Powrót

Michta po trzech miesiącach w Polsce: skok cywilizacyjny i groźba samotności

Profesor Andrew Michta, politolog i specjalista ds. bezpieczeństwa związany z ośrodkami analitycznymi w Stanach Zjednoczonych, po trzymiesięcznym pobycie w Polsce podsumował w rozmowie dla „Kanału Otwartego” swoje obserwacje o kraju, w którym się urodził. Diagnoza jest dwoista: Polska dokonała bezprecedensowego skoku cywilizacyjnego i zachowała spójność narodową, ale grozi jej strategiczna pasywność w regionie oraz utrata inicjatywy w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa w momencie, gdy - jak ostrzega - okno czasowe przed możliwym konfliktem zbrojnym się kurczy.

Skok cywilizacyjny i porażona wojną stolica

Michta zaznaczył, że jego dotychczasowe wizyty w Polsce ograniczały się zwykle do kilku dni. Dopiero trzy miesiące pozwoliły mu odzyskać dystans wobec zmian. „Ta Polska jest fascynująca, naprawdę fascynująca” - powiedział, wskazując przede wszystkim na wymiar gospodarczy.

Rozmówca przywołał swój pierwszy przyjazd w 1989 roku, gdy - jak to ujął - kraj przypominał „ruiny postkomunistyczne”, a na Marszałkowskiej ludzie sprzedawali z łóżek polowych „wszystko, od kaset po pomidory”. Wtedy sceptycznie pytał Leszka Balcerowicza, czy z tego desperackiego handlu może wyrosnąć gospodarka rynkowa. „On powiedział: poczekaj, zobaczysz, przyjdzie zima, ci, którzy zakumulowali kapitał, staną się sklepikarzami” - relacjonował Michta, podkreślając, że kluczowa była nie desperacja, lecz determinacja odbudowy.

Dziś, jego zdaniem, Polska w wielu aspektach życia codziennego działa sprawniej niż niektóre regiony Stanów Zjednoczonych. Infrastruktura jest nowa i dobrze wykonana, a kolej - w przeciwieństwie do amerykańskiej, wykorzystywanej głównie do przewozu ładunków - oferuje pozytywne doświadczenie. Przejazdy do Krakowa i Gdańska ocenił bardzo dobrze, a Warszawę nazwał miastem „niezwykle czystym” na tle stolic europejskich.

Michta zastrzegł jednak, że Warszawa pozostaje „poranionym miastem”. Chaotyczna architektura - wieżowiec ze szkła obok postkomunistycznego blokowiska i odnowionej starej zabudowy - nieustannie przypomina o skali zniszczeń z czasów drugiej wojny światowej. Miasto, jego zdaniem, wciąż jest w trakcie odbudowy.

Trzy pokolenia i rana wojny polsko-polskiej

Politolog wyróżnił obserwowane różnice pokoleniowe. Polskie pokolenie Z - osoby osiemnasto- i dwudziestokilkuletnie - wydało mu się „trochę pogubione”, a jego moda i styl przypominają wcześniejsze wzorce amerykańskie i zachodnioeuropejskie. Zastrzegł jednak, że rebeliancka młodość jest naturalna, przywołując znaną maksymę: „jeżeli nie jesteś radykałem, kiedy jesteś młody, a nie jesteś konserwatystą, jak dorośniesz, to znaczy, że albo nie masz serca, albo nie masz mózgu”.

Najciekawszym pokoleniem nazwał osoby między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia - polskich milenialsów, którzy nie mają już pamięci komunizmu i osobiście przeprowadzili gospodarczy skok. „Oni mają poczucie tego sukcesu i chcą więcej” - ocenił. To ta grupa, jego zdaniem, po zmobilizowaniu przez „prawdziwe przywództwo” mogłaby dokonać kolejnego skoku, tym razem w sferze struktury państwa.

Najbardziej przygnębiła go trwała wojna polsko-polska. „To jest ciągłe wykłócanie się właściwie w tych samych kręgach ludzi” - powiedział. Zaznaczył, że w Stanach Zjednoczonych spory są równie ostre, lecz konsekwencje inne: Ameryka, nawet gdyby stała się państwem regionalnym, dysponuje zasobami ekonomicznymi i ludzkimi pozwalającymi zachować bezpieczeństwo. Polska takiego marginesu nie ma. Leży „w kawałku Europy, w której bez przerwy są przeciągi, wieje wiatr i pada deszcz”, przez co podziały mogą mieć znacznie poważniejsze skutki.

