Łukaszenka między Moskwą a Pekinem. Białoruś w centrum geopolitycznej rozgrywki
Aleksander Łukaszenka w ciągu kilku dni odbył rozmowy z Władimirem Putinem na Wałdaju, a następnie udał się do Pekinu na spotkanie z Xi Jinpingiem. Sekwencja wizyt - w momencie, gdy Ukraina grozi zniszczeniem rosyjskich systemów rozpoznawczych rozmieszczonych na terytorium Białorusi - wskazuje, że Mińsk próbuje rozszerzyć margines manewru między dwoma patronami. O konsekwencjach tej rozgrywki dla wojny w Ukrainie i pozycji Polski rozmawiali w "Układzie Otwartym" Marcin Łuniewski, autor książki "Rosja. Od rozpadu do faszystowskiej dyktatury", oraz Radosław Pyffel z Instytutu Sobieskiego.
Wizyty, których nie zapowiadano
Spotkanie Łukaszenki z Putinem nie zostało wcześniej ogłoszone, a po jego zakończeniu nie opublikowano oficjalnego komunikatu. Tuż po nim białoruski przywódca poleciał do Chin. Niezależne rosyjskie media spekulują, że Putin mógł naciskać na bezpośrednie wejście Białorusi do wojny z Ukrainą, a wizyta w Pekinie była próbą znalezienia przeciwwagi.
Radosław Pyffel uważa, że to klasyczny manewr Łukaszenki. - Gdybym miał obstawiać, obstawiałbym, że to jakaś próba szukania lewara, zwiększania pola manewru - ocenia. Jego zdaniem nie należy patrzeć na pozycję Mińska zerojedynkowo: pytanie nie brzmi, czy Łukaszenka jest wasalem Moskwy, lecz na ile może ten margines przesunąć.
Według publicystów chodzi również o to, jaką rolę Białoruś odegra w obecnej fazie konfliktu. Moskwa może próbować zaangażować ją nie tylko jako "lotniskowiec", z którego operują rosyjskie siły, lecz jako bezpośredniego uczestnika wojny.
Groźba Zełenskiego i chiński parasol
Marcin Łuniewski zwraca uwagę na bezpośredni kontekst rozmów. Wołodymyr Zełenski zapowiedział niedawno, że Ukraina zniszczy rosyjskie systemy rozpoznawcze działające z białoruskiego terytorium, jeśli te nie zostaną zdemontowane. - Albo to zdemontujecie, albo to najpierw wyłączycie, potem zdemontujecie, albo Ukraina w taki czy inny sposób zniszczy te systemy - streszcza ultimatum Łuniewski.
Po spotkaniu z Xi Jinpingiem strona chińska wydała lakoniczny, lecz znaczący komunikat o poparciu suwerenności i integralności terytorialnej Białorusi oraz o strategicznym partnerstwie. - To wygląda tak, jakby Łukaszenka szukał kolejnego potwierdzenia. Kolejne potężne państwo, de facto silniejsze od Rosji - komentuje Łuniewski.
Pyffel dostrzega tu sygnał skierowany jednocześnie do Kijowa i Moskwy: Pekin nie chce eskalacji, która doprowadziłaby do pełnej absorpcji Białorusi przez Rosję. - Chiny nie są zainteresowane wyjęciem Białorusi ze strefy rosyjskiej, ale są zainteresowane tym, żeby ta integracja nie była zbyt mocna - tłumaczy. Gdy w przeszłości dochodziło do prób ściślejszej integracji w ramach Państwa Związkowego, Pekin oferował Mińskowi pożyczki i wsparcie.
Białoruska gra Łukaszenki
Łuniewski przypomina, że Łukaszenka przez lata grał na kilku fortepianach, balansując między Rosją a Europą. Kierunek europejski zamknął w 2020 roku, brutalnie tłumiąc protesty po sfałszowanych wyborach, a definitywnie po 2022 roku, gdy Rosja wykorzystała białoruskie terytorium do ataku na Ukrainę. Donald Trump rzuca mu obecnie ograniczone "koło ratunkowe" - w zamian za uwolnienie więźniów politycznych, m.in. Andrzeja Poczobuta, zdjęto amerykańskie sankcje z białoruskich nawozów.
