Wizyta szefa CIA w Moskwie sygnałem możliwej eskalacji wojny
Niespodziewana, czterogodzinna wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe'a w Moskwie we wtorek wywołała falę spekulacji o możliwej eskalacji rosyjskiej agresji. Zdaniem płk. Piotra Lewandowskiego, gościa programu poświęconego bezpieczeństwu i obronności, tak rzadka wizyta oznacza, że Waszyngton przekazuje Kremlowi ostrzeżenie „twarzą w twarz" - najprawdopodobniej w związku z groźbami eskalacji kierowanymi przez Moskwę pod adresem państw wspierających Ukrainę.
Sygnał z Waszyngtonu do Kremla
Wizyta szefa Centralnej Agencji Wywiadowczej w Moskwie należy do rzadkości. Poprzednia miała miejsce ponad cztery lata temu - tuż przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę. Ta zbieżność podsyciła spekulacje, choć płk Lewandowski zastrzega, że rzeczywistego celu rozmów prawdopodobnie nigdy nie poznamy.
„W sytuacji wysoce kryzysowej oznacza to, że Waszyngton o czymś wie i chce to powiedzieć twarzą w twarz Rosjanom, czyli z reguły jest to coś, że wiemy, nie róbcie tego" - ocenił oficer. Zaznaczył, że skuteczność takiego przekazu pozostaje niepewna ze względu na „brak konsekwencji" amerykańskiej polityki zagranicznej.
Kontekstem wizyty są wypowiedzi rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa oraz Dmitrija Miedwiediewa - osób, które według rozmówcy formułują groźby, jakich sam Putin nie chce wypowiadać. „Tu oczywiście przypadkowości nie ma, jeśli chodzi o te wypowiedzi. To jest ściśle programowane przez Kreml" - podkreślił Lewandowski.
Jego zdaniem zapowiadana eskalacja nie będzie dotyczyć samego frontu ukraińskiego, gdzie poziom działań jest już maksymalny, lecz oddziaływania na państwa wspierające Kijów. Pieskow wspominał o możliwych działaniach w cyberprzestrzeni oraz o operacjach „quasi-militarnych".
Rosyjska drabina eskalacyjna i testowanie państw
Rosja - jak zauważył ekspert - testuje państwa NATO nieprzerwanie, a nie dopiero od inwazji. Najintensywniejsze działania toczą się w cyberprzestrzeni, gdzie polskie i sojusznicze wojska odpierają ataki „praktycznie na co dzień". W tym obszarze, jego zdaniem, Polska jest przygotowana najlepiej.
Poważniejszym zagrożeniem są działania poniżej progu otwartej wojny. Rozmówca wymienił akty podpaleń, dywersji i sabotażu w Polsce, w tym wysadzenie torów, a także pożary składów amunicji w Czechach. Do tego dochodzą incydenty o charakterze militarnym: uderzenie pocisku manewrującego oraz atak dronów.
„Uderzenie pocisku manewrującego, no to już jest de facto militarne. Mocno poniżej progu otwartego konfliktu, ale już militarne" - stwierdził Lewandowski. Zwrócił uwagę, że według przekazu MON pocisk uderzył, gdy jego silnik jeszcze pracował, co wyklucza przypadkowe zboczenie z toru. Podobnie liczba dronów, które przeniknęły granicę, świadczy o działaniu intencjonalnym.
Oficer opisał rosyjską doktrynę eskalacyjną, publikowaną do 2016 roku: dron bez głowicy, dron z głowicą, pocisk uderzający w puste miejsce, wreszcie dron powodujący ograniczone straty. „To jest takie testowanie gotowości państwa, które jest potencjalną ofiarą agresji" - wyjaśnił. Celem jest destabilizacja i obniżenie zaufania społeczeństwa do władzy: „Im mniejsze zaufanie społeczeństwa do władzy, im mniejsze zaufanie do narzędzi państwa, które mają ludzi chronić, tym ten lęk jest większy".
Rozmówca podkreślił, że dla polskich służb rosyjskie schematy nie powinny stanowić zaskoczenia. „Tu nie powinno być żadnych zaskoczeń" - zaznaczył, wskazując na zespoły analityczne dedykowane kierunkowi wschodniemu. Nowym wyzwaniem pozostają natomiast drony.
Skutki ukraińskich uderzeń w głąb Rosji
Władimir Putin stwierdził niedawno, że Ukraina „otworzyła puszkę Pandory", odnosząc się do ataków dronowych na terytorium Rosji. Wcześniej ten sam przywódca zapewniał, że naloty „nie przyniosły Rosji żadnych krytycznych konsekwencji". Zmiana retoryki, według Lewandowskiego, odzwierciedla rzeczywiste straty.