Wspólnota narodowa jako kapitał na czas kryzysu

Michta, który spędził dwanaście lat w Niemczech, w tym jako dziekan ośrodka w Garmisch w czasie kryzysu migracyjnego 2014-2015, wskazał na spójność polskiego społeczeństwa jako jego kluczowy atut. Polska pozostaje państwem „kohezyjnym, skonsolidowanym w sensie poczucia wspólnoty narodowej”, choć imigracja stopniowo wprowadza zmiany.

Kontrast z Niemcami i Francją zilustrował anegdotą o spacerze przez ogród Saski około północy. Zapytał wtedy prowadzącego rozmowę Igora Janke, co stałoby się, gdyby położył się na ławce i zasnął. „Może by ci telefon ukradli, ale wątpię, że to by się stało” - przytoczył odpowiedź. Ten poziom bezpieczeństwa, jego zdaniem, jest w Niemczech i Francji coraz trudniejszy do odnalezienia.

Opisał obserwowane w Garmisch napięcia po skierowaniu tam grup migrantów z Afryki, kwaterowanych w opustoszałych amerykańskich hotelach wojskowych. Widział negatywne reakcje mieszkańców, kobiety unikające kontaktu wzrokowego z gromadzącymi się młodymi mężczyznami oraz frustrację ówczesnej burmistrz, tracącej - jak mówiła - panowanie nad sytuacją. Poczucie wspólnoty społecznej w Polsce nazwał „niezwykłym kapitałem na wypadek kryzysu”, który należy chronić.

Zmęczenie Ukraińcami i nieprzepracowana historia

Michta zauważył wyraźną zmianę stosunku Polaków do Ukraińców. Przybył do Polski wkrótce po pełnoskalowej inwazji i pamięta „otwarte ramiona Polaków” na Dworcu Centralnym - taksówkarzy i mieszkańców, którzy zabierali uchodźców do swoich domów. Dziś, jak mówi, „jest zmęczenie”, wyczuwalne w rozmowach z taksówkarzami, kelnerami i przechodniami, a nie w propagandzie na platformie X, gdzie działania prowadzą również Rosjanie.

Wśród źródeł napięcia wymienił poczucie, że przybysze korzystają z tych samych świadczeń co obywatele, widok drogich samochodów na ukraińskich tablicach i młodych mężczyzn w wieku poborowym, opowieści o wykupywaniu mieszkań oraz silniejsze reakcje na głośne zachowania Ukraińców niż Polaków. Napięcie wzmogło się po sporze wokół nazwania jednostki wojskowej imieniem bohaterów UPA.

Politolog uznał to za naturalne odreagowanie po nienaturalnie euforycznym okresie, nie zaś rosnącą falę wrogości. Ostrzegł jednak, że problem może narastać, jeśli Polska nie przepracuje sposobu włączania Ukraińców do społeczeństwa. Wskazał przy tym na atuty: bliskość kulturową i językową ułatwiającą naukę polskiego.

Głębszą barierą jest, jego zdaniem, nieprzepracowana historia. „Komunizm zamroził jakiekolwiek przerobienie historii na pół wieku, stworzył fałszywą narrację” - powiedział, tłumacząc, dlaczego amerykańskie media błędnie sprowadzają polsko-ukraińskie spory do stereotypu „wąsatych wschodnioeuropejczyków, którzy się znów kłócą”. Michta uważa, że historia „nigdy nie powinna być tylko i wyłącznie kamieniem u nogi”, lecz „odskocznią na przyszłość”.

Pasywna polityka zagraniczna i brak korytarza bezpieczeństwa

Najostrzejszą część diagnozy Michta poświęcił polityce zagranicznej. Pytając polityków, wojskowych i urzędników o politykę wobec bezpośrednich sąsiadów - Niemiec, Litwy, Czech, Słowacji - słyszał niezmiennie odpowiedź: „Unia Europejska”. „Jeżeli abdykujesz z konieczności kształtowania twojego sąsiedztwa, to inni to będą kształtować za ciebie” - ostrzegł.

