Powrót

Polska sojusznikiem numer jeden Czechów. Skąd ta zmiana?

W najnowszym sondażu opinii publicznej 81 proc. Czechów wskazało Polskę jako najważniejszego sojusznika Republiki Czeskiej - więcej niż Niemcy, Stany Zjednoczone czy Słowację. O przyczynach tej zmiany opowiedział w programie kanału Otwartego Maciej Ruczaj, były dyrektor Instytutu Polskiego w Pradze i dyplomata z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w relacjach z Czechami i Słowakami.

Ruczaj od razu ostudził emocje wokół tezy o czeskim „uwielbieniu” dla Polski. „Na pewno nas nie uwielbiają Czesi. Uwielbiają tylko sami siebie” - stwierdził, przypominając, że w tamtejszych rankingach najpopularniejszych narodów zawsze wygrywają sami Czesi. Jego zdaniem to „miłość z rozsądku”, oparta na twardej kalkulacji, a nie na sentymencie. I to właśnie czyni ją, według rozmówcy, wartościową.

Polski cud gospodarczy widziany z Pragi

Pierwszym filarem zmiany jest gospodarka. W czeskich mediach mówi się wprost o „polskim cudzie”. Punkt wyjścia był niski - jak przypomniał Ruczaj, w 1990 roku polskie PKB na mieszkańca stanowiło około połowy poziomu czeskiego, a Czesi postrzegali Polskę jako kraj „biedny, zacofany i niewart specjalnej uwagi”.

Symbolem przełomu stała się infrastruktura. „Te mapki pokazujące rozwój polskiej sieci autostrad stały się hitem czeskiego internetu” - mówił Ruczaj. Zwrócił uwagę, że temat wyszedł poza grono ekspertów: „ludzie w gospodach czeskich opowiadają sobie, jak to ci Polacy zbudowali autostrady”.

Do tego doszły makroekonomiczne sygnały - zbliżenie płacy minimalnej i siły nabywczej - oraz doświadczenia czeskiego biznesu. Ruczaj wskazał konkretną różnicę administracyjną: uzyskanie pozwolenia na budowę zajmuje w Polsce kilka miesięcy, a w Czechach „to jest kwestia kilku lat”. Podobny dystans dotyczy cyfryzacji usług publicznych - Czechy wprowadzają dziś rozwiązania, które w Polsce weszły w życie jeszcze przed pandemią.

Bałtyk jako „nowa Chorwacja” i otwierające się połączenia

Drugim wymiarem zbliżenia jest turystyka. Przez lata próby promowania Polski jako celu wakacyjnego spotykały się w Czechach z chłodem. Sytuacja zaczęła się zmieniać przed pandemią, a covid - paradoksalnie - przyspieszył proces, bo Czesi zaczęli szukać bliższych kierunków.

Dziś, jak relacjonował Ruczaj, wzrost jest „eksponencjalny”, a Czesi stanowią drugą najliczniejszą nację cudzoziemców nad polskim Bałtykiem. W tamtejszej prasie pojawiają się artykuły opisujące Polskę jako „nową Chorwację”, choć rozmówca zastrzegł, że to inny typ wrażeń. Zwrócił też uwagę na różnicę między oboma narodami: „gdziekolwiek się pojedzie na świecie, można spotkać Polaka, który tam pracuje, i Czecha, który jest na urlopie”.

Rosnącej wymianie sprzyja poprawa dostępności. Ruczaj przypomniał, że pierwsze połączenie autostradowe między Polską a Czechami powstało dopiero przy okazji Euro 2012, a jeszcze niedawno nie dało się dojechać pociągiem z Pragi do Wrocławia. To realny fundament idei Trójmorza - budowy infrastruktury na osi północ-południe w regionie, który historycznie komunikowano wyłącznie z imperialnymi centrami.

Bufor bezpieczeństwa i odwrót od Niemiec

Trzecim czynnikiem jest bezpieczeństwo. Polska jest w Czechach postrzegana jako filar bezpieczeństwa regionu i - jak ujął to Ruczaj - „bufor, który odgradza Czechy od tego niebezpiecznego świata za wschodnią granicą NATO i Unii Europejskiej”.

