Powrót

Rosjanin o Polsce: praworządność, ambicje i cyfrowe getta imigrantów

Denis Salnikow, rosyjski analityk mieszkający w Krakowie i absolwent Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności, w rozmowie z Igorem Janke dla Kanału Otwartego przedstawił obraz Polski widziany z zewnątrz. Podkreślił jej atuty - zaufanie do instytucji i przedsiębiorczość młodego pokolenia - ale wskazał też słabości: brak strategii państwa, opieszałą legalizację pobytu cudzoziemców oraz narastające napięcie polsko-ukraińskie podsycane, jego zdaniem, przez rosyjską propagandę.

Salnikow po raz pierwszy odwiedził Polskę w 2014 roku. Zamieszkał tu na stałe po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny w 2022 roku, wcześniej spędziwszy półtora roku na Cyprze i dwa i pół roku w Berlinie. To właśnie porównanie z krajami, które zna z autopsji, stanowi oś jego analizy. Punktem odniesienia pozostaje także jego rodzinna Rosja oraz sąsiednie Białoruś i Ukraina, które na początku lat 90. miały zbliżony do Polski poziom życia, a później „strasznie się rozjechały”.

Zaufanie do państwa, którego Polacy nie doceniają

Najbardziej zaskakującym wątkiem rozmowy okazała się ocena polskiego wymiaru sprawiedliwości. „System sprawiedliwości w Polsce działa dobrze, porównując z tym, do czego jestem przyzwyczajony” - powiedział Salnikow, świadomie formułując zdanie w całości, by nie zostało wyrwane z kontekstu.

Zastrzegł jednak, że posługuje się konkretnym punktem odniesienia. W Rosji - jak wskazał - system sądowy „wykona polecenie polityków, i to są ciągle te same polityki, nie zmieniają się nigdy”. W Polsce natomiast zwykły obywatel może pozwać wynajmującego mieszkanie czy zaskarżyć odmowę przedłużenia karty pobytu - i wygrać, gdy błąd popełnił urzędnik.

Analityk przestrzegł zarazem przed „fałszywą dychotomią” dobra i zła. Przyznał, że mierzone standardami państw o dłuższej tradycji demokratycznej polskie sądy wypadają gorzej, zwłaszcza pod względem czasu rozpatrywania spraw. „Zawsze może być gorzej, zawsze może być lepiej” - podsumował.

Równie wysoko ocenił zaufanie do policji, które określił jako „prawie niezrozumiałe dla osoby pochodzącej z Rosji”. Za atut Polski uznał również system, który - jego zdaniem - nie zabija inicjatywy gospodarczej tak jak modele niemiecki czy francuski. Wskazał na konstrukcję podatkową, która w Niemczech po przekroczeniu pewnego progu dochodu przestaje zachęcać do dalszego wysiłku, oraz na elastyczność polskich form zatrudnienia, wspierającą - jak ocenił - produktywność i ambicje.

„Warszawa kilka poziomów lepsza niż Berlin”

Salnikow otwarcie ocenił, że pod względem jakości życia Warszawa jest „kilka poziomów lepsza niż Berlin” - w zakresie bezpieczeństwa, porządku i czystości. Opisał berlińskie dzielnice, które „wyglądają jak dzielnice Stambułu albo jakiegoś miasta na Bliskim Wschodzie”, i przyznał, że w niektórych z nich, jako biały mężczyzna nieposługujący się arabskim czy tureckim, nie czuł się bezpiecznie.

Podkreślił przy tym, że jego uwagi „nie mają żadnego związku z rasizmem”. Jako przykład zaniedbania przywołał park Görlitzer w dzielnicy Kreuzberg, w którym - jak mówił - otwarcie handluje się narkotykami, a jedyną reakcją władz było ustawienie barierek. Wspomniał też coroczne sylwestrowe zamieszki z użyciem fajerwerków oraz zdewastowaną infrastrukturę miejską, które nie kojarzą mu się z „obrazkiem cywilizowanego państwa”.

W Berlinie - mieście, które nazwał „dość lewicowym” - nie dostrzegł wśród mieszkańców dążenia do rozwoju kariery ani zdobywania nowej wiedzy. „Po prostu chcieli pracować, korzystać z tego państwa socjalnego, które Niemcy zbudowali” - ocenił. W Polsce natomiast, także poza wyselekcjonowanym gronem uczestników Szkoły Przywództwa, zauważył wyższy poziom ambicji.

Za dowód gospodarczej samowystarczalności uznał własne doświadczenie z remontu mieszkania w Krakowie: niemal wszystko, od wyposażenia łazienki po kuchnię, mógł kupić od polskich producentów. „Rosja, która ma tyle terytorium, która ma tyle zasobów, wielu rzeczy po prostu nie produkuje” - porównał, wskazując na znaczenie tej różnicy w kontekście sankcji.

Napięcie polsko-ukraińskie i „getta cyfrowe”

Salnikow, jako cudzoziemiec bardziej wyczulony na te zjawiska, przyznał, że odczuwa narastające napięcie wobec Ukraińców. Zaznaczył, że pracuje zdalnie i większość incydentów zna z mediów, ale słyszał od znajomych Ukraińców i Białorusinów, że już w latach 2023-2024 zdarzały się wobec nich wrogie komentarze.

