Powrót

Zełenski wynosi UPA na sztandary. Historyk ostrzega przed skutkami

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek wojskowych imię bohaterów UPA, a Rada Najwyższa procedowała utworzenie panteonu narodowego, w którym mają znaleźć się Roman Szuchewycz i Stepan Bandera. Decyzje zapadają w momencie napiętych relacji polsko-ukraińskich na tle historii. Zdaniem prof. Damiana Markowskiego, historyka związanego z Instytutem Pileckiego, jest to działanie krótkowzroczne, obliczone przede wszystkim na cele wewnętrzne i szkodliwe dla samej Ukrainy.

Regionalny bohater, który stał się figurą ogólnokrajową

30 czerwca w wielu ukraińskich miastach, między innymi we Lwowie, uczczono 119. rocznicę urodzin Romana Szuchewycza. W obchodach, którym towarzyszyły race i okrzyki, uczestniczyły władze miast. Dla Polaków to postać jednoznacznie kojarzona ze zbrodnią wołyńską, a dla Ukraińców - bohater.

Jak wyjaśnia prof. Markowski, Szuchewycz dopiero w ostatnich latach stał się figurą rozpoznawalną w całej Ukrainie. Wcześniej pozostawał bohaterem regionalnym, znanym głównie na zachodzie kraju. Był jednym z kluczowych działaczy banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, a następnie dowódcą Ukraińskiej Powstańczej Armii.

To między innymi z jego inicjatywy przeprowadzono tak zwaną antypolską akcję - serię uderzeń ukraińskiego podziemia w polską ludność, najpierw na Wołyniu, później w Galicji Wschodniej. Historyk przypomina, że przed objęciem dowództwa UPA Szuchewycz służył w jednym z batalionów Schutzmannschaft, dokonujących pacyfikacji na tyłach niemieckiego frontu podczas agresji III Rzeszy na Związek Sowiecki. Po wojnie prowadził walkę z sowietyzacją regionu aż do śmierci w 1950 roku pod Lwowem.

W miejscowości Biłohorszcza, gdzie Szuchewycz zginął, trwa obecnie odbudowa poświęconego mu muzeum. Wspiera ją szereg ukraińskich firm prywatnych, w tym Roshen - koncern byłego prezydenta Petra Poroszenki. Chętnie pokazuje się tam mer Lwowa Andrij Sadowyj, podkreślając wkład miasta w to przedsięwzięcie.

Dwie pamięci na kursie kolizyjnym

Zdaniem prof. Markowskiego polska pamięć martyrologiczna i ukraińska pamięć heroiczna znajdują się dziś na kursie kolizyjnym. - Jeżeli na sztandarach obecnej Ukrainy, która prowadzi bohaterską wojnę z Federacją Rosyjską, wynosi się takie postaci jak Roman Szuchewycz, to te pamięci są absolutnie nie do pogodzenia - ocenia historyk.

Podkreśla, że mówi to z przykrością, ponieważ sam starał się budować pojednanie w oparciu o rzetelne badania. Spędził wiele miesięcy w archiwach ukraińskich, w tym w archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, gdzie odnalazł rozkazy UPA potwierdzające ludobójczy charakter działalności tej organizacji - nie tylko wobec Polaków, lecz także wobec Ukraińców podejrzewanych o skłonność do współpracy z Sowietami.

Historyk przypomina skalę zbrodni. Trwają dyskusje, czy z rąk UPA zginęło 80, 90, czy nawet ponad 100 tysięcy Polaków. Rzadziej wspomina się o zaangażowaniu członków OUN, a później UPA, w niemiecki aparat kolaboracyjny. - Byli oni zaangażowani w ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. Szczególnie na Wołyniu bataliony ukraińskiej policji pomocniczej brały czynny udział w zagładzie ludności żydowskiej - mówi prof. Markowski.

Decyzja obliczona na politykę wewnętrzną

Historyk przyznaje, że nadanie jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA go zaskoczyło - ale dlatego, że nastąpiło to tak późno. Ukraina dysponuje ponad 80 brygadami sił zbrojnych, których patroni w większości nie kolidują z polską wersją historii, a czasem odwołują się do wspólnych kart dziejów.

