Szef CIA w Moskwie. Zachód ostrzega Rosję przed eskalacją
Dyrektor CIA złożył niezapowiedzianą wizytę w Moskwie, podczas której - według doniesień „Wall Street Journal" - miał ostrzec rosyjskie służby przed działaniami ofensywnymi wobec państw bałtyckich. Obie strony przez pewien czas zaprzeczały, by do spotkania doszło. Kulisy wizyty oraz szerszy kontekst rosnącego napięcia między Rosją a Zachodem analizował w programie na żywo Maciej Korowaj, były oficer wywiadu, komentując je jako element „dyplomacji wywiadowczej" prowadzonej w najbardziej niebezpiecznym okresie od wybuchu pełnoskalowej wojny.
Dyplomacja wywiadowcza wraca z czasów zimnej wojny
Korowaj opisał wizytę jako przejaw mechanizmu, który nazywa dyplomacją wywiadowczą - formy kontaktów między państwami pozostającymi w ostrym konflikcie interesów.
„To jest taka forma kontaktów pomiędzy państwami wrogimi sobie lub mającymi bardzo ostry konflikt interesów, gdzie działania wywiadowcze, wiedza wywiadowcza i ustalenia, które zapadają podczas takiej wymiany informacji pomiędzy wrogimi służbami, to jest coś, co jest bardzo dużym poziomem ingerencji w obszar bezpieczeństwa" - wyjaśnił.
Mechanizm ten wywodzi się z czasów zimnej wojny. Jak przypomniał Korowaj, w tamtej epoce jakiekolwiek działanie militarne jednej strony bywało odczytywane „zero-jedynkowo" przez drugą jako uderzenie wyprzedzające. Aby ograniczyć ryzyko błędnej interpretacji, obok klasycznej dyplomacji funkcjonował ten drugi, ukryty kanał.
Analityk wskazał na precedens sprzed lutego 2022 roku. Ówczesny szef CIA również odwiedził Moskwę, ostrzegając Rosjan przed atakiem na Ukrainę. „Jak wiemy, tamta misja zakończyła się niesukcesem, czyli porażką" - zauważył. Teraz doszło do kolejnej misji, co rodzi pytanie o skalę zagrożenia.
„Najbardziej niebezpieczna sytuacja" od 2022 roku
Zdaniem Korowaja obecny moment jest groźniejszy niż ten sprzed pełnoskalowej inwazji. Powołał się na ocenę Andrew Michty, który wskazywał, że dziś Rosja - choć osłabiona ponad czteroletnią wojną - dysponuje wsparciem poważnych sojuszników, przede wszystkim Chin i Korei Północnej.
„Zgodzę się, że to jest najniebezpieczniejsza sytuacja niż to miała miejsce w 2022 roku, ponieważ wszystkie siły zewnętrzne i wewnętrzne Federacji Rosyjskiej dążą do eskalacji" - stwierdził. Do sił zewnętrznych zaliczył sojuszników, do wewnętrznych - zarówno środowiska prokremlowskie, jak i te nieoficjalnie przeciwne obecnej władzy.
Rozmówca wyróżnił dwie rywalizujące grupy wewnątrz systemu, które nazwał umownie „biznesmenami" i „patriotami". Pierwsi upatrują w wojnie zysków, konsolidowanych przez przejęcie i redystrybucję aktywów wewnątrzrosyjskich. Drudzy widzą w konflikcie szansę, by Rosja mogła zasiąść do stołu negocjacyjnego „jak równy z równym" wobec głównych graczy geopolitycznych.
Jeden z widzów w komentarzu na żywo stwierdził, że w Rosji nie istnieje frakcja hamująca eskalację, a wszystkie walczą o to, kto zdoła eskalować mocniej. Korowaj zgodził się z tą diagnozą, dodając jednak istotne zastrzeżenie dotyczące roli samego Władimira Putina.
Putin jako „hamulcowy" eskalacji
Analityk postawił tezę, którą sam nazwał kontrowersyjną: to Putin jest tym, który obawia się eskalacji.
„Jedynym hamulcowym eskalacji jest sam Putin" - powiedział. Rosyjski przywódca, jego zdaniem, domaga się przez swoich „trybunów w dumie państwowej" utrzymywania długiego konfliktu, degradowania zdolności ukraińskich i zmiękczania Europy, ale nie gwałtownej eskalacji.
