Polska ma 81 robotów na 10 tysięcy pracowników. Trzy razy poniżej średniej UE
Z końcem roku wygasa ulga na robotyzację, jedyny ogólnopolski instrument wsparcia tej branży, a w Sejmie od miesięcy tkwi w zawieszeniu projekt jego przedłużenia. Zdaniem Maksa Kuśmierka, autora programu Technomax, to moment decyzji: czy Polska zbuduje własną branżę robotyczną, czy stanie się wyłącznie klientem cudzej technologii. Podstawą diagnozy są dane pokazujące, że polskie fabryki mają prawie trzy razy mniej robotów niż wynosi średnia Unii Europejskiej.
Punktem wyjścia jest demografia i rynek pracy. Barometr zawodów przebadał 168 zawodów; 17 z nich pozostaje w trwałym deficycie, a według tego raportu żaden zawód nie jest w nadwyżce. Kierowców ciężarówek brakuje w ponad 300 powiatach, a osób poniżej 25. roku życia jest wśród nich tylko 3 procent. Od lat brakuje też spawaczy, przy najniższej w historii pomiaru dzietności.
W tym kontekście autor formułuje kluczową tezę: w polskiej fabryce robot nie konkuruje z pracownikiem, lecz z wakatem. Robotyzacja przyjdzie niezależnie od decyzji politycznych, bo wymuszą ją koszty, demografia i konkurencja. Pytanie dotyczy nie tego, czy, lecz kto na tym zarobi.
Dane, które zaskakują
Wskaźnik gęstości robotyzacji stawia Polskę poniżej nie tylko średniej unijnej, ale i światowej - w jednym koszyku z Brazylią czy Indonezją. Czesi mają około 40 procent więcej robotów niż Polacy, Niemcy pięć razy więcej, a Koreańczycy piętnaście razy więcej. Sama Korea przekracza 1220 robotów na 10 tysięcy pracowników.
Skala różnicy najlepiej widać na przykładzie Chin, które w jednym roku zainstalowały 295 tysięcy nowych robotów - jedenastokrotność wszystkich urządzeń pracujących dziś w Polsce. Po raz pierwszy chińscy producenci sprzedali na własnym rynku więcej robotów niż dostawcy zagraniczni; 57 procent to już maszyny miejscowe.
Tempo obrazuje półmaraton pod Pekinem. W kwietniu ubiegłego roku wystartowały 22 roboty, do mety dobiegło sześć, a zwycięzca - prowadzony przez operatorów, z wymianami baterii - potrzebował blisko trzech godzin. W tym roku na tej samej trasie wystartowało 300 robotów, a zwycięzca ukończył bieg autonomicznie w około 50 minut. Ludzie biegają tam najszybciej w 57 minut.
Dlaczego wsparcie nie zadziałało
Autor stawia jednoznaczną diagnozę: „Jeżeli po latach programów, ulg, strategii, dotacji, konferencji mamy 81 robotów na 10 tysięcy pracowników, to znaczy, że dotychczasowe wsparcie nie zadziałało”. Nie wiadomo przy tym, czy było za małe, czy za duże - po prostu nie przyniosło efektu.
Skala wsparcia jest niewielka. Z odpowiedzi wiceministra finansów na interpelację poselską z 8 stycznia wynika, że ulgę rozliczyło 294 podatników CIT o łącznej kwocie 208 milionów złotych, co dało 39 milionów złotych skutku dla budżetu. W przeliczeniu daje to około złotówki na obywatela.
Sama konstrukcja ulgi bywała mylnie komunikowana. Przedsiębiorca nie odzyskuje połowy ceny robota, lecz odlicza połowę kosztu od podstawy opodatkowania - przy 19-procentowym CIT realna korzyść to około 9,5 procent, rozłożone w czasie zgodnie z zasadami amortyzacji.
Ulga ma wygasnąć z końcem roku. Projekt jej przedłużenia, a nawet podniesienia odliczenia do 100 procent (druk 1708), wpłynął we wrześniu ubiegłego roku. Po pierwszym czytaniu 13 lutego trafił 27 lutego do Komisji Finansów Publicznych, która od tamtej pory zebrała się 62 razy - ani razu nie umieszczając go w porządku obrad. Firmy planujące inwestycje nie mają więc podstaw do decyzji.
Lekcja z druku 3D
Autor przypomina wcześniejszą falę technologiczną. Na początku minionej dekady otwarte projekty drukarek 3D obniżyły koszt wejścia na rynek. Polska miała wtedy rozpoznawalne marki, jak olsztyński Zortrax, współpracujący z NASA i Boschem. Czesi mieli Josefa Prusę.