Partnerstwa, jego zdaniem, nie osiąga się poklepywaniem po plecach i deklaracjami wspólnoty europejskiej, lecz zdolnością do wzajemnego „zadania bólu”. Zarzucił Polsce „reaktywny mindset” - odpowiadanie na zaczepki zamiast kształtowania otoczenia. Przypomniał, że po 2022 roku Polska „urosła w kilka klas wagowych”, stając się kluczowa dla przetrwania Ukrainy i dla amerykańskiej obecności w regionie, i że ten moment należało przekuć w proaktywną politykę.

Największym zagrożeniem nazwał scenariusz, w którym Polska staje do walki „znów sama, i jeszcze na własnym terytorium”. Rozwiązaniem ma być budowa regionalnej struktury bezpieczeństwa pod parasolem NATO - opisywanego przez niego od lat „północno-wschodniego korytarza” obejmującego Skandynawów, Finów i państwa bałtyckie. Polska powinna w nim odegrać rolę organizatora: wypracować wspólną agendę wobec Waszyngtonu i coroczne ćwiczenia wojskowe, które „pokazują przeciwnikowi, że jesteś zdolny cokolwiek zrobić”. Rozmowa toczyła się, jak zaznaczył, w dniu, gdy w polską przestrzeń powietrzną wleciał pocisk.

Michta przywołał ostrzeżenie generała Alexusa Grynkewicha, naczelnego dowódcy sojuszniczego, o możliwości wojny na dwóch teatrach do 2027 roku. Zwrócił uwagę, że Stany Zjednoczone, dotąd zdolne do sekwencjonowania konfliktów, mogą stanąć wobec jednoczesnych kryzysów - a w razie konfrontacji na Pacyfiku ich zasoby zostaną przesunięte tam, gdzie „będą umierali amerykańscy żołnierze”.

Historia jako odskocznia, nie kamień u nogi

Politolog skrytykował polską skłonność do doszukiwania się negatywów we własnej historii. Gdy prowadzący wskazał na słabość militarną II Rzeczypospolitej i biedę dwudziestolecia, Michta odpowiedział: „to, co mówisz, jest dla mnie bardzo polskie”. Przypomniał, że każdy naród potrzebuje mitu założycielskiego - także Stany Zjednoczone, których problemem jest dziś, jego zdaniem, nadmierne skupienie młodych na „czarnych kartach” historii.

Wskazał na brak ciągłości instytucji państwa i na nieprzeprowadzone rozliczenie z PRL. Zdziwił go brak lustracji po rozpadzie ZSRR oraz nieodbycie rozmowy na wzór południowoafrykańskiej Komisji Prawdy i Pojednania. „Nie było refleksji wśród tych elit” - ocenił, tłumacząc to zarówno skalą dewastacji gospodarczej, jak i faktem, że część nowych elit wywodziła się z poprzedniego systemu. Przytoczył odpowiedź Bronisława Geremka na pytanie, dlaczego dotrzymuje się ustaleń: „pacta sunt servanda”.

Zestawił to z II Rzecząpospolitą, która z trzech zaborów o różnej administracji, języku i tradycji zbudowała państwo i w ciągu dwudziestu lat zrealizowała takie inwestycje jak Centralny Okręg Przemysłowy i Gdynia. Mit założycielski, podkreślił, powinien być „pozytywnym kopniakiem do przodu”.

Gospodarka: brak głębi kapitałowej i upolitycznienie spółek

Michta wskazał, że Polska mimo sukcesu nie wypracowała jeszcze globalnych marek, w przeciwieństwie do Korei Południowej czy Japonii, których dawniej „śmieszne samochody” stały się markami międzynarodowymi. Rozczarował go niski poziom inwestycji w badania podstawowe - jego zdaniem około 1-1,5 proc. - a bardziej jeszcze oczekiwanie, że każdy grant musi dać produkt. W USA, zauważył, „osiemdziesiąt procent grantów, które robią basic R&D, nie produkuje nic”, a mimo to z takich badań wyrósł internet.

Za szkodliwe uznał przejmowanie spółek państwowych przy każdej zmianie władzy oraz częste wymiany prezesów - na przykładzie przemysłu zbrojeniowego pytał, jak zbudować solidną firmę przy takiej rotacji. Świadczy to, jego zdaniem, o „bardzo płytkiej głębi kapitałowej” społeczeństwa i o wchodzeniu w politykę „po to, żeby dojść do pieniędzy”.

