Powrót

Marek Budzisz: Europa głównym celem Rosji, a koszty przełomu zapłacą pokolenia

Rosja postrzega dziś jako głównego przeciwnika nie Ukrainę, lecz Europę Zachodnią - ocenił Marek Budzisz ze Strategy&Future, komentując wystąpienie Władimira Putina na forum w Wałdaju. Zdaniem analityka Kreml liczy na to, że narastający kryzys energetyczny, finansowy i polityczny w państwach Europy Zachodniej doprowadzi do zmiany ich stanowiska wobec wojny, a ceną ewentualnego porozumienia będzie Ukraina oraz rosyjskie interesy w Europie Środkowej.

Przesłanie z Wałdaju: pewność i oferta

Budzisz podkreślił, że teza o rosyjskiej „wojnie obronnej” z Zachodem nie jest nowa, lecz zmieniła się sytuacja, w której Putin ją formułuje. Rosyjski prezydent przedstawił w Wałdaju logikę, zgodnie z którą wojna trwa wyłącznie dzięki wsparciu Zachodu dla Kijowa.

- Gdyby Ukraina nie dostawała pomocy, wojny już by nie było, bo jej odporność i potencjał uległyby wyczerpaniu - tak analityk streścił rozumowanie Putina. W tej narracji to Zachód ponosi odpowiedzialność za przedłużający się konflikt.

Według Budzisza przemówienie miało jasny cel: wywołać wrażenie pewności. Putin przekonywał, że Rosja w stu procentach zrealizuje swoje cele strategiczne, a kwestią pozostaje jedynie czas i koszty. Rosyjski przywódca bagatelizował przy tym straty - twierdził, że ukraińskie uderzenia na cele rosyjskie to koszt rzędu jednego procenta PKB.

Jednocześnie wobec Zachodu Putin skierował przekaz dwuznaczny. Z jednej strony oskarżał państwa zachodnie o przygotowania do wojny z mocarstwem nuklearnym; z drugiej zaznaczał, że Rosja nie skonfiskowała majątków zachodnich firm. - Ani nie znacjonalizowaliśmy, ani nie ukradliśmy tych majątków. One są w czasowym zarządzie - przytoczył słowa Putina Budzisz.

Ukraina jako cena porozumienia

Analityk odczytał tę wypowiedź jako ofertę skierowaną do części europejskiego establishmentu - sygnał, że powrót do przedwojennych relacji opartych na obopólnych korzyściach pozostaje możliwy. Warunkiem jest jednak zaakceptowanie rosyjskich interesów, czyli zwycięstwa na Ukrainie i uznania jej za państwo niezdolne do samodzielnego funkcjonowania, nad którym miałaby zostać ustanowiona międzynarodowa kuratela.

Budzisz zwrócił uwagę, że oferta, choć formułowana agresywnym językiem, była adresowana przede wszystkim do Europy Zachodniej, a w mniejszym stopniu do Stanów Zjednoczonych. - Rosjanie mają świadomość faktu, że skala możliwości amerykańskich przerasta potencjał rosyjski - zaznaczył. Putin uznał natomiast, że Unia Europejska sama zakończy swój żywot wskutek błędów własnych elit, a Rosja nie jest zainteresowana jej rozpadem.

Ceną takiego porozumienia byłaby jednak nie tylko Ukraina. - Było słychać, że to nie tylko o Ukrainę chodzi, że Ukraina to jest jednym z elementów tej całej zmiany, której chce Rosja - ocenił rozmówca. Chodzi o nową formułę współpracy euroazjatyckiej, opartą nie na przyjaznych relacjach, lecz na pragmatycznym rachunku korzyści, obejmującą także rosyjskie interesy w Europie Środkowej.

Energetyka jako oś kryzysu

Zdaniem Budzisza scenariusz osłabiania Europy został już uruchomiony i łączy działania własne Rosji - operacje asymetryczne, propagandę, presję wojskową na Ukrainie - z wykorzystaniem procesów globalnych w gospodarce i konsekwencji napięć w rejonie Zatoki Perskiej.

Centralnym elementem tej układanki jest energetyka. Analityk opisał mechanizm obejmujący zaburzenia na rynku ropy naftowej, benzyny, oleju napędowego i skroplonego gazu LNG, powiązane z wojną w Iranie i zakłóceniami żeglugi w Cieśninie Ormuz. Jak zauważył, ukraińskie uderzenia na rosyjskie rafinerie dodatkowo ograniczyły globalną podaż oleju napędowego, ponieważ Rosja - dotąd duży eksporter tego paliwa - ogłosiła embargo na jego wywóz.

Budzisz wskazał Wielką Brytanię jako przykład symboliczny. Cena litra oleju napędowego przekroczyła tam dwa funty, kraj nie wznowił wydobycia z zasobów Morza Północnego, a jedyna rafineria produkująca to paliwo na rynek wewnętrzny zawiesiła działalność. Sześćdziesiąt procent zapotrzebowania Wielka Brytania pokrywa importem, głównie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie Donald Trump zapowiadał możliwe wstrzymanie eksportu ze względu na krajowe ceny paliw przed wyborami do Kongresu.

Konsekwencją są rosnące oczekiwania inflacyjne i wyższe stopy procentowe. Rentowność brytyjskich obligacji przekroczyła pięć procent, a francuskie dziesięciolatki osiągnęły poziom najwyższy od 2002 roku. - Tegoroczny budżet francuski przewidywał na obsługę długu publicznego wydanie 64 miliardów euro. A dzisiaj szacują ekonomiści, że będzie to raczej 68, a może 69 miliardów euro - wyliczył analityk.