Chiny od dawna miały być - jak zauważa Łuniewski - "trzecią nogą" białoruskiej polityki. Powstał park technologiczny pod Mińskiem, najmłodszy syn Łukaszenki, Mikołaj, grał Xi Jinpingowi na fortepianie podczas okolicznościowych wizyt. Pyffel, który widział białoruskiego przywódcę na żywo podczas szczytu Pasa i Szlaku, opisuje jego zachowanie jednoznacznie: - Chorobliwie chciał podkreślić własną podmiotowość. Wysforowywał się na czoło pochodu liderów.
Paradoksalnie wojna wzmocniła kartę przetargową Mińska. Białoruskie rafinerie, wcześniej pracujące na 40 procent mocy, dziś działają na pełnych obrotach, bo Rosja - której rafinerie systematycznie niszczą ukraińskie drony - kupuje białoruskie paliwo. - Łukaszenka zaczął na tej wojnie zarabiać - stwierdza Łuniewski. Jednocześnie obaj rozmówcy są zgodni, że białoruski przywódca robi wszystko, by uniknąć bezpośredniego wejścia do wojny. - Wie, że to mogłoby się dla niego skończyć utratą władzy - mówi Łuniewski.
Pekin i kalkulacja wobec Rosji
Strategia Pekinu wobec Rosji opiera się - zdaniem rozmówców - na utrzymaniu kontrolowanej słabości. - Nie chcą, żeby Rosja wygrała całkowicie, ale też nie chcą, żeby całkowicie upadła - mówi Pyffel. Chiny obawiają się przede wszystkim chaosu na swoich granicach, dlatego analogicznie postępują wobec Korei Północnej.
Słaba Rosja oznacza dla Pekinu okazje biznesowe: przejmowanie aktywów porzuconych przez zachodnie firmy, wchodzenie na rynek "na miękko", dedolaryzację wymiany handlowej (już około 90 procent rozliczeń między oboma krajami odbywa się w walutach lokalnych) oraz ekspansję chińskiego ekosystemu technologicznego. Jednocześnie ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie i infrastrukturę gazową komplikują chińskie kalkulacje - Pekin negocjuje gazociąg Siła Syberii 2, ale dopóki Rosja jest silna, robi to z pozycji asymetrycznie korzystnej dla Chin.
Pyffel podkreśla, że nie chodzi wyłącznie o biznes: - Istnieje zbieżność strategiczna, żeby świat był wielobiegunowy, czyli żeby nie istniała hegemonia amerykańska. To kluczowe spoiwo relacji Moskwy i Pekinu. Łuniewski uzupełnia, że chińska polityka pozbawiona jest sentymentów - mimo historycznych pretensji wobec Rosji za XIX-wieczne traktaty i XX-wieczne starcia, interes geopolityczny znosi te zaszłości. - To muszę powiedzieć wszystkim widzom, którzy uwielbiają dowcipy o granicy polsko-chińskiej na Uralu: nikomu w Chinach nie przyjdzie do głowy, żeby to miało jakiś wpływ na politykę - zaznacza Pyffel.
Rosja jako lud z północy
Pyffel opisuje swoje obserwacje z chińskich miast, gdzie powstały sklepy promujące rosyjską kulturę: wódka, cukierki, matrioszki, kawa zbożowa, muzyka Boney M. - To mnie uzmysłowiło, że z punktu widzenia Chin to trochę jest taka sytuacja jak przez tysiąclecia: w Państwie Środka miałeś bogatą kulturę, a ludy na północ od Wielkiego Muru to była kultura dużo mniej bogata - relacjonuje. Jego zdaniem dzisiejsza Rosja jest dla Pekinu "kolejnym ludem na północ od Wielkiego Muru" - użytecznym narzędziem rozbijania starego porządku.
Łuniewski przywołuje rosyjską historiozofię: elity w Moskwie odwołują się do mitu Aleksandra Newskiego, który podporządkował się Mongołom, ale dzięki temu pokonał zakon krzyżacki. - W rosyjskiej elicie jest myślenie, że to jest tymczasowe. Że trzeba przeczekać, a potem Rosja znów odzyska pozycję - tłumaczy. Jednocześnie cytuje niedawne narzekanie wysokiego rosyjskiego urzędnika, że do Chin Rosja wywozi wyłącznie drewno, gaz i ropę, podczas gdy "powinniśmy sprzedawać technologie".
