Powrót

Rosja atakuje granicę z Polską. Ekspert: to test dla NATO

Rosyjskie drony uderzyły tuż przy granicy z Polską - najpierw w ciężarówkę osiemset metrów od przejścia granicznego, a niemal równocześnie w lokomotywę pociągu relacji Kijów-Warszawa. Zdaniem publicysty tygodnika „Do Rzeczy” Filipa Memchesa, gościa Kanału Otwartego, nie był to przypadek, lecz kolejny etap zaplanowanej eskalacji, obliczonej na zastraszenie państw wspierających Ukrainę i badanie granic reakcji Zachodu.

Atak przy polskiej granicy

Do uderzeń doszło na terytorium Ukrainy, w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy. Pierwsze trafiło w ciężarówkę zaledwie osiemset metrów od przejścia granicznego. Drugie, niemal równoczesne, uszkodziło lokomotywę pociągu jadącego z Kijowa do Warszawy - na nagraniach widać uciekających pasażerów.

Innym połączeniem wracali tego dnia zachodni politycy po konferencji zorganizowanej w Kijowie, w której uczestniczył między innymi Boris Johnson, dzień wcześniej obecny w Warszawie. Memches nie ma wątpliwości co do wymowy tego zbiegu okoliczności.

„To jest presja, to jest zastraszanie, to jest taki sygnał, cały czas sygnał: my możemy się posunąć, nawet nie wiecie jak daleko możemy się posunąć” - ocenił.

Publicysta przyznał, że atak go nie zaskoczył. „Mnie ten atak nie zaskoczył, nie zdziwił. To się wpisuje w pewien scenariusz, który realizuje Rosja” - powiedział. Jego zdaniem Moskwa działa z poczuciem bezkarności i przekonaniem, że może dalej podnosić poziom konfliktu, nie ponosząc realnych konsekwencji.

Broń jądrowa jako straszak

W ocenie Memchesa dotychczasowa polityka państw zachodnich nie przynosi efektu odstraszającego. Podstawowym narzędziem nacisku pozostaje rosyjski arsenał atomowy.

„Rosja jest mocarstwem atomowym. I to jest podstawowy problem. Społeczeństwa Zachodu boją się wojny” - stwierdził. Wskazał, że dekady życia w pokoju sprawiły, iż zachodnie społeczeństwa - zwłaszcza w Europie Zachodniej - oczekują od polityków deeskalacji, a Kreml świadomie gra na tych nastrojach.

Do tego dochodzi, jak zaznaczył, różnica psychologiczna. Rosjanie są, jego zdaniem, oswojeni ze znacznie surowszymi warunkami - co wynika z geografii, historii i kultury. Wybuch wojny nie osłabił poparcia dla władzy; przeciwnie, początkowo je zwiększył.

Kilka dni przed atakiem Dmitrij Miedwiediew groził Litwie w związku z planowaną zmianą konstytucji, która dopuszczałaby rozmieszczenie broni jądrowej na jej terytorium. Według rosyjskiego polityka realizacja tego planu miałaby oznaczać uderzenie na Litwę. Memches uznał tę groźbę za element tego samego, konsekwentnie realizowanego scenariusza.

Spór o skuteczność odstraszania

Publicysta zrekonstruował dwa przeciwstawne stanowiska obecne w polskiej debacie. Politycy wywodzący się z lewicy postkomunistycznej - wymienił Leszka Millera i Grzegorza Kołodkę - przekonują, że członkostwo w NATO wystarczająco odstrasza Rosję i chroni Polskę przed atakiem.

Memches nie podziela tej pewności. „My nie wiemy tak do końca” - zastrzegł, wskazując, że kolejne ataki wciąż pozostają poniżej progu wojny kinetycznej, co utrzymuje sytuację w stanie niepewności.

Prowadzący rozmowę wyszedł z roli moderatora i przedstawił własną ocenę: nie ma jego zdaniem przesłanek, by twierdzić, że dopóki trwa wojna w Ukrainie, Rosja zaatakuje NATO klasycznym uderzeniem frontalnym. Zamiast tego Moskwa stopniowo podnosi poziom eskalacji wobec państw pomagających Kijowowi - po Rumunii i Polsce kolejnym celem mogą stać się państwa bałtyckie.

Obaj rozmówcy wskazali na ten sam scenariusz ryzyka: atak dronów niewiadomego pochodzenia, wystrzelonych na przykład znad Bałtyku, na estońską Narwę, z ofiarami śmiertelnymi. „To będzie moment krytyczny” - ocenił prowadzący, przypominając, że oznaczałoby to test artykułu piątego traktatu waszyngtońskiego.

Memches zwrócił uwagę na możliwość rozegrania takiej sytuacji dyplomatycznie, poprzez prowokację i zaprzeczanie odpowiedzialności. Podkreślił rolę Stanów Zjednoczonych jako głównej siły oraz zależność od postawy Donalda Trumpa. Na pytanie, czy Kreml zdecyduje się na takie ryzyko, odpowiedział ostrożnie: „Myślę, że jednak nie. Ale oczywiście nikt z nas nie może mieć tej pewności”.

