Powrót

Kto zapłaci za państwo, gdy AI podetnie podatki od pracy

Maks Kuśmierek, autor programu Technomax i raportu „Polska w obliczu AGI", ostrzega, że rozwój sztucznej inteligencji może osłabić wpływy z podatków od pracy, które dziś napędzają polski budżet. W nowym odcinku proponuje przesunięcie części ciężaru fiskalnego z pracy na wartość gruntu oraz stopniową odbudowę publicznego banku ziemi - reformy rozłożone na lata, obwarowane osłonami dla właścicieli głównego domu.

Punktem wyjścia jest arytmetyka budżetu. Jak wylicza Kuśmierek, w 2025 roku PIT oraz składki społeczne i zdrowotne mają dać państwu około 750 miliardów złotych. To nie tylko pensje etatowe, lecz także działalności gospodarcze, umowy, emerytury i inne daniny związane z dochodami osób fizycznych - „największy silnik, który napędza polskie państwo pod względem fiskalnym".

Silnik, który przestaje nadążać

Ten silnik już dziś nie domyka rachunków. Autor przypomina, że w 2026 roku budżet musiał dorzucić do NFZ ponad 30 miliardów złotych - mimo że fundusz płac wciąż rośnie. „To potraktujmy jako ostrzeżenie, nie jako dowód katastrofy" - zastrzega, wskazując, że koszty leczenia rosną szybciej niż składki, zanim jeszcze do gry weszła sztuczna inteligencja.

Głównym zagrożeniem nie musi być masowe bezrobocie. Kuśmierek kreśli scenariusz, w którym polska firma kupuje technologię w abonamencie u zagranicznych dostawców, a własność intelektualna i renta technologiczna należą do podmiotów spoza kraju. „Może być tak, że gospodarka będzie rosła, PKB będzie rosło, ale Polska będzie klientem cudzej infrastruktury" - mówi.

W takim układzie dochody przenoszą się z bazy łatwej do opodatkowania - pracy - do bazy mobilnej, jak zyski firm zarejestrowanych w Irlandii. Autor przywołuje raport NASK i Międzynarodowej Organizacji Pracy, według którego w Polsce ponad 5 milionów stanowisk jest podatnych na automatyzację lub transformację przez AI. Nie oznacza to natychmiastowej likwidacji tych miejsc pracy, lecz zmianę sposobu tworzenia wartości.

Bank Światowy przeanalizował scenariusz dla Polski do 2035 roku. Względem ścieżki bazowej wpływy z PIT i składek są w nim niższe, a z CIT i VAT - wyższe. Kuśmierek nazywa go optymistycznym: łączne dochody państwa mogą pozostać blisko ścieżki bazowej, a skumulowane saldo nawet się poprawić. Warunkiem jest jednak sprawna zmiana zawodów i dostosowanie systemu podatkowego, czyli przejęcie części nowej produktywności. „Póki co dzisiaj nie widzimy, żeby były czynione tego przygotowania" - stwierdza autor, dodając, że odpowiedzi otrzymane z ministerstw są „gorsze, niż mi się wydawało".

Dlaczego nie podatek od robotów ani od tokenów

Kuśmierek rozważa i odrzuca prostsze pomysły. Podatek od robotów rozbija się o definicję: ramię na linii produkcyjnej łatwo uznać za robota, ale co z kioskiem bagażowym na lotnisku, makrem w arkuszu kalkulacyjnym czy modelem w chmurze? „Im węższa definicja, tym łatwiej ją obalić. Im szersza, tym bardziej karalibyśmy za zwykłą informatyzację" - zauważa.

Przywołuje model ekonomistów Guerreiro, Rebelo i Telesa, w którym podatek od robotów zaczynałby się od 5 procent i malał do zera - miałby kupić ludziom czas na zmianę zawodu, a nie finansować państwo na stałe.

Podobne wątpliwości budzi opodatkowanie tokenów lub firm dostarczających AI. Koszt takich danin wróciłby jako droższa usługa dla polskich szkół, szpitali, firm i startupów, ograniczając ich rozwój. Obłożenie dodatkowymi podatkami krajowych centrów danych - których, jak przypomina autor, i tak jest niewiele - działałoby wbrew strategii rozwoju technologicznego. Efekt końcowy takiego scenariusza to gospodarka, w której „mamy nawet 10 razy większe PKB w kraju, ale nie mamy kapitału".

Ziemia jako baza, której nie da się wywieźć

Stąd propozycja podatku od wartości gruntu (Land Value Tax, LVT). Jego siłą jest to, że opodatkowuje samą lokalizację - nie dom, halę czy biurowiec - a działki w Warszawie „nigdzie nie można przenieść", w przeciwieństwie do własności intelektualnej czy serwerów.

