Powrót

Rotfeld: Kissinger ostrzegał przed Niemcami, dziś świat traci profesjonalizm

Były minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld w rozmowie promującej książkę „Przyzwoita polityka" ujawnia kulisy rozmów z Henrym Kissingerem, diagnozuje kryzys amerykańskiej polityki zagranicznej i wskazuje na źródła napięć polsko-ukraińskich. Zdaniem dyplomaty świat wchodzi w okres deprofesjonalizacji stosunków międzynarodowych, w którym doświadczenie i wartości ustępują miejsca komercyjnemu podejściu do polityki.

Ostrzeżenie Kissingera: „Uważajcie na Niemcy"

Rotfeld przypomina spotkania z byłym amerykańskim sekretarzem stanu Henrym Kissingerem. Poznali się w Warszawie, gdy Rotfeld jako sekretarz stanu w MSZ zorganizował dla amerykańskiego polityka wykład w Belwederze pod auspicjami Akademii Dyplomatycznej. Później spotykali się wielokrotnie, między innymi podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa - łącznie około dziesięciu razy.

Podczas jednej z rozmów Kissinger sformułował znamienne ostrzeżenie: „Uważajcie na Niemcy". Rotfeld interpretuje je jako komunikat wynikający z amerykańskiej racji stanu. „Niemcy dokonały fundamentalnej zmiany, są inne, są bardziej pokojowe" - relacjonuje słowa amerykańskiego polityka. Jednocześnie Kissinger miał zaznaczać, że Niemcom brakuje „nawyku przewodnictwa innym państwom", a nadmiar możliwości działania sprawia, iż „dostają małpiego rozumu".

Zdaniem Rotfelda ostrzeżenie padło w kontekście berlińskiego przemówienia Radosława Sikorskiego, który wzywał Niemcy do wzięcia odpowiedzialności za Europę. Stany Zjednoczone, prowadzące politykę mocarstwa globalnego, sygnalizowały wówczas, że wzmocnienie niemieckiej pozycji przewodniej może być ryzykowne. Paradoks całej sytuacji polega - jak zauważa Rotfeld - na tym, że sam Kissinger był z pochodzenia Niemcem i przyznawał to otwarcie.

Real politik i pytanie o rolę wartości

Kissinger uchodzi za twórcę doktryny real politik - polityki opartej na pragmatyzmie i kalkulacji interesów. Rotfeld ocenia jego dorobek dwojako. Docenia w nim profesjonalistę zapewniającego „obliczalność, przewidywalność" - cechy, których, jak twierdzi, brakuje dziś polityce amerykańskiej.

Były minister zdecydowanie sprzeciwia się jednak tezie, że polityka zagraniczna powinna być wyłącznie transakcyjna. „Polityka zagraniczna powinna być kształtowana nie tylko przez interesy i siłę, ale również przez wartości" - przekonuje. W jego ujęciu potencjał, interesy narodowe i wartości tworzą trójkąt, w którym żaden z elementów nie może być traktowany jako dekoracja czy fasada.

Amerykańska tradycja ponadpartyjności - dziś zerwana

Jako kontrprzykład wobec dzisiejszych podziałów Rotfeld przywołuje postać Maxa Kampelmana, którego poznał podczas Konferencji Madryckiej we wrześniu 1983 roku - w okresie kryzysu wywołanego zestrzeleniem amerykańskiego samolotu. Kampelman, przyjaciel demokraty Huberta Humphreya, po zwycięstwie republikanina Ronalda Reagana zaproponował nowemu prezydentowi utworzenie grupy analizującej aktualne zagrożenia i przygotowującej go do sprawowania urzędu.

Reagan w odpowiedzi mianował później Kampelmana szefem amerykańskich negocjacji dotyczących zbrojeń i kontroli zbrojeń. „Mimo zasadniczych różnic między demokratami a republikanami byli w stanie zapomnieć o partyjnych różnicach. Uważali, że pozycja Stanów Zjednoczonych jest ponad podziałami" - komentuje Rotfeld. Dziś, jego zdaniem, taka postawa jest „trudna do wyobrażenia", ponieważ przeciwników politycznych wewnątrz państwa coraz częściej traktuje się jak wrogów.