Uderzenia w rafinerie i systemy energetyczne wywołały braki benzyny. „Znakomita część produkcji paliwowej Federacji Rosyjskiej to była ropa", a Rosja, która wcześniej eksportowała benzynę, dziś ją importuje. Trzy tygodnie temu zapasami paliwa dysponowało około 40 procent stacji, tydzień temu - już „dwadzieścia kilka procent". Braki dotyczą rynku komercyjnego, ponieważ priorytetem pozostają armia i przemysł, dlatego kryzys nie przekłada się bezpośrednio na zdolności militarne.
Drugim celem stały się magazyny gigantów handlu internetowego - Wildberries i Ozon. Według danych rosyjskich Wildberries odpowiada za około 40 procent handlu komercyjnego dzięki sieci tysięcy punktów odbioru i bezkosztowych zwrotów. „To jest po prostu uderzenie w morale rosyjskiego społeczeństwa i w detaliczny rynek handlu" - ocenił oficer. Finansowo dotkniętych zostało - jak podał, powołując się na rosyjskie źródła - około 1,2 miliona pracowników i współpracowników firmy, a rząd uruchomił środki na ratowanie rynku.
„Kijów chciał, żeby Rosjanie poczuli, że prowadzą wojnę. Ukraińcy piąty rok czują" - podsumował rozmówca sens ukraińskiej strategii. Odrzucił jednocześnie tezę o skuteczności propagandowo nagłaśnianych kampanii, przypominając „40-dniową kampanię, która miała niemal rzucić Rosję na kolana", a którą „bardzo po cichutku tam zakończono".
Odwet Rosji i asymetria strat cywilnych
Rosja zmieniła sposób doboru celów. „Ostatnio Rosjanie przekierowali część cennych zasobów, czyli pocisków balistycznych i manewrujących, uderzając w magazyny wielkopowierzchniowe największych sieci handlowych ukraińskich" - powiedział Lewandowski. Efektem są puste półki w niektórych obwodach. Równolegle Rosjanie od niemal roku niszczą ukraińskie stacje benzynowe, wykorzystując drony i amunicję krążącą typu Banderol.
Kluczowa różnica dotyczy strat cywilnych. Ataki na stacje benzynowe powodują duże straty wśród ludności, ponieważ przebywają tam cywile. Według misji monitorujących ONZ, ewidencjonujących wyłącznie potwierdzone incydenty, lipcowe straty wśród ukraińskich cywilów były „najwyższe od początku wojny" - bodaj około 4700 osób. „To są dane absolutnie obiektywne (…), przy czym z reguły zaniżone" - zaznaczył.
Rosja produkuje na bieżąco około 100 pocisków manewrujących miesięcznie i od 70 do 100 balistycznych. Z manewrującymi ukraińska obrona radzi sobie „relatywnie nieźle", natomiast pociski balistyczne przebijają się niemal w stu procentach. Od 16 sierpnia ukraińskie siły powietrzne przestały publikować liczbę wystrzelonych pocisków balistycznych, argumentując, że dane wykorzystywała rosyjska propaganda. Lewandowski uznał to za błąd: „Jestem zwolennikiem przejrzystości tutaj i myślę, że jest to błąd".
„Puszka Pandory", jego zdaniem, oznacza nie zwiększenie intensywności - na to nie pozwalają zdolności produkcyjne - lecz koncentrację uderzeń na Kijowie. Zastrzegł jednak, że „pociski balistyczne nie służą zemście, tylko służą osłabianiu zdolności", głównie rozproszonej ukraińskiej produkcji dronów.
Skala wojny dronowej i granice obrony
Ukraina uderza obecnie liczbą od 2 do 3 tysięcy dronów dalekiego zasięgu miesięcznie, z których - według ukraińskiego OSINT-u - przez rosyjską obronę przebija się jedynie od 1 do 2 procent. „Na 400 dronów, 4-5" trafia w cele. Lewandowski podkreślił, że nie świadczy to o nieskuteczności rosyjskiej obrony: „Ja chciałbym, żebyśmy mieli ten poziom obrony przeciwlotniczej, który ma Federacja Rosyjska".
Rosjanie modyfikują systemy - umieszczają na przykład zestawy Pancyr na kilkudziesięciometrowych wieżach, by zwalczać drony. Jednak przy tak masowych atakach pełna ochrona jest niemożliwa. Rosja jest w stanie wystrzeliwać dwa razy więcej dronów niż Ukraina - nawet 10 tysięcy miesięcznie.
To prowadzi do wniosku istotnego dla Polski. „Jeżeli będzie wojna, część rakiet i całkiem sporo dronów będzie się przebijać przez naszą obronę przeciwlotniczą" - ostrzegł oficer. Przy zmasowanym ataku następuje saturacja, czyli przeciążenie obrony. Nawiązując do niedawnej dyskusji o niemożności obrony wszystkich polskich miast, wyjaśnił, że systemy takie jak Patriot i Narew mają tworzyć strefowy pas obrony, a nie osłaniać pojedyncze miejscowości. Przy zmasowanym ostrzale zestrzeliwane będą wyłącznie pociski zmierzające ku celom najwartościowszym, w tym dużym skupiskom ludności.