Wybór momentu nie jest jednak, jego zdaniem, przypadkowy. - Prezydent Zełenski nieprzypadkowo teraz wybrał moment, aby podnieść kwestię uhonorowania bohaterów UPA - dzieje się to właśnie w chwili, kiedy służba antykorupcyjna sięga coraz bliżej kręgu osób z najbliższego otoczenia prezydenta - zauważa Markowski.

Drugim tłem ma być stanowisko Berlina. Historyk przypomina, że kanclerz Friedrich Merz dwukrotnie dał do zrozumienia, iż Ukraina w najbliższym czasie nie może liczyć na wejście do Unii Europejskiej. - Ten spór nie został wywołany przez prezydenta Karola Nawrockiego, ale przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego - twierdzi Markowski, oceniając, że konflikt służy głównie celom wewnętrznym.

Zdaniem historyka Zełenski w dużym stopniu sam kreuje oczekiwania społeczne, a nie tylko na nie odpowiada. - Wizerunek Zełenskiego sporo zyskał na tym konflikcie z Polską - mówi Markowski, określając takie działanie jako „skrajnie cyniczne”, prowadzące do zantagonizowania obu społeczności po zbliżeniu z lutego 2022 roku.

„UPA to polska AK”? Historyk odrzuca porównanie

Markowski nie wierzy, by strona ukraińska nie przewidziała ostrej reakcji Polski, w tym odebrania orderu. - Prezydent Zełenski jest zbyt inteligentnym człowiekiem, aby pozwolić sobie na tego rodzaju wielki błąd - ocenia, przypominając, że Warszawa podejmowała próby załagodzenia sporu kanałami dyplomatycznymi, zanim się zaostrzył.

Historyk odrzuca też pojawiające się w polskiej debacie porównanie UPA do Armii Krajowej. - UPA od AK różniła się praktycznie wszystkim - mówi. Armia Krajowa była zbrojnym ramieniem Polskiego Państwa Podziemnego, przedłużeniem legalnego rządu i częścią koalicji antyhitlerowskiej. Nie wydawała rozkazów mordowania ludności ukraińskiej w celu stworzenia etnicznie czystego państwa. Takie rozkazy wobec Polaków wydawało natomiast kierownictwo OUN i UPA.

Kolejna różnica dotyczy stosunku do Niemców. AK do końca pozostawała formacją antyniemiecką, podczas gdy w czerwcu 1944 roku we Lwowie przedstawiciele UPA i OUN podpisali z niemieckimi służbami porozumienie o rozejmie i dozbrojeniu. - Do oddziałów UPA płynie ogromne wsparcie ze strony Niemców w postaci tysięcy sztuk broni palnej. Dzieje się to wtedy, kiedy żołnierze Armii Krajowej walczą i giną na barykadach Warszawy - podkreśla historyk.

Nawet w apogeum antypolskich zbrodni Komenda Główna AK stała na stanowisku, że akcje odwetowe wobec ludności ukraińskiej należy ograniczać do minimum i nie wolno zabijać kobiet i dzieci. Kierownictwo OUN dążyło natomiast do wymordowania lub wypędzenia Polaków z terenów spornych, by po wojnie pozbawić ich szans w ewentualnym plebiscycie.

Chronologia obala tezę o symetrii win

Historyk nie umniejsza ukraińskim ofiarom. Szacuje, że z rąk polskich zginęło około kilkunastu tysięcy ukraińskich cywilów, którym należy się szacunek i godny pochówek. Podkreśla jednak, że chronologia wydarzeń jest „bezlitosna dla banderowskiej wersji historii”.

Polskie akcje odwetowe narastają dopiero późnym latem 1943 roku na Wołyniu, a w Galicji Wschodniej - w marcu 1944 roku, ponad dziewięć miesięcy po rozpoczęciu tam antypolskiej akcji. Markowski wskazuje, że tezę o „oddolnym buncie ludowym” i „drugiej wojnie polsko-ukraińskiej”, której autorem jest Wołodymyr Wjatrowycz, obalają masowe groby.