Deprofesjonalizacja polityki międzynarodowej

Były minister formułuje jedną z centralnych tez wywiadu: współczesna polityka międzynarodowa ulega deprofesjonalizacji. Krytycznie ocenia sytuację, w której głównymi negocjatorami czyni się osoby o doświadczeniu wyłącznie biznesowym.

„Jeżeli mianuje się głównym negocjatorem człowieka, który ma doświadczenie wyłącznie w robieniu biznesu, w grze na giełdzie i w handlu nieruchomościami, to nie można oczekiwać, że wnosi coś nowego" - mówi Rotfeld. Stosunki międzynarodowe - podkreśla - nie mają charakteru komercyjnego. Wymagają poszanowania suwerenności, tożsamości i innych kultur.

Kissinger, jak przypomina Rotfeld, formacyjną lekturą uczynił doświadczenia Kongresu Wiedeńskiego z 1815 roku i postać Klemensa von Metternicha. „To byli ludzie na najwyższym stopniu wykształcenia" - znający kilka języków starożytnych i nowożytnych. Ten wzór - kwalifikacji, kultury politycznej i długiej perspektywy - dzisiejszej amerykańskiej polityce, zdaniem byłego ministra, jest obcy.

Rosja, ZSRR i „poczwórne kłamstwo"

Znaczącą część rozmowy Rotfeld poświęca analizie sowieckiego dziedzictwa i motywów rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nazwa „Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich" była - jego zdaniem - „poczwórnym kłamstwem". „Nie był to związek, nie było to państwo rządzone w sposób socjalistyczny, rady nie miały żadnego znaczenia, nie było tu republiki" - wylicza. W rzeczywistości chodziło o autorytarne państwo policyjne o skrajnie scentralizowanej władzy.

Rotfeld wspomina rozmowę z korespondentem tygodnika „Nowoje wremia" z 1991 roku, w której uzasadniał tezę o nieuchronności rozpadu ZSRR. Odwoływał się wówczas do formacji Stalina - absolwenta prawosławnego seminarium duchownego w Tyflisie - i do quasi-religijnej struktury bolszewickiej władzy: Marks i Engels w roli Boga Ojca, Biuro Polityczne jako „dwunastu apostołów", w którym „zawsze był jakiś Judasz".

Kluczowa dla tej konstrukcji była - twierdzi Rotfeld - teza, którą sformułował mianowany przez Hitlera na czele Pruskiej Akademii Nauk Carl Schmitt: sprawne zarządzanie państwem autorytarnym wymaga precyzyjnego zdefiniowania wroga. „Nic tak bardzo nie organizuje życia społecznego jak wyraźne określenie wroga" - cytuje logikę tego myślenia.

Dlaczego Rosja napadła na Ukrainę

Zdaniem byłego ministra Władimir Putin nie pogodził się z rozpadem ZSRR i traktuje dawne republiki radzieckie jako przestrzeń przynależną Rosji. „Rosja potraktowała Ukrainę jak zbuntowaną prowincję" - diagnozuje Rotfeld.

Jako kontrprzykład wskazuje Hiszpanię, która wobec katalońskiego separatyzmu odwołuje się do mechanizmów demokratycznych. „Demokracja tym się wyróżnia spośród wszystkich innych systemów, że jest najtrudniejszym sposobem sprawowania władzy, ale uwzględnia różnorodność i jej poszanowanie" - podkreśla. Putin, jak twierdzi Rotfeld, nie potrafił zaakceptować, że Ukraina „naprawdę zasługuje na to, by dokonać samodzielnie wyboru".