Rosyjska agresja na Ukrainę była dla Czechów „przyspieszoną lekcją historii”. Wcześniej - jak zauważył rozmówca - czeska edukacja przejmowała po części rosyjską wizję dziejów Europy Środkowo-Wschodniej, a przestrzeń na wschód od Bugu traktowano jako „mniej więcej Rosję”. Po wybuchu wojny wzrosło zrozumienie dla polskiej perspektywy geopolitycznej oraz przekonanie, że polskie inwestycje w modernizację armii i bezpieczeństwo energetyczne były „dalekowzroczne”.

Równolegle słabnie pozycja Niemiec jako czeskiego punktu odniesienia. Zdaniem Ruczaja Czesi „bardzo boleśnie odczuli niemiecką politykę energetyczną” i uznali wyłączenie atomu za „przejaw szaleństwa”, zwłaszcza jako naród dumny ze swoich elektrowni jądrowych. Drugim czynnikiem był kryzys migracyjny - Czesi prowadzą restrykcyjną politykę migracyjną i, jak zaznaczył rozmówca, „boją się, że ktoś mógłby przyjść i zabrać im ten styl życia”.

Uzależnienie od Niemiec i pierwsze głosy o „dekaplingu”

Trzecim źródłem zmiany jest przewartościowanie gospodarczych więzi z Berlinem. Niemcy pozostają głównym partnerem - odpowiadają za około 30 proc. czeskiego eksportu, głównie komponentów dla przemysłu samochodowego. Ta zależność, niegdyś motor wzrostu, dziś bywa postrzegana jako obciążenie.

Ruczaj zwrócił uwagę na przełom retoryczny: „po raz pierwszy za mojej pamięci pojawiają się w przestrzeni publicznej takie hasła jak konieczność dekaplingu” - odłączenia od Niemiec. Kraj, który z dumą mówił o sobie jako o „siedemnastym landzie” w sensie gospodarczym, zaczyna szukać dywersyfikacji.

Rozmówca podkreślił różnice mentalnościowe. Czesi - inaczej niż Polacy - nie mają blokady przed funkcjonowaniem w większych całościach, co wynika z historii bycia częścią Rzeszy i monarchii habsburskiej. Ich eurosceptycyzm dotyczy nie utraty suwerenności, lecz „wtrącania się tej mitycznej Brukseli” w styl życia - sposób produkcji piwa, prawo do samochodu, swojskość. Polska duma narodowa opiera się na symbolach i historii, czeska - na stylu życia i „wręcz cynicznym pragmatyzmie”.

„Polacy się kłócą, ale jest konsensus w sprawach pierwszorzędnych”

Ruczaj nie ukrywał, że czeski podziw ma również źródło we frustracji. Zjawisko nazwał „czeskim biczowaniem się Polską” - projekcją własnego niezadowolenia ze stagnacji i stanu usług publicznych.

Jednocześnie zwrócił uwagę na sposób, w jaki czeskie media relacjonują polską politykę. Choć „bardzo lubią relacjonować polskie wojny domowe”, dominuje narracja, że mimo sporów Polacy realizują „bardzo stabilną i przewidywalną politykę” w sprawach priorytetowych. „Polacy się kłócą, ale jest konsensus w sprawach pierwszorzędnych” - to, według rozmówcy, standardowy czeski przekaz o Polsce, dotyczący rozwoju i bezpieczeństwa.

Różne podejścia do zbrojeń

Wyraźna różnica dotyczy nastawienia do obronności. Czechy są jednym z ostatnich krajów NATO, które nie osiągnęły pułapu 2 proc. PKB na wojsko. Jak przypomniał Ruczaj, choć Praga ogłosiła osiągnięcie tego poziomu w ubiegłym roku, sekretarz generalny NATO Mark Rutte niedawno to zakwestionował, wskazując, że próg nie zostanie osiągnięty również w tym roku.

Brakuje też nacisku społecznego. „Skoro mamy Polskę, no to po co się zbroić” - tak, z dawką ironii, Ruczaj streścił część czeskiego myślenia. Czechy traktują się jako kraj mały, opierający bezpieczeństwo na sojuszach, a nie na dążeniu do samowystarczalności. Nie graniczą z przestrzenią postsowiecką, więc presja społeczna jest słabsza niż w Polsce. „Z takim argumentem - że trzeba zabrać z programów społecznych, by wzmocnić armię - nie da się w Czechach wygrać wyborów” - ocenił.

