Powrót

Dron zestrzelony nad Łotwą. Ekspert studzi wojenne nastroje

W nocy z czwartku na piątek nad Łotwą doszło do naruszenia przestrzeni powietrznej przez drona, którego zestrzeliły siły zbrojne kraju. Zdarzenie w rejonie miejscowości Bałwi, około 160 kilometrów od Dyneburga, uruchomiło głośne alarmy w telefonach mieszkańców. O znaczeniu incydentu i o stanie przygotowań państw bałtyckich rozmawiano w ramach projektu dziennikarskiego „Misja Bałtyk", realizowanego na Litwie, Łotwie i w Estonii.

O ocenę sytuacji poproszono pułkownika Piotra Lewandowskiego, wieloletniego oficera i wykładowcy współpracującego z Ministerstwem Obrony Narodowej, który prowadził również szkolenia dla żołnierzy z państw bałtyckich. Rozmowę przeprowadzono z Dyneburga na Łotwie - miasta położonego blisko granicy z Rosją i Białorusią.

Alarm w środku nocy

Prowadzący opisał przebieg zdarzenia z perspektywy świadka. „O 4 rano obudził mnie alarm, który we wszystkich telefonach zawył bardzo głośno" - relacjonował. Po około 40 minutach nadeszła kolejna informacja: dron został zestrzelony, sytuacja jest opanowana.

Charakterystyczne, że ostrzeżenie nie pochodziło z zainstalowanej aplikacji. Sygnał trafił do telefonu po zalogowaniu urządzenia w jednej z łotewskich sieci komórkowych. Lewandowski ocenił takie rozwiązanie wyżej niż systemy oparte na dobrowolnie instalowanym oprogramowaniu.

„Kwestia ostrzegania, alarmowania, powiadamiania to nie tylko kwestia dobrowolności, ale raczej ogólnej odporności państwa" - stwierdził. Dodał, że mechanizm ten nie powinien zależeć od decyzji posiadacza telefonu. „Wolność kończy się w miejscu, w którym zaczyna negatywnie wpływać na bezpieczeństwo innych" - zaznaczył.

Ekspert pochwalił także reakcję łotewskiego wojska. Drona zestrzelono bez ustalania w pierwszej kolejności jego pochodzenia. Podkreślił jednocześnie, że nie wiadomo, czy maszyna była rosyjska, czy ukraińska.

Ostrożność wobec „fazy zero"

Lewandowski przypomniał, że ukraińskie drony już wcześniej wielokrotnie naruszały przestrzeń powietrzną państw nadbałtyckich, najprawdopodobniej w związku z atakami na rosyjską infrastrukturę krytyczną. Tej nocy strona rosyjska informowała o zestrzeleniu 15 dronów w rejonie obwodu petersburskiego, co zwiększa niepewność co do trasy maszyny nad Łotwą.

W ocenie eksperta bardziej prawdopodobne jest, że dron był ukraiński, choć nie wykluczył też wykorzystania sytuacji przez Federację Rosyjską. „Wstrzymam się od komentarza, co to może oznaczać, bo nie wiemy, czy jest to dron rosyjski, czy ukraiński" - powiedział.

Pułkownik zdystansował się wobec określenia „faza zero wojny", którym incydent opisał w innej rozmowie Andrew Michta. „Ja wolę określenia funkcjonujące w sztuce wojskowej, a tam nie ma fazy zero" - zaznaczył. Jego zdaniem nie mamy jeszcze do czynienia z etapem przygotowania do wojny, tzw. shaping operation.

Lewandowski przyznał, że działania Rosji stanowią testowanie odporności państw i społeczeństw. Ostrzegł jednak przed nadmiernym dramatyzowaniem. „Żebyśmy za bardzo nie podbijali tego bębenka wojennego. To są takie trochę samosprawdzające się przepowiednie" - powiedział, dodając, że nieadekwatne do zagrożenia działania mogą je prowokować.

Przygotowania i zaufanie do władz

Prowadzący relację zwrócił uwagę na inny mechanizm psychologiczny - ryzyko zaskoczenia. Przypomniał, że na przełomie stycznia i lutego 2022 roku w Europie niemal nikt nie wierzył w rosyjską agresję na Ukrainę.

