Powrót

Kryzys paliwowy w Rosji odsłania architekturę władzy Kremla

Rosję ogarnia coraz głębszy kryzys paliwowy, wywołany ukraińskimi uderzeniami dronowymi na rafinerie, a jednocześnie Władimir Putin buduje narrację o "nowej elicie" wywodzącej się z frontu. Denis Salnikow, rosyjski analityk mieszkający w Polsce, w rozmowie na kanale otwartym opisuje, kto naprawdę rządzi dziś Rosją i dlaczego zmiana władzy pozostaje mało prawdopodobna, mimo rosnących problemów gospodarczych.

Kolejki po benzynę i "samowary" znane z Czeczenii

Ukraińskie drony trafiły w kolejne rafinerie - dwie w obwodzie rostowskim i jedną w krasnodarskim. Kilka dni wcześniej Putin zwołał naradę, na której zapewniał, że sytuacja jest pod kontrolą. Wprowadzono zakaz eksportu oleju napędowego, a prezydent poparł pomysł zakładania mini-rafinerii zgłoszony przez jednego z gubernatorów.

Salnikow zwraca uwagę, że to rozwiązanie przypomina tak zwane "samowary" z czasów drugiej kampanii czeczeńskiej - małe zakłady produkujące benzynę niskiej jakości. Skutki już są widoczne: w mediach społecznościowych mnożą się nagrania długich kolejek na stacjach i skarg właścicieli drogich samochodów, których silniki odmawiają posłuszeństwa po zatankowaniu paliwa dopuszczonego ostatnio na rynek.

Kryzys uderza w codzienne życie Rosjan, ale zdaniem analityka nie przekłada się na potencjał protestu. Zaufanie do Putina spadło z 85-87 procent na początku wojny do około 72 procent, a zaufanie do władzy jako całości jest o kilkadziesiąt punktów niższe. Aparat represyjny działa błyskawicznie, a znaczna część ludzi, którzy w marcu 2022 roku wychodzili na Newski Prospekt, dziś już w Rosji nie mieszka.

Putin jako arbiter, nie samodzierżca

Salnikow rozbija popularny na Zachodzie obraz Putina jako wszechwładnego decydenta. Prezydent działa raczej jak arbiter między klanami, które przyprowadził ze sobą z Petersburga ćwierć wieku temu. Wokół niego funkcjonuje kilkanaście grup interesów: bracia Rotenbergowie, których poznał na treningach judo, bracia Kowalczukowie - według części źródeł jeden z nich miał namawiać Putina do ataku na Ukrainę - czy Igor Sieczyn stojący na czele Rosniefti.

Około 29 procent osób na kluczowych stanowiskach ma powiązania z aparatem siłowym - pracowali w FSB lub mają w niej krewnych. Obok nich funkcjonują tak zwani "petersburscy liberałowie" z otoczenia byłego mera Anatolija Sobczaka, w tym Dmitrij Miedwiediew i German Gref. Decyzje o poważnej eskalacji - jak wysadzenie pociągu w Polsce - wymagają zgody Putina, ale, jak zaznacza Salnikow, prezydent nie siedzi nocami na Kremlu i nie wymyśla operacji samodzielnie. Propozycje przynoszą ludzie z klanów.

Przykładem samodzielnej inicjatywy podwładnych ma być zabójstwo Borisa Niemcowa w 2015 roku. Według wielu dziennikarzy dokonali go ludzie związani z Ramzanem Kadyrowem, a czeczeński przywódca miał nie pytać Putina o zgodę - chciał zrobić prezydentowi "prezent urodzinowy".

Oligarchowie: test lojalności

Klasyczna oligarchia z lat 90. praktycznie zniknęła. Beriezowski i Gusinski musieli opuścić Rosję, Chodorkowski trafił do więzienia, a z pierwotnej grupy realny wpływ zachował właściwie tylko Roman Abramowicz, pośredniczący w rozmowach rosyjsko-ukraińskich.