Dziś Prusa Research zatrudnia ponad 1200 osób, produkuje ponad 10 tysięcy drukarek miesięcznie i sprzedaje do 160 krajów. Zortrax w ubiegłym roku wyszedł z restrukturyzacji, zawierając układy z wierzycielami, a jego zarząd przyznał, że wcześniejsze strategie zawiodły. Tymczasem chiński Bambu Lab dostarczył 1,2 miliona drukarek i zajął około 30 procent globalnego rynku.
Wniosek: Polska nie przespała technologii, lecz moment, w którym pojedyncze sukcesy można było przekuć w ekosystem dostawców, oprogramowania i kapitału. „Pierwszy produkt nie tworzy trwałej przewagi” - jedna marka nie tworzy jeszcze branży. W robotyce sytuacja się powtarza: projekty otwarte już istnieją, sprzęt tanieje, standardy nie są ustalone.
Propozycja: „pół roku na hali”
Autor odróżnia popyt od podaży. Ulga wspiera kupującego i nie rozróżnia, czy robot jest polski, czy chiński - słusznie, bo ma budować popyt. Brakuje jednak drugiej strony rynku: firm, które projektują, wdrażają, serwisują i sprzedają własne rozwiązania.
Jego roboczy program „pół roku na hali” nie finansuje prototypów - w tych Polska jest dobra - lecz drogę od demonstracji do maszyny pracującej samodzielnie. Fabryka zgłasza realny, jeszcze niezautomatyzowany proces i podpisuje zobowiązanie zakupowe, zanim wykonawca weźmie pierwszą złotówkę, dokładając też własne środki.
Program miałby przejść trzy testy: prawdziwości problemu (firma opisuje proces, nie wybiera urządzenia), prawdziwej pracy (wskaźniki jakości ustalone przed startem, ostatnia transza wypłacana dopiero po przepracowaniu np. 200 godzin bez twórców rozwiązania) oraz testu rynku (fabryka ma 90 dni na decyzję o zakupie i musi ją uzasadnić). Kluczowa jest „druga sprzedaż” - dowód, że powstał produkt zbywalny kolejnym klientom.
Ten sam mechanizm autor przenosi na wojsko i opiekę senioralną. Analiza Bruegla pokazuje, że w polskich zamówieniach obronnych z lat 2020-2025 dziesięciu dostawców zebrało 84 procent z 70 miliardów euro, podczas gdy w USA pierwsza dziesiątka bierze poniżej 40 procent. Uchwalona 11 czerwca ustawa o osobach starszych przeznacza 4,7 miliarda złotych na dekadę, wymieniając potrzeby jak ubieranie się czy przygotowywanie posiłków, lecz nie wspomina o technologii - mimo deficytu rąk do pracy.
Certyfikat i cztery zagraniczne strategie
Od 14 stycznia 2027 roku, dwa tygodnie po wygaśnięciu ulgi, zacznie obowiązywać unijne rozporządzenie maszynowe. Maszyny uczące się samodzielnie, od których zależy bezpieczeństwo, będzie musiała badać niezależna jednostka. Autor proponuje, by polska instytucja nauczyła się tego pierwsza i zbudowała markę jakości - roboczo nazwaną certyfikatem PLROP - na wzór niemieckiego TÜV.
Inni już działają. Korea planuje 8 miliardów złotych inwestycji do 2030 roku, by podnieść udział krajowych komponentów z 44 do 80 procent. Japonia stawia na własne modele AI do robotyki. Ukraina uruchomiła w 2023 roku platformę Brave1 - jeden punkt wejścia dla firm chcących sprzedać technologię wojsku, z decyzją w tygodnie. Stany Zjednoczone 28 lipca objęły ograniczeniami zagraniczne roboty mobilne; kryterium jest miejsce produkcji, przez co - według analizy autora - polski robot traktowany jest tak samo jak chiński.
Zaplecze w Polsce istnieje. Firma NoMagic buduje roboty chwytające zmienne przedmioty; w pilotażu na Zalando jeden z nich wykonywał około 10 tysięcy pobrań dziennie, a jego wartością jest wytrenowany model AI. Map Robotics z Poznania buduje kroczące roboty do tuneli wodnych, a polscy studenci od lat wygrywają najbardziej prestiżowe zawody łazików na świecie.
Autor kończy dwoma scenariuszami roku 2030. W pierwszym roboty przyjeżdżają w kontenerach, a każda aktualizacja to kolejna faktura: „przespana robotyzacja nie skończy się bezrobociem, ale skończy się abonamentem”. W drugim warstwy decydujące o marży - oprogramowanie, integracja, serwis, model wytrenowany na tysiącach cykli - pozostają polskie, a rozwiązanie zbudowane dla jednej odlewni trafia do setek podobnych zakładów. „Nie musimy budować polskiego humanoida” - konkluduje autor - pytanie brzmi, czy polska firma potrafi sprzedawać rozwiązania oparte na problemach polskich fabryk wielokrotnie, na całym świecie.