Michta: Putin może powtórzyć scenariusz krymski wobec Estonii
Andrew Michta, profesor związany z uczelnią na Florydzie i wykładowca Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności, ostrzegł w rozmowie na Kanale Otwartym, że niedawne słowa Władimira Putina o rzekomym łamaniu praw rosyjskiej mniejszości w państwach bałtyckich mogą zapowiadać powtórkę manewru z Krymu sprzed dwunastu lat. Zdaniem eksperta Polska ma w tym momencie historyczną szansę na wynegocjowanie stałej bazy amerykańskiej i wejście do programu nuclear sharing - pod warunkiem pełnej mobilizacji państwa.
Narracja jak przed Krymem
Michta przyznał, że słowa rosyjskiego przywódcy o mniejszości rosyjskojęzycznej w Estonii i na Łotwie wywołały u niego niepokój. „Mnie ciarki przeszły, jak to usłyszałem, bo to brzmi tak jak budowanie narracji po to, żeby za chwilę można było to zrobić" - powiedział.
Ekspert przypomniał doktrynę, zgodnie z którą Putin uważa, że ma prawo do „przyjęcia odpowiedzialności za rosyjskojęzyczne mniejszości poza terytorium Rosyjskiej Federacji". Z tej logiki może wynikać nacisk zarówno na państwa bałtyckie, jak i na Europę Środkową, w tym Polskę.
Michta wskazał, że jeden ze scenariuszy, nad którym pracował kilka lat temu, dotyczył Estonii, a konkretnie Narwy - miasta z liczną mniejszością rosyjską. W grę wchodziłoby wejście bezpośrednie, operacja fałszywej flagi lub wysłanie „zielonych ludzików". Celem byłoby wywołanie sytuacji, która nie zostałaby uznana za jednoznaczny akt agresji wobec całego Sojuszu.
„Ja jestem przekonany, że Estończycy, Bałtowie, myślę, że Polacy też, tak samo jak Finowie, Szwedzi czy Duńczycy, powiedzą, że to jest artykuł piąty" - ocenił. Otwarte pozostaje jednak pytanie o reakcję Berlina, Paryża, Londynu, a przede wszystkim Waszyngtonu.
Michta zwrócił uwagę na czasową zbieżność sygnałów z rosyjskiej strony granicy. Na kilka dni przed wypowiedzią Putina Rosja ogłosiła nocną godzinę policyjną w pasie pięciu kilometrów wzdłuż granicy z Estonią. Powodów oficjalnie nie podano.
Cztery teatry i pułapka jednoczesności
Zdaniem eksperta wydarzenia na wschodniej flance trzeba analizować w kontekście czterech kluczowych „balansów regionalnych" istotnych dla Stanów Zjednoczonych: Europy, Bliskiego Wschodu, Półwyspu Koreańskiego i Indo-Pacyfiku. W dwóch z nich toczą się już pełnoskalowe wojny.
Michta zaznaczył, że mimo strat Iran zachowuje inicjatywę strategiczną, atakując państwa trzecie w regionie, a Stany Zjednoczone nie potrafią sobie z tym poradzić. Na Ukrainie zaś Rosjanie „podkręcają operacje wojskowe", uderzając w infrastrukturę transportową - linie kolejowe, lokomotywy, stacje paliw - z myślą o załamaniu funkcjonowania państwa zimą.
Jednocześnie Ukraina prowadzi ofensywne działania na terytorium Rosji. „Rozbijanie rafinerii diesla przede wszystkim jest bardzo istotne, bo to jest kluczowe dla mobilności wojsk rosyjskich" - powiedział Michta, powołując się na oceny mówiące o zniszczeniu 35-40 procent tej infrastruktury.
Największym zagrożeniem nazwał „jednoczesność kryzysu". Rosjanie poczują się silniejsi, jeśli Chiny nacisną na Tajwan lub pierwszy łańcuch wysp. Szczególnie niepokojąca jest sytuacja na Półwyspie Koreańskim, gdzie - jak zauważył - żołnierze północnokoreańscy walczą już w siłach rosyjskich, a robotnicy z tego kraju pracują w rosyjskich fabrykach broni.
Michta przypomniał, że prezydent Donald Trump ogłosił niedawno, iż Korea Północna dysponuje 57 głowicami nuklearnymi i buduje kolejne 8-9 rocznie. Równocześnie sugeruje możliwe wycofanie części wojsk, a wspólne ćwiczenia z Republiką Korei zostały ograniczone - co odebrano w Seulu z niepokojem.
Baza w Polsce i nuclear sharing
Ekspert opisał trwający w Pentagonie przegląd rozmieszczenia sił (Force Posture Review), prowadzony przez sekretarza obrony i podsekretarza do spraw polityki Elbridge'a Colby'ego. Mówi się o redukcji około 25 tysięcy żołnierzy amerykańskich w Europie, czyli około jednej czwartej obecnego stanu.
Michta ocenił, że ani Colby, ani sekretarz obrony nie są entuzjastami utrzymywania nawet pozostałych 75 procent stanu w Europie, ponieważ ich priorytetem jest Indo-Pacyfik. Wskazał też na „konserwatyzm armii amerykańskiej" - dziesięciolecia obecności w Niemczech, gotową infrastrukturę i osobiste związki oficerów z tym krajem.
