Kurczący się rynek pracy, nie brak inwestycji, zagrozi wzrostowi
Polska gospodarka rośnie w tempie przekraczającym 3 procent rocznie, jednak jej największym strategicznym zagrożeniem staje się demografia - z rynku pracy ubywa każdego roku ponad 150 tysięcy osób w wieku produkcyjnym, ostrzegł Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, w rozmowie z Pawłem Blajerem w programie „Biznes Otwarty". Zdaniem eksperta bez wzrostu inwestycji i przemyślanej polityki migracyjnej dotychczasowe tempo rozwoju będzie nie do utrzymania.
Demografia jako hamulec
Sobolewski przedstawił skalę zjawiska w liczbach. W 2023 roku ubyło 184 tysiące osób w wieku produkcyjnym, w 2024 - 151 tysięcy, w 2025 - 126 tysięcy. „Ponad 450 osób każdego dnia znika z rynku pracy" - podkreślił, zaznaczając, że chodzi o kurczenie się demograficzne, nie o osoby, które rezygnują z aktywności zawodowej.
Ekonomista wskazał, że dziś w Polsce jest 21,5 miliona osób w wieku produkcyjnym, a w szczycie było ich 22 miliony. W kolejnych latach ta liczba będzie gwałtownie spadać. Powodem jest struktura pokoleniowa: w latach 1982-1984 rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie, dziś rodzi się niecałe 240 tysięcy.
Właśnie te liczne roczniki z lat osiemdziesiątych wchodziły na rynek pracy wraz z akcesją Polski do Unii Europejskiej, gdy bezrobocie według metodologii BAEL sięgało 20 procent. „Dzisiaj jest 3 procent według tej samej metodologii" - zauważył Sobolewski. Ta rezerwa została, jak ujął, „wyciśnięta jak cytryna".
Dwa różne rynki pracy
Ekonomista zwrócił uwagę na zjawisko, które jego zdaniem umyka opinii publicznej - istnienie dwóch odmiennych rynków pracy. Wśród osób bez wyższego wykształcenia, które Sobolewski nazwał niebieskimi kołnierzykami, panuje głęboki deficyt. Takich pracowników ubywa 220 tysięcy rocznie.
Braki dotykają konkretnych branż: zakładów rybnych i mięsnych, produkcji AGD, transportu, magazynów, logistyki, rolnictwa i sadownictwa. „Trwa brutalna walka" - powiedział, opisując, jak więksi pracodawcy przejmują pracowników od mniejszych, rodzinnych firm.
Odwrotna sytuacja panuje wśród osób z wyższym wykształceniem. W pokoleniu 55-65 lat dyplom uczelni ma zaledwie 17 procent osób, a w grupie 25-34 lata - już 42 procent. „To są nasze wybory" - zaznaczył ekonomista, dodając, że studia kończy dziś połowa kobiet i jedna trzecia mężczyzn.
Efektem jest strukturalna nadwyżka. Ludzi z wyższym wykształceniem przybywa co roku między 50 a 80 tysięcy, podczas gdy miejsca pracy dla nich zanikają wraz z kurczeniem się grupy niebieskich kołnierzyków. Sobolewski oszacował roczny deficyt odpowiednich miejsc pracy dla białych kołnierzyków na około 100 tysięcy. „To są absolwenci, którzy skończyli dobrą uczelnię, mają piątki na świadectwie, znają języki (…) i dla nich nie ma miejsc pracy" - powiedział.
Inwestycje i wydajność jako jedyna droga
Ekonomista tłumaczył, że skoro wyczerpały się rezerwy w zasobach pracy, ziemi i surowcach, produkcja musi opierać się na wzroście wydajności - a ten wymaga inwestycji. Sobolewski przypomniał, że współtworzył z profesorem Jerzym Hausnerem i Piotrem Kamińskim raport „Jak obudzić inwestycje w Polsce".
Skala zaległości jest znacząca. „Polskie firmy inwestują 9 procent PKB, a czeskie 16" - wyliczył. Aby zrównać strumienie inwestycji, potrzebny byłby, jego zdaniem, wzrost o około 10 procent rocznie utrzymany przez dekadę. Pozytywnym sygnałem jest dwucyfrowa dynamika inwestycji w drugim kwartale bieżącego roku, którą ekonomista przypisał głównie wydatkom na obronność.
Sobolewski przestrzegł, że inwestycje wymagają przewidywalności. „Inwestycje nie ruszą z magicznych powodów, to nie jest akt odwagi w firmach, to jest akt kalkulacji" - powiedział. Firmy wstrzymują decyzje, gdy nie znają przyszłych regulacji, kosztów ani polityki kredytowej.
Jako źródła niepewności wymienił zapowiadaną zmianę stawki CIT, stabilnej przez dwadzieścia lat, oraz podatki sektorowe i pojęcie „nadmiarowych zysków". W tym kontekście umieścił również nowe uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy.
Strach przed Inspekcją Pracy
Odnosząc się do prawa pozwalającego inspektorowi przekwalifikować umowę cywilnoprawną na umowę o pracę, Sobolewski uznał, że w skali makroekonomicznej zmiana nie będzie widoczna. „Jest 1500 inspektorów pracy i 3 miliony firm" - zauważył. Widoczny może być natomiast strach.
Jako ilustrację przytoczył wyliczenie firmy EY dla przedsiębiorstwa IT współpracującego z dziesięcioma osobami na kontraktach B2B, z których każda wystawia faktury na 20 tysięcy złotych netto. Potencjalne zobowiązania publicznoprawne, gdyby inspektor uznał te umowy za stosunek pracy, oszacowano na 13 milionów złotych. „Nie ma takiej firmy z dziesięcioma współpracownikami, która cios w postaci 13 milionów złotych wytrzymałaby stojąc" - ocenił.