Podatek objąłby każdego posiadacza gruntu: fundusze inwestycyjne, deweloperów, korporacje, właścicieli terenów pod galeriami. Kto trzyma pustą działkę w centrum wyłącznie spekulacyjnie, płaciłby - bo wspólne inwestycje w drogi i infrastrukturę podnoszą jej wartość. Dziś, jak zauważa autor, dwie działki - zainwestowana i zaniedbana - są obciążone niemal identycznie.

Kuśmierek podkreśla, że nie jest to pomysł jednej szkoły ekonomicznej. Henry George zbudował na nim pakiet reform, Milton Friedman nazwał podatek od nieulepszonej wartości ziemi „najmniej złym podatkiem", a analiza Banku Światowego wskazuje rozwiązania typu LVT jako jedno z najbardziej obiecujących nowych źródeł dochodów. „Nikt tutaj nie zatwierdził mojego konkretnego projektu" - zaznacza autor.

Bezpiecznik dla głównego domu

Autor odpowiada na zarzut, że reforma przypominałaby wywłaszczenie. Bez osłon właściciel „bogaty na papierze" mógłby nie mieć gotówki na podatek, co wymuszałoby sprzedaż.

Dlatego proponuje twardy bezpiecznik dla jednego głównego domu. Bieżące opłaty nie przekraczałyby ustawowej części dochodu gospodarstwa, a po utracie pracy nadwyżka byłaby odraczana bez odsetek - rozliczana dopiero przy sprzedaży lub w podatku od spadku, z możliwością dalszego odroczenia przy dziedziczeniu. „Nie chodzi o to, żeby bezrobotny musiał sprzedać dom" - mówi Kuśmierek. „To miałby być warunek wdrożenia takiego podatku."

Skala byłaby narastająca. Autor szacuje wdrożenie z systemem wyceny i odwołań na 5-7 lat i przestrzega przed wysoką stawką na starcie. Przy 0,1 procent wartości gruntu wpływy sięgnęłyby 3-5 miliardów złotych rocznie, przy 0,5 procent - 15-25 miliardów. Zastąpienie połowy PIT wymagałoby, według jego rachunku, 2-3 procent rocznie, a wraz z programami osłonowymi - 3-4 procent. „Nie wiem, czy stawka 4 procent byłaby realna w najbliższym dziesięcioleciu. Ale może za 15-20 lat" - dodaje. Reforma miałaby zamieniać złotówkę na złotówkę, obniżając równolegle opodatkowanie pracy.

Publiczny bank ziemi

LVT odpowiada na pytanie, co opodatkować, ale nie rozstrzyga, kto ma posiadać aktywa, gdy własność koncentruje się szybciej niż dochody ludzi. Kuśmierek proponuje, by część ziemi stopniowo wracała do bilansu publicznego - bez konfiskaty. „Żadnej konfiskaty ukrytej pod nazwą podatku tutaj nie proponuję i kategorycznie czemuś takiemu jestem przeciwny" - deklaruje.

Model to publiczny bank ziemi, rosnący przez dobrowolny skup po cenach rynkowych i wstrzymanie wyprzedaży gruntów gminnych oraz państwowych, oddawanych zamiast tego w długie, dziedziczne prawa użytkowania. Jako punkt odniesienia autor wskazuje Singapur, gdzie podmioty publiczne posiadają ponad 80 procent gruntów, a mimo to 90 procent gospodarstw domowych ma mieszkanie. Przywołuje też Izrael, gdzie 93 procent powierzchni objęte jest kategorią Israel Lands, oraz Chiny z państwową ziemią miejską. Zastrzega, że to odmienne ustroje, a publiczna ziemia „nie daje automatycznie tanich mieszkań".

Zalążek modelu w Polsce już istnieje - państwowy zasób rolny liczy około 1,3 miliona hektarów, z czego ponad milion jest wydzierżawiony. Największe ryzyko autor widzi w polityce: reforma w słabym państwie groziłaby korupcją i „tanimi dzierżawami dla kolegów", tworząc „państwo bez mózgu".

Kuśmierek nie przedstawia LVT jako jedynego lekarstwa, lecz jako element portfela: lepsza egzekucja VAT dzięki cyfryzacji i KSeF, opodatkowanie renty spekulacyjnej i odbudowa publicznych aktywów. „Może wam się nie podobać land value tax. Super. Pokażcie lepszy model" - apeluje, zapraszając na konferencję „AI - nowy kontrakt społeczny", organizowaną z Instytutem Wolności 11 września w Warszawie.