W tym kontekście umieścił dwa sygnały wokół polskiej bazy: wpis Trumpa zapowiadający, że jej powstanie jest coraz bliższe, oraz odwołaną w ostatniej chwili wizytę wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. Michta podkreślił, że decyzję o bazie podejmie prezydent, a nie sekretarz obrony. „W końcowej analizie to prezydent podejmuje decyzję" - powiedział.
Zapytany o to, kto mógłby odwieść Trumpa od tej decyzji, ekspert odwrócił perspektywę: „Ja bym tutaj zapytał, czy ze strony polskiej rzeczywiście są wszystkie ręce na pokładzie, żeby do tego doszło". Stałą bazę amerykańską nazwał żywotnym interesem bezpieczeństwa nie tylko Polski, ale całego Sojuszu, bo eliminuje ona postrzeganie państw flanki jako „drugiej kategorii".
Michta wskazał, że Polska potrzebuje minimum dwóch ciężkich brygad, a dodatkowo jednej na granicy - w jednym z państw bałtyckich lub w Finlandii - oraz jednej w Rumunii. Za lepsze uznał Bałtyk, bo dawałby silniejszy efekt odstraszania.
Ekspert wprost odniósł się do słów ministra Pawła Zalewskiego, że Polska chce być w nuclear sharing, ale bez broni jądrowej na swoim terytorium. „Z całym szacunkiem ja się z tym nie zgadzam" - powiedział, dodając, że jest to „takie trochę niepotrzebne gadanie, zwłaszcza do mediów zachodnich". Jego zdaniem obecność amerykańskich bomb grawitacyjnych zmienia dynamikę bezpieczeństwa i jasno komunikuje Rosji, że jest to trzon terytorium natowskiego.
Podzielony Zachód i zagrożenie ze strony Niemiec
Michta ocenił, że skuteczne odstraszanie wymaga dwóch elementów: zdolności, którą Sojusz posiada, oraz woli politycznej, której obecnie brakuje. Państwa flanki są jego zdaniem gotowe na bardziej zdecydowane działania, ale potrzebują wsparcia całej wspólnoty. Hiszpania i Portugalia nie widzą w Rosji zagrożenia, a Niemcy, Francja i Wielka Brytania są wewnętrznie podzielone.
Ekspert przyznał, że jego największą obawą jest scenariusz przełomu na froncie ukraińskim, który mógłby skłonić część Europy do szybszego porozumienia z Moskwą. „Przez następne kilka lat, nawet do dekady, Niemcy nie są w stanie odpowiedzieć zbrojnie na dużą skalową agresję" - powiedział, opisując stan Bundeswehry jako całkowicie rozłożony.
Michta wiązał to z sukcesami AfD w wyborach landowych - 38 procent w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, wcześniej silny wynik w Saksonii - oraz niską popularnością kanclerza Friedricha Merza. Ostrzegł przed powrotem Niemiec do relacji z Rosją, którego pierwszym symptomem nazwał spotkanie szefów dyplomacji obu państw przy okazji ONZ.
Głównym problemem, według eksperta, jest brak zachodniej strategii wobec Ukrainy. „Zachód nie wyartykułował pozytywnej wizji, jak się ma zakończyć ten konflikt" - ocenił, krytykując zarówno hasło Bidena „as long as it takes", jak i wcześniejsze deklaracje Olafa Scholza. Michta pozostaje zwolennikiem wprowadzenia Ukrainy do NATO, choć uznaje, że jest już na to za późno.
Xi w Waszyngtonie: uznanie dwóch mocarstw
Znaczną część rozmowy poświęcono wizycie Xi Jinpinga w Waszyngtonie, przyjętej z rangą, jakiej - jak zauważono - nie widziano od kilkudziesięciu lat. Zdaniem Michty Chińczykom chodziło przede wszystkim o „oficjalne uznanie jako drugie wielkie mocarstwo światowe" - i cel ten osiągnęli, co chińskie media eksponowały bez przerwy.
Trump, według eksperta, próbuje wynegocjować modus vivendi z Pekinem, by uniknąć konfrontacji. Chińczycy domagali się, by Stany Zjednoczone zadeklarowały sprzeciw wobec niepodległości Tajwanu, ale Waszyngton tego nie zrobił, bo oznaczałoby to przyjęcie chińskiej pozycji.
Michta odrzucił popularną tezę o „koncercie mocarstw" na wzór epoki ponapoleońskiej. Podkreślił, że taki koncert następował po wojnach, a nie w trakcie rywalizacji o hegemonię. Za znacznie groźniejszą uznał gospodarczą penetrację Zachodu przez Chiny - porty w Europie oraz firmy takie jak niemiecki Kuka Robotics, kontrolowane przez kapitał chiński.
Ekspert opisał też słabnącą pozycję Trumpa, którego poparcie oszacował na 32 procent, oraz erozję ruchu MAGA i pokoleniowe zmęczenie Partii Republikańskiej. Jednocześnie ostrzegł, że zwrot Demokratów ku „demokratycznemu socjalizmowi" może ponownie oddać Biały Dom w ręce republikanów.
Rozmowa zakończyła się przestrogą i cieniem nadziei. Michta określił dzisiejszą Rosję jako „szary cień Sowietów", który jednak - dzięki determinacji i mobilizacji, wobec podzielonego Zachodu - wciąż zachowuje inicjatywę strategiczną. Wyraził nadzieję, że to Zachód zdąży się zmobilizować, zanim Władimir Putin popełni kolejny poważny błąd.