Powód jest strategiczny. Eskalacja oznaczałaby przejęcie przez Putina głównej odpowiedzialności za sukces lub porażkę i zlikwidowanie „bezpieczników", którymi dotąd żonglował - szefa sztabu czy poszczególnych ministrów. „W momencie, kiedy on przejmie pałeczkę w ramach tej eskalacji (…), przestaną funkcjonować te bezpieczniki, na których się wcześniej opierał" - wyjaśnił.
Korowaj powiązał to z mechaniką władzy na Kremlu. Wprowadzenie stanów szczególnych - koniecznych przy konflikcie o charakterze egzystencjalnym - skupiłoby całą decyzyjność w rękach jednego ośrodka. To paradoksalnie ułatwiłoby usunięcie samego przywódcy, bo zniknęłoby wahanie systemu widoczne podczas buntu Prigożyna. „Społeczeństwo rosyjskie nie jest za Putinem, ale jest za tronem. To są dwie różne rzeczy, a w sytuacjach skrajnych najlepiej zmieniać przywódcę" - podsumował.
Scenariusz „kryzysu kubańskiego 2.0"
Pytany o możliwą formę rosyjskiej „ucieczki do przodu", Korowaj wskazał na coraz częstszy w rosyjskich analizach scenariusz, który określił jako „kryzys kubański 2.0".
W latach 60. Związek Sowiecki, ustępujący USA w wielu obszarach, wykorzystał groźbę konfliktu egzystencjalnego, by wymusić ustępstwa, w tym wycofanie amerykańskiej broni średniego zasięgu z Europy i Turcji. „To dogadywanie się Stanów Zjednoczonych i wtedy Sowietów ponad głowami sojuszników" zakończyło się wówczas korzystnie dla Moskwy.
Dziś układ jest odwrócony. Rosja jest słaba konwencjonalnie, lecz dysponuje arsenałem nuklearnym zdolnym zagrozić nie tyle USA, ile państwom europejskim - w ramach doktryny, którą rosyjscy stratedzy nazywają ograniczonym konfliktem nuklearnym na teatrze o niewielkim znaczeniu strategicznym dla głównego gracza.
Korowaj zwrócił uwagę na rosyjskie zaangażowanie w odbudowę i gotowość triady nuklearnej, silnie uaktywnionej od końca ubiegłego roku. „Jeśli ja to widzę, badając tylko i wyłącznie źródła otwarte rosyjskie (…), to wizyta szefa Centralnej Agencji Wywiadowczej jest naturalną wizytą szefa, który to widzi i chce dać jasny sygnał, że my to widzimy, odczytujemy" - stwierdził, zaznaczając, że nie wie, czy wizyta zakończyła się ostrzeżeniem, czy porozumieniem.
Mobilizacja: fakt czy element wojny informacyjnej
Prowadzący przywołał doniesienia ukraińskiego wywiadu wojskowego i Służby Wywiadu Zagranicznego o planowanych falach mobilizacji po 300 tysięcy żołnierzy w tym i przyszłym roku. Korowaj podszedł do nich z rezerwą.
Wskazał, że dekret mobilizacyjny funkcjonuje w rosyjskim prawie od września 2022 roku i nie został zmieniony, a uzupełnienia odbywają się na podstawie niejawnych rozporządzeń sztabu generalnego. Nazwał to „mobilizacją kropelkową", mającą uzupełniać straty i rozbudowywać struktury sił zbrojnych, których liczebność Putin dekretami zwiększył do ponad 2,5 miliona.
„To jest troszeczkę nadinterpretowanie, bo trzeba też pamiętać, że o mobilizacji mocno piszą ukraińskie środki masowego przekazu, ale też mocno oddziałują propagandowo w wojnie informacyjnej" - ocenił. Jego zdaniem to sami Ukraińcy najbardziej obawiają się mobilizacji, bo byłaby ona skierowana przeciwko nim, a nie państwom NATO.
