Powrót

Nowe przepisy o B2B. Ekspert: liczy się wola zatrudnionego

Od 8 lipca Państwowa Inspekcja Pracy dysponuje nowymi kompetencjami pozwalającymi kwestionować umowy B2B i przekształcać je w stosunek pracy - ale, jak twierdzi Paweł Ziółkowski, lider praktyki ZUS i prawa pracy w kancelarii Alteca, kluczowym zabezpieczeniem dla samozatrudnionych pozostaje udokumentowana, świadoma wola stron. W rozmowie w programie „Biznes otwarty" ekspert tłumaczył, że realną motywacją zmian są finanse publiczne, a nie troska o pracowników.

Ustawa weszła w życie 8 lipca, jednak - jak podkreśla Ziółkowski - inspekcja na razie z nowych uprawnień nie korzysta. „Na chwilę obecną nie ma żadnych planowych kontroli i planowe nie są planowane. Dopiero od przyszłego roku" - mówił. Obecnie PIP działa wyłącznie na podstawie zgłoszeń, a jak zauważył ekspert, najczęściej donoszą „eksmałżonkowie, sąsiedzi i pracownicy".

Dlaczego państwo bierze B2B pod lupę

Zdaniem eksperta u podstaw regulacji leżą pieniądze. „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze" - stwierdził, wskazując, że umowa o pracę generuje najwyższe wpływy do budżetu i ZUS. Paradoksalnie to pracownicy etatowi płacą w Polsce najwięcej podatku dochodowego, ponieważ są objęci skalą podatkową.

Ziółkowski zwrócił uwagę na skutek wieloletniego zamrożenia progów podatkowych w warunkach wysokiej inflacji. Próg 120 tysięcy złotych oznacza dziś niecałe 12 tysięcy brutto miesięcznie, a przejście do drugiego progu jest - jak to ujął - „przepaścią": po obniżeniu pierwszej stawki do 12 procent skok do 32 procent stał się dotkliwszy. Według niego próg przekracza około 10 procent Polaków, w tym osoby z pozornie niskich branż. Jako przykład podał nauczycielkę pracującą w trzech szkołach, która mimo skromnych zarobków wchodzi w drugi próg.

Ekspert stanowczo odrzucił określanie B2B i zleceń mianem „umów śmieciowych". „Nazywanie umów tego typu śmieciowymi jest demagogią" - mówił. Jego zdaniem to legalne formy zatrudnienia oparte na kodeksie cywilnym. Za realnie problematyczną uznał natomiast umowę o pracę z minimalnym wynagrodzeniem: „już nie masz czasu, a jeszcze nie masz pieniędzy".

Drugim motywem, obok fiskalnego, jest według Ziółkowskiego nastawienie resortu pracy. Wskazał na idealizację stosunku pracy i niechęć wobec umów cywilnoprawnych „u nikogo". Ekspert przypomniał też, że drastyczne podwyżki płacy minimalnej - z poziomu poniżej 2 tysięcy złotych do blisko 5 tysięcy obecnie - napędzały inflację i prowadziły do spłaszczenia wynagrodzeń, bo firmy dysponują jednym funduszem płac. Postawił hipotezę, że podnoszenie minimalnego wynagrodzenia było przede wszystkim sposobem na ratowanie finansów ZUS, ponieważ wyższe pensje oznaczają wyższe składki.

Wola stron jako tarcza ochronna

Najważniejszym zabezpieczeniem dla samozatrudnionych jest - według rozmówcy - zapis dodany do ustawy podczas prac sejmowych, który nakazuje inspekcji kierować się wolą stron. „Jeżeli stworzymy dobrą umowę i będzie ta wola, że my chcemy być w ramach działalności gospodarczej, to PIP nie ma tutaj punktu zaczepienia" - tłumaczył.

Zastrzeżenie działa tylko wtedy, gdy treść umowy nie odtwarza cech stosunku pracy. Jeśli zatrudniony wykonuje zadania pod kierownictwem, w miejscu i czasie wyznaczonym przez firmę, ma płatne urlopy oraz rozliczane nadgodziny, sama wola stron nie wystarczy. Ekspert przywołał autentyczny przykład umowy B2B, w której jedna strona gwarantowała drugiej prawo do urlopu „na warunkach i w trybie określonych przepisami" kodeksu pracy - czyli zapisu podważającego charakter współpracy.

Ziółkowski opisał typowe pytania inspekcji podczas kontroli. Pierwsze dotyczy posiadania własnych pracowników, drugie - liczby kontrahentów. Wystawianie faktur wielu podmiotom daje bezpieczeństwo, bo dowodzi rzeczywistej działalności. Trzecie pytanie - o moment założenia firmy względem rozpoczęcia współpracy - ekspert uznał za absurdalne. „Kiedy w Polsce najlepiej założyć działalność gospodarczą?" - pytał. Odpowiedź brzmi: gdy ma się klienta, bo to on finansuje składki i koszty. Zarzut zakładania firmy „pod projekt" mija się więc z realiami rynku usługowego.