Z jego obserwacji wynika, że w państwach bałtyckich świadomość zagrożenia jest wyższa niż w Polsce, bez oznak paniki. „W Wilnie mówiono nam: prawie wszyscy mamy te plecaki albo przygotowujemy je" - relacjonował. Po majowym alarmie mieszkańcy sprawdzili stan schronów; część okazała się niesprawna i jest obecnie remontowana ze środków samorządowych.

Lewandowski powiązał to z wyższym poziomem zaufania do władz. „Ta umowa społeczna, władza-społeczeństwo, funkcjonuje lepiej niż w Polsce" - ocenił. Dla kontrastu przywołał polskie przykłady: niejasności wokół incydentu w Przewodowie oraz sprzeczne informacje o tym, czy drony, które wleciały do Polski, miały głowice bojowe, czy były wabikami.

„Nawet jeżeli ta prawda jest niekoniecznie sprzyjająca aktualnej władzy, to gorsze są półprawdy" - stwierdził. Jego zdaniem przekaz powinien być merytorycznie spokojny, a za nim powinny iść realne działania. W Polsce, jak ocenił, bywa odwrotnie - narracja jest historyczna, brakuje jej pokrycia w działaniu.

Zdolności obronne trzech państw

Ekspert przedstawił potencjał militarny państw bałtyckich. Litwa dysponuje nieco ponad 20 tysiącami żołnierzy zawodowych i w służbie czynnej oraz obowiązkową służbą zasadniczą, co pozwala na relatywnie szybką rozbudowę sił. Łotwa ma armię liczącą niespełna 10 tysięcy żołnierzy oraz zbliżoną liczebnie formację odpowiadającą obronie terytorialnej.

Estonia utrzymuje około 5 tysięcy żołnierzy w służbie czynnej, ale dysponuje rozbudowaną Ochotniczą Ligą Obrony liczącą około 40 tysięcy członków. „Liczebności nie są wcale takie złe, biorąc pod uwagę teatr działań, bo nie da się zapchać frontu zbyt dużą liczbą żołnierzy" - ocenił Lewandowski.

Wszystkie trzy państwa stawiają na obronę powszechną, przywróciły lub utrzymują obowiązkową służbę wojskową i rozwijają szkolenie proobronne. „Nie na zasadzie pikniku z wojskiem, tylko proobronnego, tworzącego siły o charakterze nieregularnym" - zaznaczył. Podkreślił wysoką motywację żołnierzy, świadomych dysproporcji sił i braku głębi operacyjnej.

Na pytanie, jak długo państwa te utrzymają opór, ekspert nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. „Z całą pewnością będą walczyć" - powiedział. Wynik zależy od charakteru konfliktu; agresor może próbować operacji błyskawicznej z użyciem desantu, zamiast wojny zdalnej znanej z frontu ukraińskiego.

Symboliczne siły NATO i słaba logistyka

Obecność sojusznicza w regionie Lewandowski określił jako symboliczną. W każdym z trzech państw stacjonuje obecnie ekwiwalent batalionowej grupy bojowej, liczącej od 700 do 1000 żołnierzy. Państwami ramowymi są odpowiednio Niemcy (Litwa), Kanada z udziałem polskim (Łotwa) i Wielka Brytania (Estonia).

Na Litwie formowana jest niemiecka brygada, wciąż nieskompletowana. Docelowo ma przyjąć strukturę zbliżoną do amerykańskiej Brigade Combat Team, przystosowaną do działań ekspedycyjnych. Ekspert zwrócił uwagę, że Niemcy budują dzięki temu również wpływ polityczny w regionie.

Poważnym problemem pozostaje logistyka. „Tu jest naprawdę słabo" - ocenił prowadzący relację, opisując wąskie, kręte drogi bez obwodnic i brak autostrad łączących stolice. Do tego dochodzi opóźniona linia kolejowa, która miała połączyć państwa bałtyckie z Polską i północą Europy.