Ekonomista zastrzegł, że nie broni patologii. „Nieprawdziwa jest nazwa umowy śmieciowe" - powiedział, przypominając, że umowy o dzieło i zlecenie są dopuszczone prawem, a on sam pracuje na nich jako wykładowca akademicki i ekspert Rady Dialogu Społecznego. Krytycznie ocenił natomiast sposób procedowania ustawy w Sejmie oraz jakość konsultacji.
Sztuczna inteligencja nie zabierze pracy
Zapytany o wpływ sztucznej inteligencji na zatrudnienie, Sobolewski odwołał się do analogii historycznych. Przypomniał, że w 1808 roku rząd angielski wprowadził karę śmierci za niszczenie maszyn, gdy rzemieślnicy obawiali się masowej produkcji.
„Wbrew temu, co się powszechnie mówi, do tej pory nie miały negatywnego wpływu na rynek pracy" - powiedział o rewolucjach technologicznych. Wyparcie rzemiosła przez przemysł, kolej czy samochód nie zlikwidowały pracy, lecz obniżyły ceny, zwiększyły dostępność usług i stworzyły nowe potrzeby.
Ekonomista wskazał trzy kanały oddziaływania nowych technologii: likwidację części zawodów, wzrost efektywności gospodarki oraz kreację nowych produktów i potrzeb. Jako przykład podał internet, który odebrał pracę telefonistkom, ale stworzył zawody wcześniej nieistniejące. „Obaj dzisiaj pracujemy teraz tutaj w zawodzie, którego by nie było, gdyby nie internet" - zauważył.
Jego zdaniem korzyści z technologii czerpie ten, kto jest jej właścicielem. „Jeżeli właścicielem technologii są inni, to my zaczynamy być tymi, którzy płacą za prawo korzystania" - ostrzegł, wskazując, że Polska plasuje się wśród trzech krajów o najniższych inwestycjach w Unii Europejskiej.
Obronność jako potencjalne koło zamachowe
Sobolewski przedstawił zniuansowaną ocenę wydatków obronnych. Wynoszą one 4,5 procent PKB, przy deficycie finansów publicznych sięgającym 7 procent. „My pozyskujemy te pieniądze na obronność z długu i ten dług kosztuje" - powiedział.
Kluczowe jest miejsce zakupów. Zamówienia realizowane za granicą, na przykład w Korei, dodają się do PKB jako inwestycja i natychmiast odejmują jako import. Zamówienia trafiające do polskich firm uruchamiają natomiast łańcuch dostawców i popyt konsumpcyjny.
Równie istotny jest horyzont czasowy. Zamówienie z krótkim terminem, tłumaczył ekonomista, jedynie zużywa istniejące moce wytwórcze. „Nie da się w miesiąc rozwinąć mocy produkcyjnych" - powiedział. Dopiero wieloletni, gwarantowany strumień zamówień skłania firmy do budowy hal, szkolenia pracowników i zakupu technologii. Dlatego docenił rozwój koncepcji local content w polskiej energetyce i obronności.
Bierni zawodowo i migracja
Ekonomista zwrócił uwagę na pięć milionów osób w wieku produkcyjnym, które nie pracują, choć nie są bezrobotne. Bezrobotnych jest najwyżej 900 tysięcy; reszta to bierni zawodowo - studenci, młodzi emeryci, osoby chore, a przede wszystkim opiekunowie osób zależnych, których jest w Polsce dwa razy więcej niż średnio w Unii.
Aktywizacji tej grupy sprzyjałyby sprawne usługi publiczne, w tym ustawa o asystencji osobistej, wielokrotnie odkładana. Sobolewski skrytykował marginalizację resortu pracy oraz brak dialogu między instytucjami odpowiedzialnymi za gospodarkę.
Szczególnie ostro ocenił kierunek polityki migracyjnej. Za strategiczny błąd uznał zapowiedź, że braków na rynku pracy nie będą uzupełniać migranci. Jako kontrprzykład wskazał Kanadę, która od 2000 roku, sprowadzając setki tysięcy osób rocznie, zwiększyła populację z 30 do 40 milionów.
Ekonomista podkreślił, że Polska, Rumunia i część Czech to jedyne miejsca w Europie, gdzie imigranci przyjeżdżają wyłącznie do pracy, a nie po świadczenia socjalne. Aktywność zawodowa imigrantek z Ukrainy przewyższa aktywność Polek. Zamiast pielęgnować ten mechanizm, państwo - jak relacjonował na przykładzie branży transportowej - każe pracownikom czekać ponad rok na przedłużenie prawa pobytu. „W ten sposób prowokujemy, przyciągamy najgorszy element" - ocenił, argumentując, że ludzie samodzielni wybiorą kraj, w którym są mile widziani.
Kontekst i perspektywa
Rozmowa wpisuje się w szerszą debatę o źródłach wzrostu polskiej gospodarki po wyczerpaniu impulsów zewnętrznych - funduszy strukturalnych i środków z KPO. Sobolewski przypomniał, że wzrost PKB, który w 2023 roku zbliżył się do zera, obecnie przekracza 3 procent, kontynuując „polski cud gospodarczy".
Ekonomista ostrzegł jednak, że jeśli zamiast dodawać rocznie 1 procent pracujących gospodarka zacznie tracić 1 procent, tempo wzrostu spadnie z ponad 3 do niewiele ponad 1 procent. „To jest naprawdę dziejowe wyzwanie" - podsumował, apelując o współpracę rządu i prezydenta w sprawach gospodarczych i obronnych. „Nie widzę tutaj przestrzeni do sporu politycznego" - zaznaczył.