Przesmyk suwalski pod ostrzałem: gdzie może uderzyć Rosja
Analitycy wskazują styk granicy litewsko-łotewskiej, a nie polską część przesmyku suwalskiego, jako najbardziej prawdopodobny kierunek ewentualnego rosyjskiego uderzenia na wschodnią flankę NATO. Taką ocenę przedstawili podpułkownik Maciej Korowaj oraz Bartosz Chmielewski z Ośrodka Studiów Wschodnich w rozpoczynającej się serii reportaży „Misja Bałtyk”, nagranej na przesmyku suwalskim przy granicy z Litwą.
Punktem wyjścia jest strategiczne znaczenie samego przesmyku. „Przesmyk suwalski to jest jedyna droga lądowa pomiędzy krajami NATO a państwami bałtyckimi. To jest droga życia dla tych państw w przypadku, kiedy będą musiały walczyć z zagrożeniem rosyjskim” - mówi Korowaj. Ekspert zastrzega przy tym, że kluczowe zagrożenie dla polskiej części tego korytarza nie polega na fizycznym zajęciu terenu, lecz na kontroli ogniowej.
Kontrola ogniowa zamiast okupacji
Zdaniem Korowaja dzisiejsze środki rażenia pozwalają zablokować drogi logistyczne biegnące przez przesmyk bez wysyłania tam żołnierzy. „Obecne środki rażenia dronowe pozwalają kontrolować przestrzeń dronową, inaczej drogi logistyczne, które prowadzą przez ten przesmyk suwalski” - wyjaśnia. W najwęższym miejscu korytarz ma około 60 kilometrów, co - jak zaznacza analityk - mieści się w zasięgu artylerii i dronów operujących z Królewca oraz z Białorusi.
Paradoksalnie sam przesmyk jest jednak trudny do zdobycia. „Bardzo trudno go zdobyć, ale bardzo łatwo go bronić” - podkreśla Korowaj. Warunkiem pozostaje nasycenie obszaru wojskiem. Po polskiej stronie służy temu rozbudowa 16. Dywizji Zmechanizowanej, po litewskiej powstaje niemiecka brygada, a same siły litewskie także się rozwijają. Jeśli teren zostanie obsadzony, Rosjanie musieliby zaangażować ogromne zasoby, by wyprzeć stamtąd jednostki sojusznicze.
„Wielki przesmyk suwalski” według Rosjan
Kluczowa teza rozmowy dotyczy tego, że rosyjscy stratedzy postrzegają geografię regionu inaczej niż zachodni komentatorzy. „Oni widzą go na północ od Kowna i Wilna w kierunku Pskowa, to jest dla nich wielki przesmyk suwalski” - mówi Korowaj. Chodzi o obszar biegnący od środkowej Litwy przez południowo-wschodnią Łotwę w stronę Rygi i Pskowa.
Powodów jest kilka. Teren ten nadaje się do operacji lądowych lepiej niż trudny polski odcinek. Co ważniejsze, środek Łotwy to region najsłabiej osłonięty przez lotnictwo sojusznicze. „Siły powietrzne NATO będą musiały operować znad Bałtyku, znad Finlandii i znad Polski, co wydłuża okres działań lotnictwa” - wyjaśnia ekspert. Rosyjskie lotniska, w tym 6. Armii Powietrznej, znajdują się tuż przy granicy z państwami bałtyckimi, a systemy przeciwlotnicze w Królewcu i na Białorusi dodatkowo utrudniają szybką reakcję z powietrza.
Symulacja: 85 tysięcy żołnierzy, trzy dni
Korowaj przywołuje przygotowaną przez siebie dwa lata temu grę wojenną, w której odgrywał stronę rosyjską. „Przygotowałem operację na niecałe 85 tysięcy żołnierzy po to, żeby w trzy dni przebić się do Kaliningradu” - relacjonuje. Głównym kierunkiem uderzenia była nie polska część przesmyku, lecz droga między Kownem, Rygą a Pskowem.
Według scenariusza siły natowskie skupiły się na obronie dwóch klasycznych obszarów, gdzie miały przewagę, podczas gdy główne rosyjskie uderzenie przeszło stykiem granic litewskiej i łotewskiej. W symulacji nikt tego natarcia nie zatrzymał. Uderzenie prowadziły 41. Armia, 1. Armia Pancerna oraz 6. Armia, kierując się na Dyneburg, Poniewież i Szawle. Wilno i Kowno były jedynie prowokowane - jako duże miasta trudne do szybkiego zdobycia lub ominięcia.