Osobną wagę przywiązuje ekspert do świadomości samozatrudnionych. Opisał sytuację, gdy po półtoragodzinnym tłumaczeniu zasad jeden z rozmówców zapytał: „to jak ja jestem tym pracownikiem na B2B, to mogę być na urlopie, czy nie?". Zdaniem Ziółkowskiego to właśnie brak świadomości, a nie sama forma umowy, tworzy ryzyko.

Interpretacje, abolicja i przewaga finansowa

Nowe przepisy wprowadziły możliwość występowania o interpretacje. Pierwsza z nich potwierdziła, że programiści mogą pracować na B2B, natomiast - jak relacjonował ekspert - studenci mieliby być zatrudniani na umowę o pracę. To rozwiązanie uznał za „jeden z większych idiotyzmów", ponieważ osoby uczące się do 26. roku życia korzystają z ulgi podatkowej i przy zleceniu „dostają netto równe brutto". Objęcie ich etatem oznaczałoby potrącenia sięgające ponad 20 procent wynagrodzenia.

Ziółkowski krytycznie ocenił także zapisaną w ustawie abolicję. „Abolicja to śmiech na sali" - stwierdził. Warunkiem skorzystania z niej jest dobrowolna zmiana umowy przed kontrolą. Jeśli podatnik zmienia ją dopiero na polecenie inspekcji, PIP i tak może nałożyć karę, bo brakuje elementu dobrowolności.

Ekspert przypomniał, że przekształcanie umów cywilnoprawnych w stosunek pracy było możliwe już wcześniej - orzekał o tym sąd. Uznał sąd za organ w pełni kompetentny i niezależny, w odróżnieniu od organu rządowego, który „może ci przyjść z buciorami" i zmienić typ umowy w drodze decyzji administracyjnej.

Odnosząc się do wysokości sankcji, ekspert ostudził emocje. Choć górna granica kary wzrosła do 60 tysięcy złotych, istotniejsze jest podniesienie dolnej granicy z tysiąca do dwóch tysięcy. Przed nowelizacją średnia kara nakładana przez PIP wynosiła niecałe 1,5 tysiąca złotych, a przez sąd - około 3 tysięcy. „Ja nie wierzę w to, że nagle przejdziemy na górną granicę" - mówił, radząc, by pracodawcy bardziej niż grzywny obawiali się samego przekwalifikowania umów.

Co robić i czego się spodziewać

Pracodawcom ekspert zalecił przegląd umów, usunięcie zapisów wskazujących na stosunek pracy oraz wprowadzenie klauzul wzmacniających charakter B2B - w tym wyraźnego oświadczenia o świadomym wyborze współpracy w ramach działalności gospodarczej oraz możliwości zastępstwa, które zrywa z osobistym charakterem etatu.

Kluczowa jest jednak zmiana języka i praktyk. Ekspert ostrzegał przed „kwiatkami" demaskującymi rzeczywisty stosunek pracy: powitaniami „witamy nowego pracownika", stopkami w mailach czy wpisami w mediach społecznościowych. „Nie ma pracownika" i „nie jesteś na urlopie" - podkreślał, wskazując, że dla inspektora takie dowody są proste do wychwycenia.

Ziółkowski przewiduje, że kontrole ruszą na poważnie w kolejnym roku, gdy PIP będzie współpracować z ZUS, KAS i systemem KSeF. Dostęp do faktur i plików JPK pozwoli automatycznie wyszukiwać firmy wystawiające pojedyncze faktury dla jednego odbiorcy. „Znam podmioty, które się przestraszyły" - przyznał, zauważając, że część firm, zwłaszcza zagranicznych, zaczyna porównywać koszty prowadzenia działalności w Polsce z Rumunią czy Czechami.

Ekspert wskazał na alternatywne modele. W Wielkiej Brytanii samozatrudnienie traktuje się jako pełnoprawną formę zatrudnienia, z opcją późniejszego przejścia na uprawnienia zbliżone do etatu. W Niemczech obowiązują układy zbiorowe pracy o mocy porównywalnej z kodeksem. W Polsce - jak zauważył - jedyną branżą z rozbudowaną regulacją form zatrudnienia jest działalność lecznicza, gdzie lekarz może pracować na etacie, zleceniu lub kontrakcie.

Podsumowując, Ziółkowski nie prognozuje poprawy sytuacji zatrudnionych na B2B. „Nie uwierzę, aż dotknę w to, że będzie lepiej" - powiedział, zakładając raczej nasilenie kontroli. Jego zdaniem zasadniczy problem tkwi w tym, że ustawodawca „wie lepiej" i ogranicza wybór obywateli, podczas gdy - jak podkreślał - dwie świadome i dobrowolnie działające strony powinny móc same decydować o formie współpracy. Efektem może być paraliż decyzji o zatrudnieniu i osłabienie konkurencyjności polskiego rynku pracy.