W Kuźnikach, gdzie w lutym 1945 roku zamordowano ponad sto osób, 90 procent ofiar stanowili ludzie starsi, kobiety i dzieci. Historyk relacjonuje, że jeden z ukraińskich badaczy obecnych przy ekshumacji przyznał w rozmowie z kolegą: - Jakoś się nie sprawdza to, co wszędzie mówimy, bo bardzo dużo jest w tym dole kobiet i dzieci.

Podatny grunt pod masową zbrodnię - jak ocenia - wytworzyli przede wszystkim Niemcy, angażując miejscową ludność w antyżydowskie pogromy i pozbawiając chłopów środków do życia. Na Wołyniu kierownictwo OUN zabiegało o popularność, rozdając ziemię pomordowanych Polaków ukraińskiej ludności.

Ekshumacje i przyznanie się do błędów po polskiej stronie

Prace ekshumacyjne toczą się dziś szerzej niż wcześniej - w Kuźnikach, Uhłach na Wołyniu, Kucie Pieniackiej pod Brodami. Historyk studzi jednak entuzjazm wokół zapowiadanego „przełomu”. - Przełomem jest to, że te ekshumacje w ogóle się dzieją po latach zastoju - mówi.

Dla porównania przypomina, że niemiecki Volksbund w ostatnim dwudziestoleciu ekshumował z terenów Ukrainy około 102 tysięcy żołnierzy, a rosyjskie służby do 2022 roku nie miały problemów z poszukiwaniem swoich poległych. - Widzimy, jak bardzo Ukraina boi się tych dołów śmierci - ocenia, wskazując obawę przed kolejnymi drastycznymi materiałami, jak te z „Trupiego pola” na Wołyniu, gdzie odkryto grób ponad 330 kobiet i dzieci.

Markowski uderza się w polskie piersi. - Państwo polskie tutaj zawiodło - mówi, wskazując brak nacisku na procedowanie wniosków oraz likwidację w 2016 roku Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, instytucji najskuteczniej prowadzącej ekshumacje. Jej kompetencje rozdzielono między IPN i Ministerstwo Kultury, co - jego zdaniem - sprowadziło proces do „śladowego”.

Wojna o pamięć, którą Ukraina przegrywa

Historyk przywołuje słowa ukraińskiego badacza Jarosława Hrycaka, że wojny o pamięć nie da się wygrać. - Zgadza się, ale wojnę o pamięć można przegrać bardziej lub mniej. Widać, że Ukraina tę wojnę przegrywa i to przegrywa ją bardziej - dodaje.

Zdaniem Markowskiego decyzje Zełenskiego są krótkowzroczne, podejmowane ad hoc i motywowane politycznie. O sprawie piszą już poczytne tytuły w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii i Japonii, wskazując, że Ukraina, stawiając czoła rosyjskiej agresji, „podpiera się najciemniejszymi kartami swojej historii”.

Historyk ostrzega, by zakładnikami sporu nie stali się Ukraińcy mieszkający i pracujący w Polsce, często związani z Polakami więzami rodzinnymi. Apeluje jednocześnie o stanowczość - odrzuca argumentację, że „nie ma teraz czasu” na rozmowę o ofiarach Wołynia. - Może w takim razie Ukraina nie chce, żeby ten czas kiedykolwiek nastąpił - konkluduje.

Spór toczy się w cieniu wojny z Rosją i ukraińskich aspiracji akcesyjnych do Unii Europejskiej i NATO. Markowski przypomina, że w ostatnich sondażach poparcie dla Zełenskiego wzrosło dzięki konfliktowi z Polską, a sam prezydent na forum ONZ porównał już wcześniej Polskę do sojuszników Putina. Historyk wzywa polskie elity, by „zdały sobie sprawę, z kim rozmawiają”, nie utożsamiając przy tym stanowiska Zełenskiego z postawą całego narodu ukraińskiego.