Prawicowa fala w Ameryce Łacińskiej. W tle rywalizacja USA i Chin
W kolejnych wyborach w Ameryce Łacińskiej zwyciężają politycy prawicowi i konserwatywni, często zbliżeni do Donalda Trumpa - ocenia dr Joanna Gocłowska-Bolek, ekonomistka i ekspertka od regionu z Uniwersytetu Warszawskiego. Jej zdaniem zwrot ten wynika nie tyle z ideologii, ile z frustracji społeczeństw wobec nieskutecznych rządów lewicowych oraz z rosnącej ingerencji Waszyngtonu, który rywalizuje z Chinami o wpływy w regionie. Kulminacją tego procesu mają być październikowe wybory w Brazylii - największej gospodarce Ameryki Łacińskiej.
Zwrot bardziej antyestablishmentowy niż ideologiczny
Zmiana jest widoczna, ale niekoniecznie trwała. „Jeżeli popatrzymy sobie w jakiejś takiej szerszej perspektywie czasowej na region, to jest to pewien trend, ale niekoniecznie trwały” - zastrzega Gocłowska-Bolek. W jej ocenie w wielu krajach mamy do czynienia z odbiciem po rozczarowujących rządach lewicowych.
Ekspertka wskazuje na narastające niezadowolenie wyborców. „Mamy już dość tych polityków, którzy zostali uznani za nieskutecznych, nie sprawdzili się, oni muszą odejść” - opisuje panujące nastroje. W efekcie rośnie tendencja do wybierania kandydatów obiecujących proste rozwiązania problemów systemowych, narastających przez dziesięciolecia.
Wspólnym mianownikiem zwycięskich polityków jest nie tyle prawicowość, ile status outsidera. Wielu z nich zbudowało pozycję na kwestionowaniu dotychczasowej klasy politycznej. Jeśli okażą się równie nieskuteczni jak poprzednicy, w kolejnych wyborach również mogą przegrać - zaznacza rozmówczyni.
Od Salwadoru po Argentynę: różne twarze zwrotu w prawo
Pierwszym wzorem stał się salwadorski prezydent Nayib Bukele, który doszedł do władzy w 2019 roku nurtem antyestablishmentowym. Dziś, w drugiej kadencji, znany jest z twardej polityki bezpieczeństwa, w ramach której - jak podkreśla Gocłowska-Bolek - „odsuwa na bok prawa człowieka, które uznaje za mniej ważne”. Współpracuje z Trumpem i jest wzorem dla innych liderów regionu.
Podobny profil ma Daniel Noboa w Ekwadorze - jeden z najmłodszych prezydentów na świecie, który zerwał z dwiema dekadami rządów lewicy. W Argentynie zwyciężył Javier Milei, „absolutnie antyestablishmentowiec”, bez wcześniejszego doświadczenia politycznego, który proponował radykalne reformy gospodarcze i oskarżał przeciwników o komunizm.
Nie wszyscy zwycięzcy to jednak outsiderzy. W Chile wygrał José Antonio Kast - polityk o wyrazistym prawicowym rodowodzie, nawiązujący do rządów Augusto Pinocheta. W Peru czwarty raz startowała Keiko Fujimori, doświadczona polityczka i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego. W Kolumbii triumfował Abelardo de la Espriella - biznesmen i prawnik bez doświadczenia politycznego, który zastąpił lewicowego Gustava Petro.
Do tego grona ekspertka dolicza kolejnych konserwatywnych przywódców Ameryki Środkowej, w tym z Kostaryki i Paragwaju. Rządy lewicowe utrzymują się jeszcze w Meksyku, Urugwaju, Gwatemali oraz - na razie - w Brazylii. Osobną kategorię stanowią reżimy autorytarne Nikaragui i Kuby oraz Wenezuela, która po usunięciu Nicolása Maduro w styczniu stała się - jak ujmuje to rozmówczyni - „protektoratem Stanów Zjednoczonych”.
Bezpieczeństwo i gospodarka motorami kampanii
We wszystkich kampaniach powtarzają się dwa tematy: bezpieczeństwo i sytuacja ekonomiczna. „Kwestie bezpieczeństwa to absolutny priorytet w regionie” - mówi Gocłowska-Bolek, wskazując na rosnącą przemoc.
Symbolem tej zmiany jest Ekwador, który w ciągu kilku lat przeszedł od kraju bezpiecznego do państwa o najwyższych wskaźnikach przemocy, opanowanego przez kartele. Presja przenosi się także do Kostaryki, przez dziesięciolecia wolnej od zorganizowanej przestępczości. To właśnie tam wybory wygrała niedawno konserwatywna Laura Fernández.
Drugim czynnikiem jest gospodarka i poczucie braku bezpieczeństwa żywnościowego. By zrozumieć jego źródła, ekspertka cofa się o dwie dekady. Od początku lat 2000 region ogarnęła tzw. różowa fala - trend lewicowy zapoczątkowany przez Hugona Cháveza w Wenezueli, który od 1999 roku budował „socjalizm XXI wieku”. W jego ślady poszły Brazylia Luli da Silvy oraz Argentyna Kirchnerów.
Był to czas boomu surowcowego napędzanego popytem ze strony rosnących Chin. Napływające pieniądze zasilały reformy społeczne, ale też podsycały oczekiwania. Nadeszła jednak - jak nazywa ją rozmówczyni - „dekada niespełnionych oczekiwań”: kryzys globalny i pandemia. Rozczarowanie tym, że obietnice się nie ziściły, tłumaczy, dlaczego dziś lewicowe rządy tracą władzę.