Cel dalekosiężny: rewanż za zimną wojnę

Zdaniem Memchesa narracja, według której rosyjskie ataki mają charakter defensywny, jest fałszywa, lecz skuteczna. Trafia do części opinii publicznej - nie tylko w Polsce, ale też w krajach zachodnich, gdzie rezonuje z przekazem takich ugrupowań jak niemiecka AfD czy blok Sahry Wagenknecht.

Publicysta ostrzegł przed naiwnym założeniem, że zastraszanie działa wyłącznie mobilizująco. „To jest naiwnością myśleć, że tego typu zastraszanie działa tylko w jedną stronę” - powiedział. Jego zdaniem ataki mogą wzmacniać tę część opinii publicznej, która twierdzi, że pomoc Ukrainie sprzyja eskalacji, a jej ograniczenie otworzyłoby pole do negocjacji.

Memches przypomniał, że rosyjskie żądania - sformułowane jeszcze w grudniu 2021 roku, między innymi w nocie przekazanej Amerykanom - nie dotyczyły wyłącznie Ukrainy. Nawet hipotetyczna deeskalacja „według scenariusza rosyjskiego” miałaby, jego zdaniem, prowadzić do nacisków na wycofanie wojsk NATO z państw, które przystąpiły do sojuszu po 1997 roku.

Kreml, jak wyjaśnił, nie żąda formalnego wystąpienia Polski z NATO, lecz faktycznej neutralności militarnej - na wzór statusu Francji za czasów Charles’a de Gaulle’a, gdy kraj pozostał politycznie w sojuszu, wycofując się z jego struktur wojskowych. Memches określił to jako „politykę wielkiego geopolitycznego rewanżu za wyniki zimnej wojny” i „pewnego rodzaju kontrrewolucję” wobec porządku zbudowanego po rozpadzie ZSRR.

Rosja wewnętrzna: procesje i spór o pamięć

Drugą część rozmowy poświęcono kondycji rosyjskiego społeczeństwa. Pretekstem stały się masowe procesje religijne - krestnyj chod - które przyciągnęły po około sto tysięcy uczestników w Petersburgu i Moskwie.

Memches zaznaczył, że regularnych praktykujących prawosławnych w Rosji jest niewielu - według statystyk poniżej dziesięciu procent. To sekularyzowane społeczeństwo sprawia, że procesje mają, w jego ocenie, charakter bardziej polityczny niż religijny, choć ich treść pozostaje religijna.

Głównym organizatorem jest nacjonalistyczna organizacja Russkaja obszczina. Jej imperializm jest, zdaniem publicysty, słabszy niż w kręgach proreżimowych - uczestnicy protestują przede wszystkim przeciwko islamizacji Rosji i imigracji z Azji Środkowej. Memches wskazał tu na paradoks: Rosja jest państwem historycznie wielonarodowym i wieloreligijnym, a odwoływanie się do wielokulturowości pozostaje jedną z idei konsolidujących kraj.

Osobnym polem napięcia jest polityka historyczna. W Moskwie policja nie pozwoliła nieść transparentu poświęconego „nowym męczennikom” - duchownym prawosławnym zamordowanym w latach trzydziestych przez NKWD. Oficjalna cerkiew, jak zauważył Memches, tę pamięć pomija.

Publicysta opisał to jako „hybrydową tożsamość” putinowskiej Rosji, w której godzi się ofiary z katami. Putin zapala świece w cerkwiach, a jednocześnie utożsamia się z ZSRR jako mocarstwem. Stalin bywa potępiany „jako morderca Rosjan”, lecz nie jako sprawca zbrodni na innych narodach - stąd, jak dodał, oficjalna interpretacja 17 września 1939 roku jako „wyzwolenia Ukraińców i Białorusinów spod władzy polskich panów”.

Brak nadziei na zmianę

Memches odwołał się do koncepcji eurazjanizmu oraz „herezji Sergiusza” - układu głowy rosyjskiej cerkwi ze Stalinem w latach czterdziestych. Dzisiejsza rehabilitacja NKWD dokonuje się, jego zdaniem, nie jako obrona komunizmu, lecz jako obrona „służby patriotycznej” broniącej państwa rosyjskiego.

Prowadzący zaproponował prostszą interpretację postawy Kremla: Putin utożsamia się z każdym okresem, w którym Rosja była mocarstwem - od Piotra I i Katarzyny II po stalinizm. Wyjątkiem pozostaje Lenin, obwiniany o upadek imperium, choć jego mauzoleum nie jest demontowane.

Pytany o perspektywy zmiany, Memches nie widział powodów do optymizmu. Liberalna opozycja „w ogóle nie liczy się w Rosji”, a po Putinie należy raczej spodziewać się sukcesora kontynuującego dotychczasową politykę. Rosnące w siłę środowiska nacjonalistyczne zostaną - jak przewiduje - „bardzo sprytnie rozegrane przez Kreml” i sprowadzone do roli koncesjonowanej opozycji.

Publicysta określił obecny system jako „dyktaturę postmodernistyczną” - kolaż tradycji politycznych, w którym kremlowscy politechnolodzy sprzedają różnym grupom różne tożsamości. „W tej chwili w Rosji nie ma znaczących sił, których sukces byłby dla nas korzyścią” - podsumował, wyrażając jedynie hipotetyczne poparcie dla duchowego odrodzenia prawosławia rozliczającego się z okresem sowieckiego terroru - którego, jak zaznaczył, nie dostrzega.