Spiętrzenie problemów w państwach Europy Zachodniej

Budzisz zwrócił uwagę na długoletnią politykę zadłużania się w Europie Zachodniej. Dług publiczny Wielkiej Brytanii wzrósł trzykrotnie od czasów rządów Tony'ego Blaira, a Francja osiągnęła 119 procent długu w relacji do PKB i w przyszłym roku przekroczy 120 procent.

Oznacza to konieczność sprzedaży obligacji skarbowych o wartości co najmniej miliarda euro dziennie przy planie emisji rzędu 340 miliardów euro rocznie. Francja roluje przy tym dług zaciągany w czasie pandemii, gdy stopy były bliskie zera; dziś musi płacić 4,77 procent. Dodatkowym obciążeniem jest fakt, że około 60 procent francuskiego długu znajduje się w rękach zagranicznych funduszy inwestycyjnych.

W efekcie pole manewru maleje. - Albo będzie się cięło wydatki publiczne, albo będzie się zamrażało renty i emerytury i zmniejszało zasiłki, albo będzie się oszczędzało na wydatkach wojskowych, albo się zmniejszy pomoc dla Ukrainy - wyliczył Budzisz. Rząd brytyjski już zaczął oszczędzać, między innymi zamrażając wydatki na szkolenie rezerwy.

Do trudności ekonomicznych dochodzą podziały polityczne. We Francji trwają protesty, a w przyszłym roku odbędą się wybory prezydenckie; w Niemczech sytuacja jest daleka od stabilności; w Wielkiej Brytanii rząd Partii Pracy pozostaje niepopularny. - Problemy ekonomiczne, finansowe, polityczne, społeczne, wojskowe i międzynarodowe spotykają się w jednym okienku czasowym - podsumował analityk, dodając, że właśnie na to liczy Putin.

„Łatwa recepta” Kremla i cena przełomu

Budzisz ocenił, że Putin podsuwa części wyborców prostą receptę: porzucić wsparcie dla Ukrainy, zrezygnować ze zbrojeń i kupować tanią energię od Rosji. Rosyjski przywódca kilkukrotnie zapewniał w Wałdaju, że nie planuje nikogo atakować „ani teraz, ani za 10 lat, ani za 20”.

Propozycja ta trafia na podatny grunt. Gospodarka niemiecka od 2019 roku rosła średnio o 0,3 procent rocznie, a siła nabywcza przeciętnego Francuza spadła w ciągu ostatnich dwóch lat. - Rosjanie to wykorzystują, proponują relatywnie łatwe rozwiązania, ale bardzo kuszące - zaznaczył analityk.

Wyjścia z tego kręgu Budzisz upatruje wyłącznie w zmianie nastawienia społecznego, ponieważ wszystkie kluczowe decyzje podejmują ostatecznie wyborcy. Problem Polski jest przy tym analogiczny - w perspektywie dekady z rynku pracy ze względów demograficznych odejdą dwa miliony osób.

- Musimy się odzwyczaić od myślenia, że pokolenie naszych dzieci będzie żyło lepiej niż my żyjemy - stwierdził. Najtrudniejsze będzie przekonanie młodego pokolenia do zaakceptowania tej zmiany, co wymaga nowej umowy społecznej, reprezentacji i przywództwa politycznego. Analityk ostrzegł, że jeśli Europa nie sprosta temu wyzwaniu, okaże się, iż Putin był skuteczniejszy - bo łatwiej mu przekonać Rosjan do wyrzeczeń niż rządom europejskim własne, demokratyczne społeczeństwa.

Debata o energetyce i szkoleniu powszechnym

Budzisz przedstawił raport Instytutu Sobieskiego poświęcony energetyce i odporności jako przykład dojrzałej debaty publicznej. Jego zdaniem do dwóch dotychczasowych kryteriów decyzji energetycznych - dostępności i kosztów energii oraz polityki klimatycznej - dochodzi trzeci: bezpieczeństwo. Wymaga ono nakładów, choćby na zapasy awaryjnych transformatorów, których dziś nikt nie magazynuje.

Analityk postulował przeniesienie części decyzji gospodarczych poza bieżącą walkę polityczną i oparcie ich na kalkulacji menedżerskiej. Prowadzący zwrócił jednak uwagę, że polscy politycy traktują niemal każdy temat jako narzędzie rywalizacji. Budzisz przyznał, że trudno wyobrazić sobie ich metamorfozę, lecz dodał, że to nie zwalnia obywateli z aktywności, a powaga sytuacji wymusi korektę kursu.

Osobny wątek dotyczył szkolenia powszechnego. Analityk stanowczo odciął się od skojarzeń z PRL-em: - Nie chodzi o to, żeby zamknąć ludzi w koszarach i zbudować jakąś milionową armię, tylko o to, żeby każdy obywatel Rzeczpospolitej był przeszkolony. Jedni w zakresie obrony cywilnej, inni wojskowo, jeszcze inni w służbach wspomagających.

Budzisz przywołał rozwiązania z regionu Morza Bałtyckiego - szwedzki system selekcji obejmujący 8-10 procent rocznika, norweski ochotniczy zapał rodziców, łotewskie obozy harcerskie finansowane przez państwo oraz szkolenie blisko miejsca zamieszkania. Kluczem, jak zaznaczył, jest powoływanie tylu osób, ile system jest w stanie efektywnie wyszkolić, a także dawanie uczestnikom indywidualnych korzyści na rynku pracy.

Rozmowa zamknęła się apelem o merytoryczną debatę we wszystkich obszarach bezpieczeństwa, od energetyki po modernizację sił zbrojnych. - W czasach spokojnych słabe państwo też mogło nieźle funkcjonować. Tylko te czasy się skończyły - ostrzegł Budzisz, wskazując, że wzmocnienie państwa wymaga większego zaangażowania obywateli w sprawy publiczne.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter