Raport za blisko 180 tysięcy złotych obnażył kryzys państwa
Ekspert Instytutu Sobieskiego do spraw obronności i polityki zagranicznej Sebastian Mejc jako pierwszy nagłośnił wady raportu dotyczącego budowy marki Polski, który doprowadził do dymisji pełnomocniczki rządu. W rozmowie w programie „Kanał otwarty” prowadzonym przez Kamilę Baranowską analizował nie tylko kulisy afery, lecz także sytuację bezpieczeństwa Polski po niejawnej wizycie szefa CIA w Moskwie.
Mejc wyjaśnił, że na dokument natrafił przypadkiem. Na platformie X pojawiło się odwołanie do raportu, który otworzył późnym wieczorem. „Otworzyłem go późnym wieczorem, nie mogłem spać, więc napisałem tę nitkę i rano ona została opublikowana” - relacjonował. Wątek liczący jedenaście wpisów wywołał lawinową reakcję mediów i opinii publicznej.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, dotyczyło noblistów. „Polska miała pięciu noblistów. Wisława Szymborska, Maria Skłodowska-Curie, Olga Tokarczuk i inni” - cytował fragment dokumentu, wskazując, że autorzy nie znali liczby polskich laureatów. Dalsza lektura ujawniła kolejne wady: puste przypisy, błędną numerację i bibliografię napisaną - jak to ujął - „w sposób mało naukowy albo mało akademicki”.
„Wszyscy w tej sprawie mówią nieprawdę”
Zdaniem Mejca wersje przedstawiane przez uczestników sprawy nie układają się w spójną całość. „Wszyscy w tej sprawie mówią nieprawdę. Kłamią w większym lub mniejszym stopniu” - ocenił. Krytycznie odniósł się do wypowiedzi byłej wiceminister, która w telewizji Polsat stwierdziła, że na prezentacji raportu obecna była „połowa świata naukowego”. Jak zauważył, chodziło o dwadzieścia dziewięć osób.
Ekspert podważył także stanowisko Ministerstwa Sportu i Turystyki, które twierdziło, że nie zamawiało tego konkretnego raportu i za niego nie zapłaciło. „Cała Polska widziała, że jest logotyp Ministerstwa Sportu i Turystyki na pierwszej stronie. Cała Polska widziała numer umowy na drugiej stronie” - wyliczał. Dodał, że w telewizji publicznej padła informacja o finansowaniu dokumentu ze środków publicznych.
Mejc podkreślał, że najbardziej doskwiera mu brak transparentności i odpowiedzialności. Od piątku bezskutecznie próbował uzyskać od resortu odpowiedzi na platformie X. „Nikt za to nie chce wziąć odpowiedzialności” - mówił, wyliczając, że ani ministerstwo, ani organizator konferencji w Akademii Leona Koźmińskiego, ani wskazani wykonawcy nie przyznają się do autorstwa.
Jedyną osobą, która podała się do dymisji, była - jak zaznaczył - pełnomocniczka rządu. Ekspert zakwestionował jednak uzasadnienie tej decyzji. „Hejt to hejt, a krytyka to krytyka” - stwierdził, odnosząc się do oświadczenia mówiącego o „wielkiej fali hejtu”. Jego zdaniem zabrakło jednego słowa: „Przepraszam”.
Sztuczna inteligencja i pieniądze podatników
Rozmówca zwrócił uwagę na skalę finansowania. Ministerstwo mówiło o kwocie około 179 tysięcy 800 złotych, natomiast projekt strategii marki Polski przewidywał wydatki sięgające 670 milionów złotych w perspektywie do 2028 roku, z czego około dziesięciu milionów miało trafić na samą administrację.
Mejc bronił korzystania z narzędzi sztucznej inteligencji, wskazując, że problem leży gdzie indziej. „Żeby używać sztucznej inteligencji, trzeba mieć ludzką inteligencję” - przytoczył zasłyszany komentarz. Jak mówił, część zaoszczędzonego czasu warto poświęcić na przeczytanie i redakcję dokumentu. Podkreślił, że osoba dysponująca autorytetem naukowym firmuje treść swoim nazwiskiem: „Mi się w życiu nie zdarzyło podpisać dokumentów bez przeczytania”.
Za istotniejszą od samego raportu uznał kwestię odpowiedzialności zamawiającego. Stroną umowy z resortem nie była ani była wiceminister, ani Fundacja Marka Polska Think Tank, lecz Stowarzyszenie Konferencje i Kongresy w Polsce. Ekspert wskazywał, że ministerstwo nie opublikowało umowy, co uniemożliwia ustalenie, czy podmiot mógł zlecać zadania dalej i na jakich warunkach.
Mejc dostrzegł w sprawie także pozytywny aspekt: rosnące zainteresowanie obywateli sposobem wydatkowania środków publicznych. „Państwo nie ma swoich pieniędzy. To są pieniądze wszystkich podatników” - przypomniał. Za analogiczny przykład obywatelskiej kontroli uznał wcześniejszą sprawę Szpitala Południowego i wydatków z KPO.