Losy trzech oligarchów, którzy skrytykowali wojnę, pokazują mechanizm dyscyplinowania biznesu. Oleg Tinkow po nazwaniu Buczy "rzezią" musiał sprzedać akcje Tinkoff Banku za 3 procent ich realnej wartości. Arkadij Wołoż, założyciel Jandeksu, sprzedał swój pakiet z pięćdziesięcioprocentowym dyskontem i stracił prawo do marki. Oleg Dieripaska, który początkowo także wypowiedział się przeciwko wojnie, stracił kompleks hoteli w Soczi, ale po demonstracji lojalności władza zaczęła zwracać mu majątek - część w 2024 roku, kolejną w 2026.

Redystrybucja własności po 2022 roku przyniosła państwu 50-60 miliardów dolarów - więcej niż prywatyzacja z lat 90., którą Salnikow wycenia na 25 miliardów. Liczba miliarderów w Rosji od początku wojny niemal się podwoiła. Ci nowi beneficjenci - jak raper Timati, który przejął rosyjski Starbucks, czy krewny Kadyrowa, który dostał aktywa Danone'a - swój majątek zawdzięczają obecnemu systemowi i Putinowi jako gwarantowi.

Fasadowa "elita frontu" i dziedziczenie władzy

Putin wielokrotnie zapowiadał, że uczestnicy "specjalnej operacji wojskowej" mają stanowić nową elitę Rosji. Według badań Meduzy, na 1300 weteranów SWO pracujących dziś w administracji państwowej około 850 zajmowało stanowiska urzędnicze jeszcze przed wojną. Powstały specjalne bataliony złożone z urzędników i ich dzieci, którzy służą krótko, zdobywają status weteranów i wracają do biurek.

Realny model sukcesji to nepotyzm. Zespół badawczy Projekt ustalił, że 76 procent z około 1200 przebadanych osób z aparatu władzy pochodzi z kręgów elity sowieckiej. Sam Putin ma co najmniej 25-27 krewnych na stanowiskach kierowniczych. Syn Nikołaja Patruszewa jest wicepremierem, syn Siergieja Kirijenki kieruje rozwojem komunikatora Max i alternatyw dla YouTube'a. Roman Badanin, szef zespołu Projekt, ujął to jednym zdaniem: elity "przekazują nas w spadku jak majątek".

Salnikow nie widzi podstaw do optymizmu w związku ze zmianą pokoleniową. Technokraci z początku lat 2010, pracujący wcześniej w londyńskich bankach, mieli zachodnie nastawienie, ale system ich zmienił - dziś to oni pozwalają Rosji funkcjonować mimo sankcji. Bez własnej wizji politycznej.

Bunt mało prawdopodobny, alternatywa mroczna

Otwarty sprzeciw oligarchów jest niemal wykluczony - ich majątki zależą od Putina jako arbitra. Analizowany przez The Economist wywiad z oligarchą Andriejem Mielniczenką pokazuje granice krytyki: biznesmen domaga się większej podmiotowości biznesu i obywateli, ale nie żąda odejścia prezydenta. Wcześniej twierdził, że wojnę sprowokował Wołodymyr Zełenski swoim "nieprofesjonalizmem".

Realnym scenariuszem zmiany pozostaje "czarny łabędź" - bunt wojskowych typu prigożynowskiego. Salnikow ostrzega jednak, że gdyby do niego doszło, nie byłby motywowany sprzeciwem wobec wojny, lecz przekonaniem, że jest ona prowadzona zbyt miękko - bez broni jądrowej, bez uderzeń w Bankową w Kijowie. Jeden z badaczy ruchu Z zauważył ostatnio, że Z-patrioci domagają się tego samego co liberałowie: uczciwych sądów, uczciwej gospodarki, szacunku dla obywateli.

Zmiana wewnątrz Rosji jest więc możliwa, ale - jak podsumowuje analityk - szanse, że przełoży się na politykę zagraniczną akceptowalną dla Zachodu, pozostają niskie. Poparcie dla demokracji jako optymalnego ustroju spadło w Rosji z 50 procent na początku lat 90. do 12-13 procent dzisiaj.