Analityk podkreślił, że decyzja o mobilizacji przyniosłaby efekty bojowe najwcześniej po pół roku, degradując przy tym zdolności gospodarcze i społeczne Rosji. Za bardziej miarodajny wskaźnik uznał budowanie odporności państwa - zmiany w prawie, doktrynach i systemie polityczno-gospodarczym. „Rosja od marca tego roku bardzo intensywnie przygotowuje swój system odpornościowy" - zaznaczył, przypominając, że przed 2022 rokiem bank centralny testował odcięcie od zachodnich rynków finansowych.
Państwa bałtyckie jako najbardziej prawdopodobny kierunek
Korowaj wskazał kraje bałtyckie jako obszar najbardziej podatny na uderzenie konwencjonalne, ponieważ - w odróżnieniu od Ukrainy - nie mają głębi operacyjnej. Zastrzegł jednak, że sam atak konwencjonalny nie wystarczy.
„Na atak konwencjonalny NATO sobie poradzi. Wcześniej czy później Rosja nie ma sił na to, żeby utrzymywać zdolność okupacji" - powiedział. Uderzenie musiałoby być częścią kaskady działań: militarnych, dywersyjnych, wywiadowczych, polityczno-gospodarczych oraz - realnego lub tylko sygnalizowanego - użycia broni nuklearnej.
Analityk przypomniał, że groźba nuklearna przyniosła już Rosji efekt. Podczas ukraińskich ofensyw pod Chersoniem i Charkowem sama percepcja takiego zagrożenia doprowadziła, jego zdaniem, do zatrzymania natarcia w kierunku Morza Azowskiego. „Ale właśnie ta groźba użycia broni nuklearnej, tylko i wyłącznie mentalna, doprowadziła, że Stany Zjednoczone zahamowały pewne procesy" - stwierdził, dodając, że straszenie się „wyjałowiło" i wobec Europy musiałoby być bardziej wydatne.
Szczególne znaczenie Korowaj przypisał łotewskiemu Dyneburgowi, miastu z rosyjskojęzyczną większością. Nazwał je „przełęczą Fulda bałtyckiego teatru" - punktem, przez który przebiegałoby ewentualne uderzenie. Prowadzący relacjonował, że podczas nocnego pobytu w regionie jego telefon o czwartej rano uruchomił łotewski alert o dronie, odwołany po czterdziestu minutach. Miejscowy polityk, członek koalicji rządzącej, miał ocenić, że około 30 procent mieszkańców sympatyzuje z Rosją.
Symulacje: przebicie do Kaliningradu w 72 godziny
Odpowiadając na pytanie o różnice między państwami bałtyckimi, Korowaj wskazał operację przez terytorium Łotwy jako najbardziej wydajną z wojskowego punktu widzenia. Podkreślił, że przesmyk suwalski dla Rosjan zaczyna się nie w Suwałkach, lecz znacznie dalej na północ, w rejonie Dyneburga.
Powołał się na gry wojenne, w których uczestniczył. „Operacja rzędu 80 tysięcy żołnierzy powoduje to, że można się przebić, przynajmniej teoretycznie w symulacjach (…) na teren do granic Kaliningradu w niecałe 72 godziny" - relacjonował. Podkreślił, że Rosjanie mogliby to przeprowadzić bez ogłaszania mobilizacji, korzystając z rozbudowywanego zaplecza Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, do którego należy Królewiec.
Trzy doby to zarazem czas, jaki NATO potrzebowałoby na zbudowanie tarczy powietrznej. Rosja musiałaby ten okres wykorzystać na zabezpieczenie manewru lądowego własną obroną przeciwlotniczą.
Analityk zwrócił uwagę na strategiczne znaczenie Morza Bałtyckiego, które - choć wydaje się wewnętrznym akwenem NATO - można blokować, zajmując wyspy takie jak Gotlandia czy Bornholm. Wybrzeże państw bałtyckich nazwał doskonałym miejscem do szachowania żeglugi.
Pokaz siły w powietrzu poprzedził wizytę
Korowaj powiązał wizytę szefa CIA z wcześniejszą, niezapowiedzianą operacją lotniczą NATO nad Bałtykiem i rejonem Królewca. „Zawsze za rozmową powinien iść pewien pokaz siły i demonstracja" - powiedział, potwierdzając, że demonstracja poprzedziła spotkanie.