Gospodarka dwóch modeli

Rozmowa dotknęła również różnic w strukturze obu gospodarek. Czeska opiera się na kilku wielkich prywatnych koncernach - w pierwszej setce rankingu najbogatszych Europejczyków „Forbesa” jest, według Ruczaja, kilku Czechów i ani jednego Polaka. Prywatyzacja, którą rozmówca ostrożnie opisał jako proces sprzyjający budowie dużych, quasi-oligarchicznych grup, dała krajowi potężnych graczy nastawionych na ekspansję zagraniczną.

Polska siła jest inna. „Została zbudowana przez małe i średnie przedsiębiorstwa, przez tę olbrzymią konkurencję” - mówił rozmówca. Efektem jest większa elastyczność i szybsze dostosowanie do zmian, a dla konsumenta - niższe ceny usług przy braku monopoli. Oba kraje są dziś dla siebie drugim-trzecim najważniejszym partnerem gospodarczym, a jeden z czeskich przedstawicieli biznesu określił oś Praga-Warszawa jako potencjalny „węzeł gospodarki całej Unii Europejskiej”.

Zaniedbania polskiej dyplomacji

Ruczaj wskazał, że najlepsze procesy - wymiana gospodarcza i międzyludzka - zachodzą dziś „bez udziału państwa”. Polska dyplomacja ekonomiczna nie jest, jego zdaniem, w dobrym stanie: do Czech nie przyjeżdżają delegacje z przedstawicielami firm, a na Słowacji brakuje przedstawicielstwa polskiej agencji handlu i inwestycji.

Rozmówca skrytykował paternalistyczne i pełne kompleksów podejście do mniejszych sąsiadów. Przywołał zdanie Wojciecha Konończuka, dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich, że polityka zagraniczna to nie tylko Stany Zjednoczone, Francja, Niemcy, Ukraina i Rosja. Efektem zaniechań jest oddawanie pola innym - jak Węgrom Viktora Orbána na Słowacji czy Bałkanach.

Konflikt z Ukrainą i miejsce przy stole rozmów

Osobnym wątkiem był polsko-ukraiński spór o pamięć historyczną, w tym emocje wokół nadania jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA. W Czechach temat banderyzmu i UPA jest znany i tradycyjnie postrzegany negatywnie, ale - jak zaznaczył Ruczaj - Czesi mają „mniejszą skłonność do kłótni o historię”.

Rozmówca zwrócił uwagę, że Czechy przyjmują najwięcej uchodźców z Ukrainy w przeliczeniu na mieszkańca w Europie, co rodzi napięcia i zrozumienie dla polskich frustracji. Podkreślił też, że czeska opinia publiczna dostrzegła nieobecność Polski przy stole rozmów o zakończeniu wojny i głośno wyraża przekonanie, że kraj postrzegany jako kluczowy powinien tam być.

Rekomendacje: budować mosty, póki trwa koniunktura

Zapytany, co Polska powinna robić, Ruczaj odpowiedział zwięźle: „Budować tyle mostów, ile się da, i zwiększać polską obecność” - w wymiarze kulturowym, ekonomicznym i medialnym. Wskazał na przemysł obronny jako obszar komplementarnych zdolności oraz na powrót do konsultowania stanowisk europejskich w ramach Grupy Wyszehradzkiej.

Sam format wyszehradzki, jego zdaniem, nie odzyska rangi z lat 90., bo sama liczba głosów nie wystarczy już, by cokolwiek przeforsować w Brukseli. Może jednak stanowić fundament szerszych koalicji - „serce projektu trójmorskiego” i łącznik między Europą bałtycką a Rumunią i Bałkanami.

Najważniejszy wniosek Ruczaja dotyczy natury tej zmiany. Czeski szacunek dla Polski jest pragmatyczny, a nie emocjonalny - i właśnie dlatego trwalszy niż zmienne sympatie. „To nie jest tak jak z Ukrainą, że jednego dnia cię kochamy, a drugiego nienawidzimy” - podsumował. Zadaniem polskiej polityki jest wykorzystanie tej koniunktury, zanim minie: „Im więcej teraz wybudujemy, tym trudniej będzie potem te węzły rozrywać”.