Kluczowym punktem tego kierunku jest Dyneburg. „To jest kluczowe miasto na drodze pomiędzy Pskowem a Wilnem i Kownem” - mówi Korowaj. Za rosyjskim wyborem stoi logistyka: miasta garnizonowe takie jak Psków, Witebsk czy Grodno pozwalają gromadzić zapasy blisko granicy. „Dla NATO to są setki kilometrów, dla nich dziesiątki” - podsumowuje ekspert.
Przewaga w potencjale i czasie
Korowaj ostrzega, że niezależnie od rozstawienia sił potencjał rosyjski w regionie pozostaje większy. Wskazuje na rozbudowę Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, zwiększenie pojemności lotnisk o co najmniej 45 procent oraz powstawanie nowych brygad kolejowych odpowiedzialnych za kierunek bałtycki. „Działania rosyjskie w tym obszarze do rozbudowy garnizonów są bezprecedensowe” - cytuje dane fińskiego wywiadu, zaznaczając, że trwają one od półtora do dwóch lat.
Decydujące pozostaje wyprzedzenie informacyjne. Uderzenie rzędu kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy Rosja może przeprowadzić siłami już obecnymi w regionie, natomiast operacja stutysięczna wymaga koncentracji, którą wywiad zdąży wykryć. Przebazowanie sił NATO - jak szacuje Korowaj na podstawie ćwiczeń logistycznych - zajmuje od kilku tygodni do miesiąca. Trzydniowa operacja została w symulacji zaprojektowana właśnie po to, by uprzedzić tę bezwładność, ewentualnie wzmocnioną groźbą lub użyciem taktycznej broni nuklearnej dla wymuszenia deeskalacji.
Polska: średnie zagrożenie i wojna niekonwencjonalna
Dla polskiego terytorium ocena eksperta jest mniej alarmistyczna. „Dzisiaj wydaje się, że jesteśmy średnio zagrożeni, bo Rosjanie główne uderzenie planują zupełnie w innym miejscu” - mówi Korowaj. Polska część przesmyku byłaby wykorzystywana głównie do oddziaływań dronowych oraz rajdów oddziałów dywersyjno-rozpoznawczych na głębokość 20-30 kilometrów, wzdłuż drogi od Łomży przez Suwałki po Wilno i Kowno.
Ekspert krytycznie ocenia stan przygotowań. „Zaawansowani jesteśmy bardzo mało” - stwierdza w odniesieniu do tarczy wschód, dodając, że w rejonie Królewca nie powstało wiele zapór zdolnych realnie zatrzymać przeciwnika.
Bartosz Chmielewski zwraca uwagę na wymiar społeczny i gospodarczy. Militaryzacja Suwalszczyzny - po obu stronach granicy - uderza w turystykę, na której region w dużej mierze się opiera. Analityk przypomina protesty rolników i właścicieli agroturystyki przeciwko rozbudowie poligonu w rejonie łoździejskim na Litwie, w których uczestniczyli także mieszkańcy polskiej Suwalszczyzny. „Nie zawsze takie, że ludzie obawiają się bezpośredniego ataku Rosji, ale obawiają się też tego, że militaryzacja tego regionu wpłynie na ich biznesy” - wyjaśnia.
Chmielewski podkreśla zarazem, że rozróżnianie zagrożenia polskiego i litewskiego jest bezzasadne. „Oba państwa są w NATO, oba państwa są w Unii Europejskiej i atak Rosji na którykolwiek z tych państw prawdopodobnie będzie miał takie same konsekwencje dla Rosji” - mówi, wskazując na średnioterminową perspektywę rosyjskiej presji wobec flanki północno-wschodniej.
Reportaże „Misja Bałtyk” mają objąć Litwę, łotewską Łatgalię - region, w którym połowa mieszkańców to osoby rosyjskojęzyczne - oraz estońską Narwę, miasto zamieszkane w 95 procentach przez ludność rosyjskojęzyczną. Twórcy serii zapowiadają badanie, na ile te obszary rzeczywiście stanowią „miękkie podbrzusze” NATO i Unii Europejskiej.