Niewzruszony kontrakt społeczny?
Najpoważniejszym pytaniem pozostaje stabilność systemu Putina. Ukraińskie drony coraz częściej uderzają w Moskwę i Petersburg, brakuje benzyny, kolejki na stacjach paliw są tematem nagrywanych filmików. Łuniewski przywołuje niedawny anonimowy felieton w "Moscow Times": - Zachodni eksperci popełniają błąd, patrząc na Rosję ze swojej perspektywy. Większość zachodnich społeczeństw po takich stratach już by protestowała. Rosjanie są biernym narodem i dlatego się nie buntują.
Pyffel ocenia, że Ukraińcy uderzają w czuły punkt rosyjskiej tożsamości: - W Rosji jest tak, że możemy być biedni, możemy klepać biedę, możemy nie mieć technologii, ale wszyscy się nas boją. A tu Ukraińcy pokazują, że będą szkodzić i uderzać w Moskwę, i w Petersburg. Łuniewski jest bardziej sceptyczny - wskazuje, że według sondaży 75 procent Rosjan deklaruje brak osobistego kontaktu z wojną, a niezadowolenie kierowane jest raczej w stronę Ukrainy lub rządu niż samego Putina.
Liczba rosyjskich strat - szacowana na 350-400 tysięcy zabitych i rannych - pokazuje, jak wysoką cenę Moskwa płaci za geopolityczną grę, w której Chiny nie tracą ani jednego żołnierza. Mimo to - jak zauważa Łuniewski - w środowisku rosyjskich "z-patriotów" rośnie liczba głosów krytycznych: domagają się mobilizacji i skutecznej obrony przed ukraińskimi nalotami. Władza systematycznie te głosy ucisza.
Polska - przy stole czy na stole?
Pytanie o polskie miejsce w tej rozgrywce obaj publicyści traktują z pesymizmem. - Nawet Ukraińcy nas nie chcą, żebyśmy byli przy stole. Skoro w Kijowie się nas nie przejmują, to obawiam się, że w Pekinie jeszcze mniej - ocenia Pyffel. Polskie elity, jego zdaniem, myślą wciąż kategoriami XIX-wiecznymi, tożsamościowymi i emocjonalnymi, podczas gdy w grze geopolitycznej liczy się chłodna kalkulacja strategiczna.
Łuniewski wskazuje, że Wołodymyr Zełenski coraz wyraźniej orientuje się na Niemcy i Francję, mimo polskiej pomocy z początku wojny. Powodem są zarówno większe potencjały gospodarcze tych państw, jak i brak historycznych obciążeń - sprawy Wołynia, UPA, kontrowersji wokół odznaczeń. - Nie ma już sąsiada, z którym Ukraina nie jest lekko skłócona, co nie jest najlepszą zagrywką, biorąc pod uwagę, że na froncie nie idzie aż tak różowo - komentuje.
Jedyną kartą Polski pozostaje kontrola nad szlakiem lądowym łączącym Chiny z Europą Zachodnią, przebiegającym przez Kazachstan, Rosję, Białoruś i polskie terytorium. Krótkie zamknięcie granicy z Białorusią pokazało jednak, jak ograniczone jest pole manewru - konsekwencje uderzyłyby również w niemieckich i zachodnioeuropejskich klientów chińskiego eksportu.
Tło i perspektywa
Sekwencja wizyt Łukaszenki - w Moskwie i Pekinie - wpisuje się w szerszy wzorzec asymetrycznej zbieżności między Rosją a Chinami, w którym Białoruś próbuje wynegocjować maksymalny zakres autonomii. Pekin chce stabilności i kontrolowanej rosyjskiej słabości, Moskwa potrzebuje białoruskiego paliwa i potencjalnie białoruskich żołnierzy, a sam Łukaszenka rozgrywa to napięcie, by uniknąć zarówno aneksji, jak i wciągnięcia do wojny.
Najbliższe tygodnie pokażą, czy ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę paliwową zmuszą Putina do eskalacji wymagającej zaangażowania Białorusi - i czy Pekin uzna, że jego interesem jest powstrzymanie takiego scenariusza. Dla Warszawy, której znaczenie w tej grze - jak zgodnie oceniają rozmówcy - maleje, lekcja może być surowa, ale spóźniona.