Jako analityk usiłował zachować proporcje. W kraju liczącym 37 milionów mieszkańców kilka nagłośnionych incydentów to margines, który „nie reprezentuje nastawienia całego społeczeństwa”. Zastrzegł jednak, że niepokojący trend widoczny jest również w sondażach partii politycznych.

Kluczową rolę w podsycaniu animozji przypisał rosyjskiej propagandzie i botom. Opisał charakterystyczny wzorzec: pod nagraniem o hipotetycznej ofercie Putina, by zachodnią Ukrainę oddać Polsce, Rumunii i Węgrom, liczba komentarzy rosła „nieproporcjonalnie do liczby oglądań”, a wiele z nich nie miało związku z treścią materiału. „Ten modus operandi wygląda dla mnie bardzo znajomo” — stwierdził, przypominając, że farmy trolli powstały najpierw do zwalczania opozycji w samej Rosji.

Zjawisko rozdzielenia społeczności określił mianem „gett cyfrowych”. Fizyczne getta, jego zdaniem, w Polsce nie powstają - uchodźcy z Ukrainy reprezentują bardzo różny poziom dochodu, a drogie samochody na ukraińskich tablicach należą do najwyżej stu tysięcy osób spośród nawet dwóch milionów mieszkających w kraju. Podziały przebiegają natomiast w sferze cyfrowej: w bańkach językowych na komunikatorach oraz w lokalach gastronomicznych odwiedzanych niemal wyłącznie przez Ukraińców, Białorusinów i Rosjan.

Salnikow opisał wizytę w warszawskim Wilanowie, gdzie trafił do knajpy prowadzonej przez Ukraińców, pełnej ukraińskojęzycznych gości z klasy średniej. Nie dostrzegł żadnego problemu, ale zaskoczyła go skala tego „mini getta”. Ostrzegł, że bez działań państwa takie enklawy mogą się pogłębiać.

Brak strategii i słabsza cyfryzacja niż w Rosji

Salnikow zwrócił uwagę, że wielu Ukraińców i Białorusinów przez pierwsze lata żyło w przekonaniu, iż wkrótko wróci do domu - nie uczyli się języka, nie szukali polskich znajomych. Za ten brak integracji obarczył jednak odpowiedzialnością również państwo, które nie zbudowało strategii imigracyjnej ani mechanizmów stymulujących asymilację.

Ocenił, że Polska „ma ogromne szczęście”, przyjmując imigrantów kulturowo podobnych i niekłopotliwych, wśród których są eksperci poszukiwani na globalnym rynku. Ostrzegł jednak, że w rywalizacji o te kompetencje Niemcy i Francja oferują przejrzystszą ścieżkę integracji, a atmosfera niechęci może skłonić część specjalistów do wyjazdu.

Największym problemem państwa nazwał brak strategii i ciągłości - przywołał CPK, elektrownię atomową i kolej dużych prędkości jako projekty rozbijane o wewnętrzną polaryzację. Za drugą słabość uznał cyfryzację. Choć na tle Zachodu Polska wypada dobrze, w porównaniu z Estonią, Ukrainą, a nawet Rosją - jego zdaniem - przegrywa.

Polskie usługi cyfrowe opisał jako „silosy pionowe”, które działają sprawnie osobno, lecz nie są spięte w jeden system. Za wzór podał ukraińską aplikację DIA, w której poza dokumentami można zgłosić zawarcie małżeństwa czy rozwód. Podobnie ocenił bankowość - aplikacje w Rosji i na Ukrainie, jego zdaniem, oferują więcej funkcji, choć zastrzegł, że nie zamierza promować rosyjskiego systemu. Uznanie wyraził jedynie dla technologii BLIK.

„Nie najłatwiejszy orzeszek do rozgryzienia”

Na koniec Salnikow odniósł się do zagrożenia rosyjskim atakiem. Za wyjątkowy atut Polski uznał gotowość obywateli do obrony kraju - nieporównywalnie wyższą niż na Zachodzie - oraz dumę z państwa, którą zestawił z historią zaborów i PRL-u.

Zaznaczył, że w odróżnieniu od Rosji polska duma równoważona jest krytyką i narzekaniem, co tworzy „pętlę zwrotną” chroniącą przed samozadowoleniem. Ewentualny atak na Polskę uznał za „bardzo poważny błąd” Putina. „To jest regionalnie potęga demograficznie, gospodarczo, kraj, który buduje największą armię w Europie” - ocenił. „To nie jest najłatwiejszy orzeszek do rozgryzienia”.

Zapytany, czy Polska zdąży się zabezpieczyć, odpowiedział krótko: „Mam nadzieję”. Rozmowa wpisuje się w szerszą dyskusję o kondycji państwa i miejscu imigrantów w polskim społeczeństwie, prowadzoną z perspektywy obserwatora znającego zarówno realia postsowieckie, jak i zachodnioeuropejskie. Salnikow, jako Rosjanin sprzeciwiający się polityce Kremla, deklaruje, że promuje Polskę wśród rosyjskojęzycznych odbiorców - dla których, jak zaznaczył, osiedlenie się w kraju pozostaje dziś praktycznie niemożliwe.