Lewandowski potwierdził skalę wyzwania. „Część rozładunku i odtwarzania zdolności nie będzie się odbywać na Łotwie, Litwie, Estonii w przypadku wojny, tylko w Polsce" - powiedział. Ćwiczenia w regionie koncentrują się właśnie na wieloetapowym przerzucie wojsk.

Rola Polski i komunikat do Rosji

Kluczowym wątkiem rozmowy stała się rola Polski. Lewandowski uznał, że stałe stacjonowanie polskiej brygady w państwach bałtyckich nie jest obecnie właściwe - jednostka stałaby się „zakładnikiem potencjalnego konfliktu". Zamiast tego opowiedział się za intensywnymi, cyklicznymi ćwiczeniami połączonymi z rekonesansem terenu i analizą wcześniejszych walk.

Ekspert odwrócił perspektywę dylematu strategicznego. „Polska nie stanie przed dylematem: to my jesteśmy zaatakowani i NATO, pomóżcie. Tylko stanie przed dylematem, czy jako członek NATO zaangażować się w konflikt na Łotwie, Litwie bądź Estonii" - stwierdził.

Za skuteczne odstraszanie uznał wiarygodny, wspólny komunikat sojuszniczy. „Jeżeli Federacja Rosyjska będzie wierzyć, że nastąpi natychmiastowa, pełnoskalowa odpowiedź, to tej wojny nie będzie" - ocenił. Zastrzegł, że Polska nie może działać samodzielnie, lecz jako część NATO, godząc się z rolą głównego hubu i najbardziej narażonego kraju.

Zdaniem Lewandowskiego dotychczasowa skala i intensywność ćwiczeń nie przekonują Rosji o gotowości do szybkiej, pełnoskalowej odpowiedzi. Postulował utworzenie trzech korpusów - po jednym dedykowanym obronie każdego z państw bałtyckich, liczących około 60 tysięcy żołnierzy, niekoniecznie stacjonujących na miejscu. Obecnie, jak zaznaczył, istnieją głównie ich sztaby.

Spór o pociski i mentalność

W rozmowie poruszono również bieżącą kwestię dostaw pocisków do systemów Patriot na Ukrainę. Lewandowski opowiedział się przeciw takim dostawom, wskazując na brak gwarancji uzupełnienia zapasów oraz sprzeciw większości polskiego społeczeństwa.

Odpowiedzialnością obarczył częściowo Kijów. Jego zdaniem ukraińskie władze wiedziały, że kończą im się pociski, że największe zapasy w Europie mają Polska i Niemcy, a mimo to nie dbały o dobrosąsiedzkie relacje. „Tak po prostu działa polityka" - podsumował.

Ekspert wezwał zarazem do zmiany polskiej mentalności strategicznej. Skrytykował rosnącą narrację, według której polscy żołnierze powinni działać wyłącznie w kraju. „Jak nas napadną, to cała reszta NATO ma w podskokach lecieć i nam pomóc, ale jak my mamy - to już nie" - zilustrował problem.

Podkreślił, że Polska aspiruje do roli regionalnego lidera bezpieczeństwa, co wymaga sprawczości. Zwrócił uwagę, że Ukraina zmierza ku koncepcji, w której po wojnie stanie się gwarantem bezpieczeństwa dla państw bałtyckich - buforem dla NATO. „Chcemy być ważni, ale broń Boże, jeżeli mamy nawet ryzykować jakieś konflikty" - skomentował rozbieżność między ambicjami a gotowością.

Kontekst

Rozmowa wpisuje się w szerszą serię incydentów na wschodniej flance NATO. Tej samej nocy Finlandia zamknęła przestrzeń powietrzną nad częścią Bałtyku. Dyneburg, skąd nadawano relację, to miasto, w którym - według rozmówców prowadzącego - około 90 procent mieszkańców posługuje się językiem rosyjskim, a wpływ rosyjskich mediów pozostaje silny mimo formalnych zakazów. Podobną specyfikę ma estońska Narwa. Konkluzja eksperta pozostaje jednoznaczna: celem powinno być takie wzmocnienie systemu obronnego regionu, by do wojny w ogóle nie doszło.