Ćwiczenia miały pokazać, że w kilkanaście godzin można zbudować przewagę powietrzną na teatrze, który Rosjanie uważają za atrakcyjny. „To dało mocno do zrozumienia sztabom rosyjskim, że muszą przekalkulować swoje oceny, że to nie jest 3-4 doby spokoju, tylko (…) kilkanaście godzin albo kilka godzin" - ocenił.
Analityk zwrócił uwagę, że rosyjscy obserwatorzy śledzili nie tyle same samoloty, ile pracę służb lotniskowych i inżynieryjnych, mających utrzymać sprawność baz po ewentualnym rosyjskim uderzeniu wyprzedzającym. Całość - działania polityczne, analizy wywiadowcze, ćwiczenia powietrzne, równoległe ćwiczenia cyberobrony i wreszcie wizyta w Moskwie - złożyła się w „kaskadę" spójnych sygnałów.
Zapytany, czy był zaskoczony skalą operacji, Korowaj odparł, że z zasady nie komentuje z wyprzedzeniem planowanych działań sojuszu. Przyznał jednak, że zakładał wystąpienie takiej projekcji siły w reakcji na wyraźny sygnał eskalacyjny ze strony Rosji.
Prowokacja pod fałszywą flagą i próg nuklearny
Kluczowe zagrożenie, według Korowaja, ma charakter niekonwencjonalny. Rosja nie zaatakuje „pod otwartą przyłbicą", lecz będzie dążyć do sprowokowania NATO, by to sojusz uderzył pierwszy.
„Rosjanom zależy (…), żeby nie Rosja została uznana za agresora na NATO, tylko żeby NATO uderzyło pierwsze w sensie takim otwartym na teren rosyjski" - wyjaśnił. Taki scenariusz dałby Moskwie pretekst do uruchomienia doktryny nuklearnej, której próg - jak zauważył - Rosjanie od dłuższego czasu obniżają.
Analityk podkreślił, że sam fakt posiadania broni nuklearnej niczego nie przesądza. Istotne jest, czy cały kompleks decyzyjny - od szefa sztabu generalnego po dowódców wojsk strategicznych - zareaguje bez wahania. „Rosja przygotowuje wszystko, żeby sprowokować NATO do uderzenia, i ta cała eskalacja, którą teraz budujemy (…), jest też w interesie Federacji Rosyjskiej" - stwierdził.
Konkretne działania mogłyby obejmować ataki na infrastrukturę krytyczną, cyberataki, „zielone ludziki" wsparte przez miejscową ludność oraz - w scenariuszu skrajnym - próbną detonację ładunku nuklearnego na Nowej Ziemi lub nad Bałtykiem. Po takiej demonstracji, ostrzegł Korowaj, każdy wystrzelony pocisk mógłby być odczytywany jako potencjalnie uzbrojony w głowicę jądrową.
Amerykański „ukłon" w stronę Putina
Korowaj zinterpretował samą formę wizyty - z jej wyeksponowaną dramaturgią mimo braku oficjalnych komunikatów - jako sygnał kierowany przede wszystkim do wnętrza rosyjskiego systemu. Amerykanie i Rosjanie dysponują bezpiecznymi łączami, z których korzystali choćby podczas buntu Prigożyna.
„Amerykanie zrobili ukłon w stronę Putina" - ocenił. Jego zdaniem Waszyngton, podobnie jak on sam, uznaje Putina za hamulcowego eskalacji. Przekaz miał brzmieć: rozmawiamy z Putinem i nie liczcie na to, że będziemy rozmawiać z kimś innym.
Analityk uznał, że USA grają na „konflikt wygaszający", który utrzymuje Putina u władzy i pozwala mu niwelować zagrożenia dla jego otoczenia. Skuteczność wizyty ocenił jako weryfikowalną w czasie: brak eskalacji w ciągu pół roku oznaczałby, że misja spełniła cel; kolejne wizyty świadczyłyby o próbach dalszego „pompowania" pozycji Putina, by utrzymywał w ryzach tendencje eskalacyjne.
Korowaj potwierdził, że pojawiały się także doniesienia o możliwych atakach na brytyjskie bazy i infrastrukturę. Wpisał je w tę samą logikę - jako element kaskady mającej wymusić na NATO zbrojną odpowiedź.