Postulował budowę prywatnego przemysłu zbrojeniowego opartego na technologiach podwójnego zastosowania oraz przejście - jak to ujął - od „dual use technology” do „dual use production”. Za bariery rozwoju wskazał biurokrację i zaplecze kapitałowe. Zaproponował model amerykańskich ośrodków finansowanych federalnie, takich jak RAND czy MITRE, oraz podkreślił rolę państwowych zamówień jako „pieczęci uwiarygadniającej” dla firm.

Odrzucił jednak dychotomię gospodarki całkowicie prywatnej lub całkowicie państwowej jako fałszywą. Ostrzegł, że źle przeprowadzona prywatyzacja prowadzi do oligarchii - jak w Rosji, gdzie, jak wspominał, premier Jegor Gajdar bagatelizował znaczenie tego, w czyich rękach znajdzie się gospodarka. Linie lotnicze, koleje i autostrady nazwał „krytyczną infrastrukturą państwa”, która musi funkcjonować w ramach priorytetów bezpieczeństwa. Przy Centralnym Porcie Komunikacyjnym wskazał, że układ linii kolejowych powinien uwzględniać mobilność wojskową na osi północ-południe. „Bezpieczeństwo narodowe jest nieredukowalne” - podkreślił.

Służba wojskowa, prawda wobec obywateli i przywództwo

Michta uznał obowiązkową służbę wojskową za konieczną, wskazując, że państwa bez niej „nie mają rezerw, które są konieczne na wypadek systemowego konfliktu zbrojnego”. Za wzór podał Finlandię, która przy 5,6 mln mieszkańców może wystawić armię 280-tysięczną i zmobilizować 800 tysięcy osób. Polska, jego zdaniem, potrzebuje rezerw na armię ponadmilionową, czego nie osiągnie się służbą zawodową. Dodatkową wartością służby jest, jak zauważył, budowanie tkanki narodowej między ludźmi z różnych klas społecznych.

Politycy, przyznał, są oportunistyczni, bo zależą od wyborców niechętnych poborowi. Jego receptą jest mówienie prawdy o sytuacji bezpieczeństwa. Skrytykował niemieckie hasło „Zeitenwende”, po którym zabrakło realnych działań, oraz dwie dekady europejskiego appeasementu wobec Rosji „bez żadnych konsekwencji”.

Za wzór przywództwa opartego na dialogu z obywatelami podał Ronalda Reagana, który w trudnej walce z inflacją wielokrotnie tłumaczył telewidzom sens swoich decyzji. Michta ocenił, że polskie pokolenie ludzi po trzydziestce - jak absolwenci Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności - jest gotowe „zawinąć rękawy”, o ile ktoś w przekonujący sposób wyłoży strategię gospodarczą, zagraniczną i prawną.

Politolog docenił zdolność Polaków do samoorganizacji, widoczną w Sierpniu 1980 oraz po inwazji na Ukrainę w 2022 roku, gdy pomoc płynęła oddolnie, poza strukturami państwa. Zwrócił uwagę na blisko 80 tysięcy organizacji pozarządowych, choć zauważył ich słabe finansowanie. Za polską słabość uznał brak pewności siebie, zawarty w wyrażeniu „pan wie, jak jest”, które nazwał „wyrażeniem niewolnika” - akceptacją bezradności. Młodsze pokolenie, zaznaczył, jest już inne: włada angielskim, podróżuje i „gotowe jest zmierzyć się ze światem”.

Polskie serce, amerykański łeb

Pytany, co ciągnie go do Polski, Michta wskazał na wartości ukształtowane w dzieciństwie oraz na przekonanie, że może tu zrobić więcej niż koledzy pozbawieni więzi językowej i kulturowej. Przywołał słowa generała Andrzeja Ekierta, że „Michta ma polskie serce, amerykański łeb”, oraz niemieckie pojęcie „Fingerspitzengefühl” - wyczucia płynącego ze znajomości kultury, historii i ludzi, którego nie zastąpi sama analiza.

Bliskie relacje polsko-amerykańskie nazwał „absolutnie krytycznymi” dla bezpieczeństwa obu państw i całego regionu, podkreślając zarazem, że Polska ma poważną rolę do odegrania, lecz musi podjąć „decydujące kroki”, by ją realizować. Rozmowa odbyła się przed jego wyjazdem ze Stanów Zjednoczonych, z zapowiedzią powrotu na kolejne zajęcia Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności.