Powrót

Szwedzka lewica u progu władzy, lecz bez powrotu do otwartej migracji

Po wyborach parlamentarnych w Szwecji socjaldemokracja Magdaleny Andersson zmierza do przejęcia władzy z minimalną przewagą, jednak - jak wynika z komentarza Igora Janke i Grzegorza Ślubowskiego w Kanale Otwartym - zwycięstwo lewicy nie oznacza odwrotu od restrykcyjnej polityki migracyjnej. Przeciwnie: lewica przejmuje kurs wyznaczony wcześniej przez prawicę.

Wyniki, o których mówili publicyści, pozostawały wstępne, a różnica między blokiem socjaldemokratycznym a dotychczas rządzącą umiarkowaną prawicą sprowadzała się do pojedynczych głosów. Dlatego rozmowa koncentrowała się nie na samym rozstrzygnięciu, lecz na jego znaczeniu - na pytaniu, czy zwrot na lewo w Szwecji jest realną zmianą polityki wobec imigrantów, czy jedynie zmianą szyldu partii u steru.

Koniec „raju dla migrantów”

Przez lata Szwecja uchodziła za wzorcowe państwo opiekuńcze - model, który, jak przyznał Janke, dla części jego pokolenia był przedmiotem westchnień, choć jego samego odstraszały wysokie podatki i exodus artystów oraz najzamożniejszych obywateli. To właśnie ów model, zdaniem Ślubowskiego, leży u źródeł dzisiejszych problemów.

„Jeżeli masz model państwa opiekuńczego, jeżeli dbasz o to, żeby ci obywatele dostawali jak najwięcej, to też dbasz o tych imigrantów” - tłumaczył Ślubowski. System działał, dopóki proporcje pozostawały niewielkie. Załamał się, gdy skala migracji zaczęła zmieniać charakter kraju.

Dziś - jak wynika z przytoczonych w programie danych - ponad 28 procent mieszkańców Szwecji to migranci. Oznacza to, że w praktyce co trzeci mieszkaniec urodził się poza granicami państwa. Publicyści przypomnieli, że przez długi czas problemy z tym związane stanowiły w Szwecji temat tabu.

Od zaprzeczania do przyznania problemu

Janke odwołał się do głośnej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z okolic lat 2015-2016, gdy polityk mówił w sejmie o istnieniu w Szwecji „stref no-go”, do których nie należy wchodzić. „Jakie larum wtedy było, że jak on może, że w ogóle to nieprawda, że niczego takiego nie ma” - wspominał publicysta, dodając, że wielu ekspertów zaprzeczało wówczas istnieniu takich obszarów.

Kilka lat później, już za rządów umiarkowanej prawicy, Janke odwiedził Szwecję na zaproszenie Komisji Europejskiej. Jak relacjonował, przedstawiciele rządu i eksperci otwarcie mówili o kilkudziesięciu miejscach szczególnie niebezpiecznych. Padła wtedy prognoza, że przy radykalnym i konsekwentnym działaniu zmiana sytuacji może zająć dwadzieścia lat.

Według danych, do których dotarł Ślubowski, w kraju wciąż funkcjonuje 19 obszarów uznawanych za szczególnie narażone. Utrzymują się problemy z gangami zatrudniającymi nieletnich oraz z brakiem integracji kolejnych pokoleń imigrantów. Publicyści opisali mechanizm, o którym słyszeli w Szwecji: rekrutacja nastolatków do dystrybucji narkotyków bywa opłacana symbolicznie - nowym telefonem.

Klucz w braku integracji

Zdaniem obu rozmówców źródłem kryzysu jest fiasko integracji. „Ci imigranci się wcale nie zintegrowali” - mówił Janke, opisując, jak krajobraz zmienia się dramatycznie po wyjściu z centrum Sztokholmu do dzielnic zamieszkanych przez migrantów. Sami Szwedzi, otwarci w deklaracjach, w życiu prywatnym integrowali się z przybyszami słabo.

Publicyści wskazali na dystans kulturowy jako czynnik zaostrzający problem. Do Szwecji przybywali ludzie z odmiennych tradycji, systemów gospodarczych i religijnych - w przeciwieństwie do imigrantów napływających do krajów śródziemnomorskich z pokrewnych kręgów kulturowych. Doszło do powstania równoległych społeczeństw i segregacji przestrzennej.