Tarcza Wschód - sens budowy i spór o zakres
Rozmówca szczegółowo omówił koncepcję Tarczy Wschód. Pierwszy element - zapora graniczna podległa MSWiA - powstał już wcześniej, jako reakcja na presję migracyjną z Białorusi. „Chociaż raz udało nam się (…) zadziałać z wyprzedzeniem" - ocenił tę decyzję.
Dalej znajdują się strefy zapór inżynieryjnych i minowych: drut kolczasty, mało widoczny drut blokujący pojazdy, rowy przeciwczołgowe oraz pola minowe, w tym programowalne, zdolne rozpoznać rodzaj pojazdu. Rowy projektuje się szersze niż rosyjskie mosty towarzyszące, których długość jest znana, lub uzupełnia przeciwskarpą. Montowane są też zaawansowane, samouczące się systemy elektroniczne wykrywające ruch, a nawet drgania sejsmiczne - element ochronny, nie obronny.
Zapory typu jeże i zęby smoka mają nie zatrzymywać, lecz kanalizować ruch przeciwnika. „Ich głównym celem jest nie tyle zatrzymanie, co kanalizowanie ruchu przeciwnika" - wyjaśnił oficer, wskazując, że skierowany w jedno przejście nieprzyjaciel staje się celem skoncentrowanego ognia artylerii rakietowej. Krytycznie odniósł się natomiast do odkrytych gniazd oporu pokazywanych politykom: „Jako dowódca plutonu w życiu nie wsadzę go do tego pustego okopu na pustym polu".
Odpierając zarzut posła opozycji Andrzeja Śliwki, który nazwał inwestycję „tarczą magazynową" ze względu na przechowywanie większości zapór, Lewandowski wskazał na kluczową przeszkodę - wywłaszczenia. „Obecny rząd tego nie zrobi i nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek kolejny" - stwierdził, dodając, że na obecnym etapie zagrożenia masowe wywłaszczenia nie są uzasadnione, choć „jeżeli naprawdę ocena będzie taka, że wojna zacznie pukać, to niestety państwo się wahać nie powinno".
Skrytykował jednocześnie „kreatywną statystykę" pomijającą fakt magazynowania części zapór. „Zaufanie do państwa buduje się pewną przejrzystością" - podkreślił, opowiadając się za uczciwą komunikacją przy jednoczesnym utajnieniu danych o czasie potrzebnym na rozstawienie zapór.
Systemy przeciwdronowe i edukacja społeczeństwa
Ekspert zwrócił uwagę na infrastrukturę towarzyszącą: podziemne światłowody odporne na ostrzał, drogi rokadowe oraz bierne i aktywne systemy przeciwdronowe. Za skuteczne, choć lekceważone, uznał proste siatki nad drogami dojazdowymi, wymagające rozbudowy wojsk inżynieryjnych. W czasie pokoju granicę mogą monitorować aerostaty z głowicami optoelektronicznymi o zasięgu wglądu 20-30 kilometrów.
Sama Tarcza Wschód ma sens tylko jako element większego systemu. „Tarcza bez żołnierzy, bez sprzętu (…) te jeże, one nie będą stanowić znaczącej przeszkody" - zastrzegł. Konieczne są siła żywa, sprzęt, własne drony oraz ukrycia dla ich operatorów, których z natury rzeczy nie sposób pokazać publicznie.
Odnosząc się do rosyjskiej mobilizacji, oficer uznał za mało prawdopodobne jej oficjalne ogłoszenie. Nowe przepisy pozwalają Kremlowi powoływać rezerwistów bez mobilizacji, pod pretekstem działań antyterrorystycznych - a walki w Donbasie Moskwa traktuje jako operację antyterrorystyczną. „Mogą spokojnie powoływać rezerwistów, nawet masowo, bez oficjalnego ogłoszenia mobilizacji" - ocenił.
Za najpilniejsze zadanie Lewandowski uznał edukację społeczeństwa. Wskazał, że w dorosłość wkracza pokolenie, dla którego wojna u granic jest normalnością, a szkoły nie przygotowują nauczycieli do prowadzenia zajęć o obronności. „Im większa wiedza, tym mniejszy lęk. Bo najgorszy jest lęk przed nieznanym" - podsumował, apelując o mądrą, obowiązkową tematykę od szkoły podstawowej. „Kluczem jest naprawdę walczy państwo, czyli społeczeństwo. A nie tylko wojsko" - zakończył, ostrzegając przed budowaniem wśród młodych „fałszywego przekonania, że ich to nie dotyczy".