Ekspert postawił szersze pytanie o zasadność odgórnego budowania marki Polski. Wątpliwości budziło u niego powoływanie nowych instytucji, w tym Biura Marki Polska oraz rady o sześcioletniej kadencji - porównywalnej z kadencją najwyższych organów państwa. Jako tańszą alternatywę wskazał wspieranie inicjatyw oddolnych, takich jak hasztag „Poland Maxing”, autorstwa Olgi Erens, podchwycony między innymi przez „Die Welt”.
Niejawna wizyta szefa CIA w Moskwie
Druga część rozmowy dotyczyła bezpieczeństwa. We wtorek dyrektor CIA John Ratcliffe pojawił się w Moskwie na około cztery godziny, po czym wrócił do Stanów Zjednoczonych, lecąc z międzylądowaniem w Rydze. „Ta wizyta jest tajemnicza i jednocześnie nie jest tajemnicza. Bo gdyby ona była naprawdę tajemnicza, to byśmy nawet o niej nie wiedzieli” - ocenił Mejc.
Ekspert podkreślał, że nie wiadomo, z kim doszło do spotkania - ani rzecznik Dmitrij Pieskow, ani otoczenie prezydenta Władimira Putina nie potwierdzili rozmowy na najwyższym szczeblu. Krótki czas spotkania sugerował mu raczej przekazanie komunikatu niż negocjacje. Zwrócił też uwagę, że tego samego dnia Putin podpisał trzy niejawne dekrety.
Mejc skrytykował milczenie polskiego rządu. „W sytuacji, gdzie cały świat obserwuje spotkanie na Kremlu (…) polski rząd milczy. To jest moim zdaniem wyraz skrajnej nieodpowiedzialności wobec obywateli” - powiedział, przypominając, że władze od miesięcy ostrzegają przed ryzykiem eskalacji ze strony Rosji. Zastrzegł jednocześnie, że rozmowy amerykańsko-rosyjskie mogły dotyczyć wielu tematów: wymiany więźniów, Iranu, Ukrainy czy współpracy rosyjsko-chińskiej.
Odnosząc się do skojarzeń z poprzednią wizytą szefa CIA w Moskwie w listopadzie 2021 roku, tuż przed pełnoskalową inwazją, ekspert zaapelował o ostrożność. Zwrócił jednak uwagę, że Rosja stopniowo zbliża się do progu otwartego konfliktu z Zachodem. Przywołał doniesienia „The Telegraph” o rosyjskich atakach na europejskie fabryki zbrojeniowe oraz incydent dronowy na lotnisku w Lipsku.
„Nie żyjemy w czasach pokoju”
Mejc powtórzył za profesorem Andrzejem Michtą, że pojęcie „wojna hybrydowa” może rozmywać przekaz wobec działań kinetycznych. „Nie żyjemy w czasach wojny (…), ale my też na pewno już nie żyjemy w czasach pokoju. Jesteśmy w tej sferze pomiędzy” - stwierdził. Jego zdaniem Rosja będzie regularnie testować reakcje NATO na różnych kierunkach, przy czym najbardziej narażone pozostają państwa bałtyckie.
Oceniając potencjał Rosji, ekspert wskazał, że nie należy traktować jej jako pojedynczego gracza. Podkreślił rolę Korei Północnej jako zaplecza militarno-logistycznego, Iranu jako dostawcy technologii dronowej oraz Chin jako finansowego i technologicznego zaplecza. Za skuteczną uznał ukraińską taktykę przenoszenia wojny na terytorium Rosji poprzez ataki na infrastrukturę krytyczną, w tym rafinerie, co uderza w potencjał militarny i uświadamia rosyjskiemu społeczeństwu realność konfliktu.
Odnosząc się do amerykańskiego przeglądu rozmieszczenia sił zbrojnych, Mejc uznał, że dochodzi do reorientacji polityki USA wobec Europy, lecz nie do jej porzucenia. „Oni zmieniają formę swojej obecności” - mówił. Jego zdaniem głównym adwersarzem Waszyngtonu są Chiny, a interwencje w Wenezueli i Iranie służyły przede wszystkim ograniczeniu chińskiego dostępu do taniej ropy.
Ekspert przestrzegał przed nadmiernym entuzjazmem wobec europejskiej autonomii strategicznej, wskazując, że poza Francją żadne państwo Europy nie dysponuje autonomicznym potencjałem odstraszania jądrowego. Sceptycznie ocenił także aspiracje Niemiec do roli lidera obronności, wskazując na problemy z obsadzeniem powiększanej Bundeswehry oraz niską popularność kanclerza Friedricha Merza. Za polski interes uznał przesunięcie obecności amerykańskiej na wschód oraz zastąpienie sił rotacyjnych stałymi.
Na koniec Mejc wskazał na brak przyjętej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego jako kluczowy problem państwa frontowego. Skrytykował komunikację Ministerstwa Obrony Narodowej - między innymi wokół wypowiedzi o niemożności obrony wielkich miast oraz „tarczy magazynowej” na wschodniej granicy. „Jeśli rząd nie przejmie odpowiedzialności za komunikację ze swoimi obywatelami, to w sytuacji zagrożenia (…) ci obywatele będą bezradni” - podsumował, oceniając, że Polska jako społeczeństwo nie jest dziś przygotowana na konflikt.