Rola Polski i pytanie o Białoruś
W ocenie Korowaja utrzymanie Litwy jest kluczowe, bo najkrótsza droga do Kaliningradu wiedzie właśnie przez nią. Rosyjscy analitycy traktują polskie siły zbrojne poważnie, nazywając je „zawiasem bezpieczeństwa” dla północy, południa i wschodu.
Zapytany, czy Polska powinna stacjonować wojskami w państwach bałtyckich, analityk przedstawił kontrintuicyjną tezę. „Lepiej być u siebie, a mieć możliwości projekcyjne, które są trudne do skalkulowania dla Rosjan” - stwierdził, argumentując, że Rosjanie obawiają się niepewności strategicznej bardziej niż policzalnej obecności, takiej jak niemiecka brygada na Litwie.
W kwestii Białorusi Korowaj ocenił, że Alaksandr Łukaszenka będzie unikał wciągnięcia w konflikt. Białoruś, jako najsłabsze ogniwo, byłaby pierwszym celem natowskiej retorsji. „Im bardziej będziemy Łukaszenkę straszyć retorsją jednoznaczną, to Białoruś może być pewnym naszym wentylem bezpieczeństwa” - powiedział, wskazując, że informacje o wrześniowym wlocie dronów miały wcześniej napływać z białoruskiego systemu.
Analityk opowiedział się za „dyplomacją wywiadowczą” wobec Mińska oraz za wykorzystaniem amerykańskiej gry z Łukaszenką, która zwiększa koszt ewentualnej rosyjskiej eskalacji. Jako przykład skuteczności takiej metody wskazał uwolnienie Andrzeja Poczobuta, żyrowane wcześniejszymi kontaktami amerykańskimi.
Reforma służb i broń pancerna przyszłości
Korowaj postulował głęboką reformę polskich służb, zbudowanych na początku wieku jako analityczno-informacyjne, pozbawione zdolności operacyjnych. „My cały czas pracujemy jak na poczcie, czyli zdobywamy informacje, przekazujemy informacje, ale nie możemy działać wyprzedzająco na pewne zagrożenia” - ocenił, wskazując reformy prowadzone przez Szwecję i Niemcy.
Analityk podkreślił, że jedyną służbą z doświadczeniem operacyjnym w działaniach niekonwencjonalnych na terenie Rosji jest ukraińska. Europejskie służby przyfrontowe w większości nie mają opcji ofensywnych - a od decyzji o zmianie do uzyskania zdolności mijają lata.
Odnosząc się do wątpliwości wokół polskich zakupów czołgów, Korowaj bronił tej inwestycji. Ukraińcy wycofali Leopardy, bo brakuje im zdolności adaptacyjnych do pola walki zdominowanego przez drony. Abramsy i K2 - te ostatnie produkowane już w Polsce - z założenia mają możliwości montażu systemów antydronowych. „To jest przyszłość, więc trudno się pozbywać zdolności pancerza, siły ognia i manewru” - podsumował.
Kontekst
Rozmowa odbyła się w ramach programu na żywo, po powrocie ekipy dziennikarskiej z misji reporterskiej w Estonii, na Łotwie i Litwie. Materiały z Dyneburga i Narwy - miast zamieszkałych przez ludność rosyjskojęzyczną na granicy z Rosją - mają dokumentować podatność regionu na rosyjskie oddziaływanie.
Podsumowując, Maciej Korowaj wskazał, że napięcie osiągnęło szczególny próg. Wizyta szefa CIA, aktywizacja dyplomacji watykańskiej i kaskada natowskich sygnałów zbiegły się w czasie, który - według jego analizy prowadzonej na źródłach otwartych - rozciąga się od początku jesieni do połowy przyszłego roku.
„Jesteśmy w najgorszym okresie bezpieczeństwa, jaki mógłby być, o wiele groźniejszym niż w lutym czy przed lutym 2022” - ocenił analityk. Zastrzegł, że wolałby się mylić, i zakończył apelem, który streszcza wymowę całej rozmowy: „Liczmy na najlepsze, ale szykujmy się na najgorsze”.