Trump wraca do „doktryny Monroe”
Na te wewnętrzne procesy nakłada się polityka Waszyngtonu. Przez lata - jak zauważa Gocłowska-Bolek - Stany Zjednoczone „interesowały się wszystkim dookoła, tylko nie regionem Ameryki Łacińskiej”, zaniedbując zarówno inwestycje, jak i porozumienia handlowe.
Donald Trump odwołuje się do zmodernizowanej doktryny Monroe z 1823 roku, którą dostosowuje do własnych priorytetów. Głównym powodem jest rywalizacja z Chinami. Od początku stulecia obecność Pekinu w regionie rośnie dynamicznie - w przypadku Brazylii wymiana handlowa zwiększała się o ponad 30 procent rocznie.
Drugim motywem jest wpływ regionu na sytuację wewnętrzną USA - poprzez migrację i przemyt narkotyków. Presja migracyjna dotyczy przede wszystkim Meksyku, przez którego granicę przedostają się mieszkańcy całego kontynentu, oraz Wenezueli, z której - jak podaje ekspertka - w ostatnich latach uciekło blisko sześć milionów osób.
W wystąpieniu inauguracyjnym Trump wskazał Amerykę Łacińską jako obszar priorytetowy i zapowiedział trzy cele: ograniczenie wpływów Chin, zwalczanie zorganizowanej przestępczości oraz redukcję migracji. Stąd też jego deklaracje o przejęciu kanału panamskiego i naciski na kartele produkujące kokainę i fentanyl.
Groźby i obietnice jako narzędzia wpływu
Zaangażowanie Waszyngtonu w kampanie wyborcze przybierało różne formy. Najbardziej jaskrawym przykładem był Honduras, gdzie - jak relacjonuje Gocłowska-Bolek - Trump wprost zagroził konsekwencjami gospodarczymi, jeśli wygra kandydat lewicowy. Poparcie amerykańskiego prezydenta odwróciło trend i przesądziło o zwycięstwie kandydata prawicy.
W Kolumbii Trump jednoznacznie wskazał na de la Espriellę dopiero w drugiej turze. W Peru - gdzie tradycyjnie silne są związki z Azją i Chinami - takiej wyraźnej ingerencji zabrakło. Zdaniem ekspertki środowisko Trumpa „nie czuje tego Peru”.
Odrębny przypadek to Argentyna, gdzie Trump i Milei „nadają na tych samych falach”. Gdy pozycja argentyńskiego prezydenta osłabła wskutek zarzutów korupcyjnych wobec jego otoczenia, Waszyngton zaoferował pożyczkę i wsparcie finansowe - ale pod warunkiem zwycięstwa partii Mileja w wyborach parlamentarnych.
Brazylia: test trwałości całego zwrotu
Największą stawką są październikowe wybory w Brazylii - miesiąc przed wyborami połówkowymi w USA. To największa gospodarka regionu, dysponująca ogromnymi złożami surowców, dla której Chiny stały się pierwszym partnerem handlowym już w 2009 roku. Bliskie relacje z Pekinem, umacniane przez Lulę da Silvę i członkostwo w BRICS, nie odpowiadają Waszyngtonowi.
Trump i Lula - jak podkreśla ekspertka - „nie potrafią rozmawiać”. Amerykański prezydent groził Brazylii cłami sięgającymi 50 procent, m.in. tuż przed wyrokiem na Jaira Bolsonaro, oskarżonego o próbę zamachu stanu po przegranych wyborach. Były prezydent został skazany na 27 lat więzienia i nie może kandydować.
Część ceł uderzyła jednak w tzw. amerykańskie śniadanie - sok pomarańczowy, kawę i jajka sprowadzane z Brazylii - co zniechęciło samych Amerykanów. Naciski, w które angażuje się przebywający w USA syn byłego prezydenta, Eduardo Bolsonaro, mogą paradoksalnie zaszkodzić prawicy. „Brazylijczycy uważają to za pewne przekroczenie granicy” - ocenia rozmówczyni.
Kandydatem prawicy jest 45-letni Flávio Bolsonaro, kojarzony z ojcem, lecz - jak zauważa ekspertka - „bez tej charyzmy i bez takiej przebojowości”. Jego rywalem pozostaje 80-letni Lula da Silva, ubiegający się o czwartą kadencję. Sondaże nie wskazują faworyta, a rozstrzygnięcie może zapaść dopiero w drugiej turze pod koniec października.
Nieprzewidywalna przyszłość
Wynik w Brazylii pokaże, czy prawicowy zwrot utrzyma się w najważniejszym kraju regionu, co przełożyłoby się na stabilność podobnych rządów gdzie indziej. Gdyby wygrał Flávio Bolsonaro, zapowiada on starania o uwolnienie ojca - choć, jak zaznacza Gocłowska-Bolek, brazylijskie instytucje pozostają na razie silne i stabilne.
Historia uczy jednak ostrożności. Lula da Silva spędził półtora roku w więzieniu po zarzutach korupcyjnych, a mimo to wrócił do polityki i odzyskał urząd. „Wszystko jest możliwe” - tak, według ekspertki, brazylijscy politolodzy odpowiadają na pytania o przyszłość. Pewne jest jedno: rozstrzygnięcie w Brazylii pozostanie testem trwałości całego regionalnego zwrotu w prawo.