W odpowiedzi rządząca prawica wprowadziła restrykcyjną politykę. Jednym z jej elementów - jak podał Ślubowski - jest program dobrowolnych wyjazdów. Osoba decydująca się opuścić Szwecję może otrzymać, w przeliczeniu, około 240 tysięcy złotych, przy czym środki wypłacane są etapami, by zapobiec nadużyciom. Ślubowski ocenił to rozwiązanie jako świadectwo bezradności państwa: „To pokazuje jakąś bezradność, że ten kraj próbuje sobie z tym radzić, ale jak widać nie do końca”.

Duński wzorzec i konwergencja polityk

W programie pojawił się kontrapunkt - Dania. Ślubowski wskazał ją jako państwo opiekuńcze, z rozbudowanym systemem socjalnym, dobrą służbą zdrowia i edukacją, które poważnie zmierzyło się z migracją. Kluczowe, że restrykcyjną politykę wprowadził tam nie rząd prawicowy, lecz socjaldemokratyczny - ten sam, który budował państwo dobrobytu.

Duński model, jak opisano, opiera się na obowiązku pracy, wymogu akulturacji i szybkim wprowadzeniu twardych reguł. Efektem był wzrost zatrudnienia wśród migrantów - wciąż niższy niż wśród Duńczyków, lecz zauważalnie wyższy niż wcześniej. „Tam sytuacja wygląda na pewno dużo lepiej niż w Szwecji” - ocenił Ślubowski, zastrzegając, że problemy nie zniknęły całkowicie.

Zestawienie obu krajów prowadzi do głównej tezy programu. W jednym państwie skandynawskim lewica sama i wcześnie zmieniła kurs; w drugim potrzebne było dojście prawicy do władzy, ale dziś to lewica przejmuje jej hasła. „Nikt nie mówi refugee, welcome, przyjedźcie tutaj, bo wam jest źle, a my wam pomożemy” - podsumował Janke.

Południe Europy: inny problem

Odmiennie wygląda sytuacja w Hiszpanii, gdzie rząd Pedra Sáncheza prowadzi - zdaniem publicystów - inną politykę. Rozmówcy przywołali dramatyczne obrazy z Ceuty, gdzie napięcia wynikają w dużej mierze z działań Maroka, traktującego migrantów jak narzędzie nacisku. Sánchez, jak zauważył Ślubowski, mierzy się z protestami mieszkańców i „albo nie chce, albo nie potrafi sobie z tym poradzić”.

Publicyści podkreślili jednak zasadniczą różnicę. Do Hiszpanii przybywają głównie migranci z Ameryki Łacińskiej - Kolumbii, Wenezueli, Peru, Ekwadoru - posługujący się hiszpańskim i bliscy kulturowo. Sánchez zalegalizował ostatnio około pół miliona nielegalnych imigrantów, m.in. z powodu zapotrzebowania rynku pracy.

Problemy istnieją i tam. Według danych przytoczonych w programie cudzoziemcy stanowili blisko 30 procent prawomocnie skazanych dorosłych, przy 14-15-procentowym udziale w populacji - wskaźnik skazań był ponad dwukrotnie wyższy niż wśród Hiszpanów. To napięcie, jak wskazano, dało grunt partii Vox. Janke, powołując się na własną obserwację z Barcelony, zaznaczył, że część widocznych tam migrantów pochodziła raczej z Bliskiego Wschodu.

Wnioski dla Polski

Publicyści przypomnieli, że Szwecja była kiedyś schronieniem także dla Polaków - m.in. dla emigrantów uciekających w 1968 roku przed antysemicką kampanią. Dziś, według szwedzkiego urzędu statystycznego przytoczonego w programie, w kraju mieszka ponad 98 tysięcy Polaków - czwarta największa grupa urodzonych za granicą, po osobach z Syrii, Iraku i Finlandii. Polacy nie są przy tym postrzegani jako źródło problemów migracyjnych.

Janke zwrócił uwagę, że masowej migracji do Europy nie zapoczątkowała lewica, lecz Angela Merkel, ówczesna szefowa chadeckiej CDU, otwierając w 2015 roku granice. Obaj rozmówcy zgodzili się, że niezależnie od barw partyjnych kierunek jest dziś jeden: ograniczanie migracji, jej celowość, czasowość i powiązanie z pracą oraz integracją.

Konkluzja programu miała wymiar ostrzeżenia dla Polski. Janke, deklarując przychylność wobec imigrantów z Ukrainy i Białorusi, zaznaczył, że w Polsce nie popełniają oni więcej przestępstw niż obywatele. Ostrzegł jednak przed miastami, w których udział imigrantów przy jednej fabryce sięga 30 procent, nazywając to zjawiskiem, które „może stać się w przyszłości bombą”. „Uczmy się na cudzych błędach” - podsumowali publicyści.