Powrót

Rebelianci Huti przejęli kluczową cieśninę. Europa na celowniku

Rebelianci Huti zajęli w Jemenie kontrolę nad cieśniną Bab al-Mandab - jednym z najważniejszych szlaków morskich świata, przez który przepływa ponad połowa ropy zużywanej w Europie. Do przejęcia doszło w minionym tygodniu, po eskalacji wznowionej od lipca wojny domowej. Zdaniem eksperta do spraw Bliskiego Wschodu Pawła Rakowskiego wydarzenie to może bezpośrednio uderzyć w europejską gospodarkę i bezpieczeństwo energetyczne, w tym w ceny paliw w Polsce.

Jak doszło do przejęcia cieśniny

Wojna w Jemenie wznowiła się w lipcu 2025 roku i toczy się na sześciu frontach. W ostatnich dniach nastąpiła znacząca eskalacja. Huti wykorzystali lukę na południu kraju i przeprowadzili rajd na tereny wokół miasta Mokka oraz cieśniny Bab al-Mandab.

Kluczową rolę odegrał rozłam wśród przeciwników rebeliantów. Obszary te kontrolowały grupy najemników i milicje - jedna sponsorowana przez Arabię Saudyjską, druga przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. „Sukces Huti, jeśli chodzi o Bab al-Mandab, polegał na tym, że dwie milicje pokłóciły się między sobą" - mówi Rakowski. Rebelianci wjechali na te tereny bez większego oporu.

Symbolem tej porażki stała się wyspa Perim, strategicznie położona w cieśninie. Według Rakowskiego Huti zdobyli ją „z marszu", ponieważ nie było tam „ani jednej budki strażniczej". Tereny te przez kilkaset lat kontrolowali Brytyjczycy, jednak strona saudyjska pozostawiła je bez zabezpieczeń, min czy fortyfikacji.

W rezultacie Huti kontrolują dziś cieśninę Bab al-Mandab i napierają na kolejne ośrodki, w tym na Aden oraz miasta na wschodzie kraju - Ta’izz i Marib. Rebelianci deklarują, że nie będą utrudniać żeglugi nikomu poza Arabią Saudyjską, jednak ekspert ostrzega przed nieobliczalnością tej sytuacji.

Dlaczego to problem Europy, a nie Ameryki

Bab al-Mandab łączy Azję z Europą. Tankowce z Zatoki Perskiej i Kataru płyną tą drogą przez Morze Czerwone do Kanału Sueskiego, a stamtąd na Morze Śródziemne. To najkrótsza trasa dostaw ropy i towarów do europejskich portów.

Skala uzależnienia jest ogromna. Przez cieśninę przechodziło dziennie osiem-dziewięć milionów baryłek ropy - ponad połowa tego, co potrzebuje Europa. „Mówimy o skali nieprawdopodobnej" - podkreśla Rakowski. Alternatywą pozostaje wielotygodniowy rejs wokół Afryki, co Rakowski nazywa powrotem „do czasów Vasco da Gamy".

Ekspert zwraca uwagę, że jest to przede wszystkim problem Europy, nie Stanów Zjednoczonych. „Tutaj nie ma co patrzeć na Donalda Trumpa. Donald Trump może, ale nic nie musi" - mówi. Amerykanie korzystają z portów na własnym wybrzeżu Pacyfiku, takich jak Seattle czy Los Angeles, i nie są uzależnieni od tego szlaku.

Precedens jest znany. Od listopada 2023 roku, w geście solidarności z Gazą, Huti blokowali Bab al-Mandab przez większość 2024 roku. Skutkiem były poważne zakłócenia w dostawach i przestoje produkcji w europejskim przemyśle. Rakowski przypomina, że w kampanii 2023-2024 koalicja z udziałem USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Pakistanu i Turcji nie zdołała opanować sytuacji.

Iran jako strona dominująca

Za rebeliantami stoi Iran, choć jego związki z Huti mają - jak zaznacza Rakowski - charakter odmienny niż w przypadku innych organizacji. Oficjalnie Teheran zaprzecza wpływowi na rebeliantów. Rakowski cytuje stanowisko byłego szefa irańskiej dyplomacji Hosejna Amira Abdollahiana: nie mają wpływu na Huti, ale są gotowi wysłuchać każdej propozycji dotyczącej bezpieczeństwa regionu.

Fakty, zdaniem eksperta, przedstawiają się inaczej. Iran finansuje system militarny rebeliantów, a założyciel ruchu, Badr ad-Din al-Huthi, inspirował się ajatollahem Chomejnim. Rakowski, który pracuje nad książką „Wojna irańska", opisuje trójkąt: Iran, libański Hezbollah i Huti. Wszystkie trzy organizacje dysponują - według niego - tym samym uzbrojeniem i technologią montażu.

Iran umacnia dziś pozycję na obu kluczowych szlakach. Rakowski nazywa Teheran „panem dwóch cieślin" - Bab al-Mandab oraz Ormuz. W poniedziałek ma zostać zawarty układ irańsko-omański w sprawie cieśniny Ormuz, ustalający zasady korzystania z niej, które - jak twierdzi ekspert - mają obowiązywać wszystkie państwa.