Skutkiem wojny jest - według byłego ministra - trwała zmiana ukraińskiej tożsamości. „Ukraina była nieporównanie bardziej prorosyjska. Dzisiaj jest antyrosyjska i ta antyrosyjskość zostanie już na długie wieki" - przewiduje. Rosyjska agresja stała się w jego ocenie punktem odniesienia dla ukraińskiej państwowości na stulecia.

Spór polsko-ukraiński o pamięć

Rotfeld szczegółowo odnosi się do napięć wokół pamięci o UPA. Ukraińska Powstańcza Armia była - jak podkreśla - organizacją wewnętrznie zróżnicowaną, która dopuściła się zbrodni ludobójstwa na Polakach, Żydach i innych narodach. U jej podstaw leżała skrajnie nacjonalistyczna koncepcja: „jeden naród, jeden język".

Motyw czystki etnicznej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej rekonstruuje w sposób jednoznaczny: „Ludzie, którzy realizowali ten program ludobójczy w stosunku do Polaków, kierowali się ideą, że jeśli na tych ziemiach pozostaną Polacy, to będzie na wieki świadczyło o tym, że to jest również ziemia polska".

Były minister przypomina, że Stepan Bandera został aresztowany przez Niemców i osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen za proklamowanie niezależnej Ukrainy bez zgody III Rzeszy. To - jego zdaniem - pokazuje złożoność historycznych ról i utrudnia jednowymiarowe oceny. Podkreśla jednocześnie, że pamięć o zbrodniach popełnionych na Wołyniu pozostaje „niezwykle ważnym elementem polskiej tożsamości", tłumionym w czasach PRL.

Motywy wewnętrzne po obu stronach

W ocenie decyzji o nadaniu jednej z ukraińskich formacji imienia „Bohaterów Ukrainy" z uwzględnieniem UPA Rotfeld dostrzega przede wszystkim kalkulację polityki wewnętrznej. Wołodymyr Zełenski - jak twierdzi - potrzebuje wsparcia „skrajnie nacjonalistycznego, szowinistycznego odłamu" ukraińskiego elektoratu, ponieważ mierzy się z wewnętrznymi problemami.

Analogicznej logice ulega - zdaniem Rotfelda - polska strona. Prezydent Karol Nawrocki kieruje się motywami pozyskania „nacjonalistyczno-ksenofobicznego elektoratu". „Polityka zagraniczna jest zawsze funkcją polityki wewnętrznej" - konstatuje były minister, dodając, że dziś to polityka wewnętrzna decyduje o stanowisku państw w sprawach międzynarodowych.

Były szef MSZ ocenia, że gdyby po stronie ukraińskiej istniało większe wyczucie, wystarczyłoby pozostawić w nazwie „bohaterowie Ukrainy" bez odniesienia do UPA - i konflikt symboliczny by nie wybuchł. Wizyta wysłannika Zełenskiego w Polsce nie mogła zaradzić sytuacji, ponieważ „potrzebna była zmiana decyzji, a nie tłumaczenie motywów".

Perspektywa: gorzej, zanim będzie lepiej

Rotfeld deklaruje przywiązanie do „naiwnego przekonania, że rozwój ludzkości zmierza od złego ku lepszemu". Zastrzega jednak, że obecnie świat przechodzi okres zawirowań, w którym „najgorsze jeszcze nadejdzie". Symptomami tego kryzysu są dehumanizacja, deprofesjonalizacja i przypadkowość podejmowania decyzji przez ludzi bez odpowiedniego przygotowania.

Książka „Przyzwoita polityka", której poświęcona jest rozmowa, jest zbiorem wywiadów z byłym ministrem spraw zagranicznych. Adam Daniel Rotfeld, dyplomata i wieloletni dyrektor Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI), pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych RP w 2005 roku. Jego diagnoza - że dzisiejsza polityka światowa cierpi na deficyt profesjonalizmu, wartości i ponadpartyjnego myślenia o interesie państwa - wpisuje się w szerszą debatę o kondycji porządku międzynarodowego w okresie kryzysu instytucji zaprojektowanych po zimnej wojnie.