii niż od Grecji czy Hiszpanii. Obsługa zadłużenia pochłania około 90 miliardów euro rocznie - więcej niż edukacja i obrona.
Reporter opisuje mechanizm, który paraliżuje rynek pracy. Właściciel lokalu w Amiens, rodzinnym mieście Macrona, opowiedział mu, że kucharz odszedł z pracy, bo zasiłek dla bezrobotnych okazał się niewiele niższy od pensji. Próba Macrona, by podnieść wiek emerytalny o dwa lata, została ostatecznie zawieszona.
Bielecki wskazuje też na kryzys symboli francuskiej potęgi. Zakłady Michelin zamykają we Francji dwie fabryki, rozwijając jednocześnie strategiczną inwestycję w Olsztynie. Masowo wyrywane są winnice z powodu nadprodukcji i konkurencji z nowego świata. Polska ma dziś nadwyżkę w handlu rolno-spożywczym z Francją - co reporter nazywa zjawiskiem „niesamowitym” wobec rolniczej tradycji tego kraju.
Stawka sięga przyszłości Unii
Rozmówcy zgadzają się, że wybory z 2027 roku będą rozstrzygające nie tylko dla Francji. „Bez Francji nie ma Unii Europejskiej, a nikt, zaczynając od Polski, nie ma planu B” - mówi Bielecki. Program Le Pen zakłada wyższość prawa francuskiego nad europejskim, nieuznawanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości i priorytet narodowy, co w praktyce oznacza koniec jednolitego rynku.
Janke ostrzega, że decyzje o rozpadzie integracji mogą zapaść nie w wyniku strategii, lecz presji politycznej - jak Brexit u Davida Camerona czy niemiecka Energiewende po katastrofie w Fukushimie. Le Pen nie idzie dziś z hasłem wyjścia z Unii, lecz jej kurs można realizować „od wewnątrz”. W 2017 roku jej zapowiedź wyjścia ze strefy euro przestraszyła wyborców i przyczyniła się do porażki.
Bielecki widzi tylko jedno realne wyjście z kryzysu - zderzenie z rzeczywistością finansową. „Jeżeli ten kraj dojdzie do ściany, to będzie po prostu bankructwo” - mówi, wskazując na scenariusz interwencji Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który w przypadku Grecji doprowadził do spadku PKB o 27 procent. Problem w tym, że Niemcy nie mają środków, by ratować drugą gospodarkę Unii.
Zarówno zwycięstwo Le Pen, jak i Mélenchona oznaczałoby głęboki wstrząs dla europejskiej architektury, w której Polska rozwijała się dzięki jednolitemu rynkowi. Różnica między obiema Francjami - tą płonącą na przedmieściach i tą, która wciąż wierzy w swoją wyjątkowość - ma zostać rozstrzygnięta w kwietniowo-majowej turze wyborów 2027 roku. Jak podsumowuje Bielecki, będzie to „diabelski wybór”.