Eskalacja z lipca była, według Rakowskiego, reakcją na próbę zablokowania przez Saudów irańskiej delegacji lecącej do Jemenu. Doszło wtedy do pierwszych wymian rakietowych: Saudowie bombardowali jemeńskie lotnisko, a Huti odpowiedzieli uderzeniami w instalacje naftowe.

Fenomen słabszego przeciwnika

Rakowski określa ruch Huti jako „absolutny fenomen socjologiczny", zastrzegając, że temat jest słabo przebadany z powodu braku dziennikarzy i badań terenowych. Huti to plemię zajdyckie z północy Jemenu - nurtu, który ekspert sytuuje między szyizmem a sunnizmem. Kontroluje około 25 procent terytorium kraju, lecz zamieszkuje je 80 procent ludności; reszta to pustynia.

Źródłem ich odporności są ekstremalnie trudne warunki życia. „Gaza przy Jemenie to jest Dubaj" - mówi Rakowski, opisując realia „czwartego świata". Rebelianci nie mają - jego zdaniem - słabego punktu, w który można by uderzyć ekonomicznie.

Po stronie przeciwnej stoi bogata Arabia Saudyjska, wydająca w USA setki miliardów dolarów na uzbrojenie. Rakowski tłumaczy jej nieskuteczność strukturalnymi słabościami armii, w której o awansach decydują układy rodzinne, nie kompetencje. Wydatki na amerykański sprzęt określa raczej jako „bakszysz" mający zapewnić amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa niż realną zdolność bojową.

Uzbrojenie Hutu pochodzi od Iranu - pociski przeciwokrętowe oraz rakiety dalekiego zasięgu, które rebelianci prawdopodobnie montują na miejscu z dostarczanych komponentów. Rakowski przypomina, że w sierpniu 2024 roku zbombardowali centrum Tel Awiwu, a ich pociski sięgały Ejlatu - odległego o dwa tysiące kilometrów. Amerykanie sugerują wsparcie ze strony państwa azjatyckiego, wskazując na Koreę Północną, jednak - jak zaznacza ekspert - „nie ma żadnych twardych dowodów".

Realny lewar nacisku na Europę

Rakowski nie zakłada natychmiastowej, całkowitej blokady, lecz ostrzega, że może do niej dojść w każdej chwili. „Bez żadnych wielkich umiejętności militarnych" rebelianci mogą sparaliżować szlak - w kilku punktach przepływność cieśniny wynosi około 17 kilometrów.

Groźniejsze od jednorazowej blokady jest, jego zdaniem, stałe pole nacisku. „Mają realny lewar, mają realne pole nacisku na to, żeby dyktować warunki Europie" - mówi ekspert. Wśród możliwych żądań wymienia myto za przepływ oraz naciski polityczne, na przykład w sprawie europejskich dostaw broni do Izraela czy uznania rebelianckich władz przez Unię Europejską.

Ekspert wskazuje na paradoks: Huti oficjalnie figurują jako organizacja terrorystyczna, a mimo to Unia mogłaby zostać zmuszona do płacenia za przepływ. Iran już wyliczył za cieśninę Ormuz ponad sto miliardów dolarów rocznie - rebelianci mogą sformułować analogiczne oczekiwania.

Rakowski rozwiewa nadzieje na alternatywne trasy. Dyskutowane rurociągi z Zatoki Perskiej - jego zdaniem - nie powstaną, bo „nie da się kontrolować tysiąca kilometrów pustyni, żeby ktoś tego nie wysadził". Wschodnio-zachodni ropociąg saudyjski, który miał uniezależnić królestwo od Ormuz, już nie działa - został uszkodzony, prawdopodobnie przez proirańskie milicje z Iraku. Saudyjskie wydobycie spadło z około 11 do 6 milionów baryłek dziennie.

Kontekst i najbliższe tygodnie

Rakowski wskazuje, że kluczowe będzie zachowanie Arabii Saudyjskiej, która nie chce angażować własnej armii i opiera się na najemnikach. Ekspert nie wyklucza zbrojnego zaangażowania Izraela - Huti zagrażają także jego żegludze. Nie przekreśla też scenariusza, w którym wojnę zakończy saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman, dla którego obecny kryzys jest, jak to ujmuje, „totalnie straszny".

W tle toczy się szersza konfrontacja irańsko-amerykańska. Rakowski opisuje sporadyczne wymiany ognia wokół cieśniny Ormuz, gdzie Amerykanie dążą do rozbrojenia irańskich stanowisk rakietowych, oraz przenoszenie działań do Jordanii i irackiego Kurdystanu. Znaczenie mają również nadchodzące wybory w Izraelu - ewentualne odejście Binjamina Netanjahu byłoby dla Teheranu sukcesem politycznym.

Sedno problemu ekspert ujmuje jednym słowem: katastrofa. Nie chodzi wyłącznie o samą blokadę, lecz o to, że „od tak nieprzewidywalnych czynników zależy całkowite bezpieczeństwo energetyczne Europy" - kontynentu odciętego już od rosyjskich surowców. Za potencjalnym kryzysem energetycznym może pójść kryzys gospodarczy, a za nim polityczny. Czy do tego dojdzie, nie wiadomo - ale, jak podsumowuje Rakowski, „to już nas będzie kosztować".