Powrót

Spór o pamięć dzieli Polskę i Ukrainę. Rosja w tle

Polski biznes pominięty przy unijnym finansowaniu odbudowy Lwowa, narastający kult Stepana Bandery w ukraińskiej polityce oraz coraz bardziej antypolska narracja historyczna Kremla - to według publicysty tygodnika "Do Rzeczy" Filipa Memchesa trzy zbieżne procesy, które redefiniują pozycję Polski w regionie. Autor książki "Słudzy i wrogowie imperium" ostrzega, że spory historyczne wymykają się spod kontroli i grożą tym, iż "przeszłość zacznie panować nad teraźniejszością".

Lwów rozdziela kontrakty. Bez Polski

Bezpośrednim impulsem do rozmowy stała się informacja z konferencji w Gdańsku. Mer Lwowa Andrij Sadowy ogłosił, że miasto pozyskało unijne środki na odbudowę, a kontrakty trafiły do firm z sześciu krajów - Francji, Niemiec, Litwy, Czech i innych. Polski na tej liście zabrakło.

Memches uznaje to za sygnał, że konflikt o pamięć historyczną zaczyna przekładać się na sferę gospodarczą. Wskazuje na rosnący wpływ ukraińskich środowisk nacjonalistycznych, których korzenie tkwią w Galicji Wschodniej. "Lwów jest tym głównym ośrodkiem" - zauważa publicysta, dodając, że promieniuje on politycznie na Kijów i całą ukraińską elitę.

Paradoksem jest postać samego mera. Sadowy - jak przypomina Memches - wywodzi się z komunistycznej młodzieżówki, podobnie jak część dzisiejszych ukraińskich polityków nacjonalistycznych. "Zdążyli być w Komsomole, może nawet w partii komunistycznej. Zmieniła się koniunktura i stali się nacjonalistami" - komentuje publicysta.

Zełenski i paradoks tożsamości

Drugim ogniwem układanki jest sam prezydent Wołodymyr Zełenski. Memches przypomina, że polityk jest rosyjskojęzyczny - ukraińskiego nauczył się dopiero na potrzeby kampanii prezydenckiej - i ma korzenie żydowskie. Mimo to "hołubi środowiska, które kolidują z jego tożsamością", w tym te odwołujące się do tradycji nacjonalizmu, którego elementem był antysemityzm.

Według publicysty Zełenski jest typowym produktem postpolityki, dla której sprawy tożsamościowe nie mają znaczenia. Szukając poparcia liberalnych elit Zachodu, jednocześnie zawiera w kraju sojusz z nacjonalistami. Decyzja Sadowego o pominięciu Polski wpisuje się - zdaniem Memchesa - w tę logikę.

Dwa nacjonalizmy ukraińskie

Memches podkreśla, że ukraiński nacjonalizm nie jest jednolity. Pierwszy nurt to neobanderyzm odwołujący się do dziedzictwa OUN i UPA, mający źródła w Galicji Wschodniej. Drugi - znacznie mniej rozpoznany w Polsce - to nacjonalizm wschodnioukraiński, imperialny, kojarzony z ruchem azowskim.

"Pułk Azow jest złożony głównie z żołnierzy rosyjskojęzycznych i odwołuje się do dziedzictwa zupełnie innych idei" –wyjaśnia Memches. Są to idee imperialne: wizja Ukrainy jako wielonarodowego imperium, łącząca elementy europejskiej nowej prawicy z fascynacjami neopogańskimi i - co publicysta sygnalizuje - wątkami neonazistowskimi. W ruchu działają nawet rosyjscy imigranci o takich poglądach, popierający jednocześnie Ukrainę.

Paradoks polega na tym, że to właśnie ten nurt - choć posługujący się czasem nazistowskimi emblematami - jest bardziej życzliwy Polsce. Banderyzm zaś, łączony nieraz z liberalnymi postulatami obyczajowymi, dominuje w polityce historycznej Kijowa.

Hipokryzja po obu stronach

Memches ostro ocenia postawę polskiej lewicy liberalnej. Wskazuje, że publicyści Gazety Wyborczej upominają się o prawo Ukraińców do czczenia Bandery, "natomiast piętnują to samo w Polsce". Jednocześnie podkreśla nieporównywalność postaci: "Roman Dmowski nie ma krwi na rękach". Owszem, sanacyjna władza prowadziła represje wobec ukraińskich wsi i prawosławnych, ale narodowa demokracja "nie miała programu czystki etnicznej".

Publicysta przywołuje też szok związany z koncertem imienia Paderewskiego we Lwowie. Część miejscowych Ukraińców, jak relacjonuje prowadzący, oskarżyła kompozytora o udział w "kolonizacji Ukrainy" w czasach II Rzeczypospolitej. "Dla mojej pamięci historycznej to bzdura" - komentuje rozmówca.

Memches przyznaje, że obie strony muszą uznać istnienie dwóch różnych pamięci. "Trzeba skończyć z idealizacją i romantyzacją Ukrainy. Pierwsza Rzeczpospolita to nie była taka cudowna opowieść o wolnych z wolnymi" - mówi. Ukraińcy opowiadają tę samą historię w kluczu kolonialnym, choć - jak zauważa publicysta - szlachta na ziemiach ukraińskich była często etnicznie ruska i prawosławna.

Wojna ważniejsza niż historia

Mimo ostrej diagnozy Memches stoi na stanowisku, że priorytetem pozostaje wsparcie Ukrainy w wojnie z Rosją. Polityka historyczna, twierdzi, jest "bardzo ryzykowną dziedziną", w której przeszłość może zdominować bieżące decyzje.

Sprawa ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej musi zostać rozwiązana - tu strona polska "powinna zachowywać się asertywnie". Jednocześnie publicysta apeluje o stosunki "transakcyjne": uznanie, że Ukraińcy mają własną pamięć, i pogodzenie się z tym faktem. "Chcecie mieć swoją opowieść historyczną? Proszę bardzo. A my będziemy mieli swoją".

Memches sugeruje też, by szukać ukraińskich postaci, które mogłyby patronować dialogowi. Wymienia błogosławionego Hryhorija Chomyszyna, grekokatolickiego duchownego potępiającego nacjonalizm ukraiński i komunizm, oraz Wacława Lipińskiego - myśliciela politycznego polskiego pochodzenia, który definiował ukraińskość przez związek z ziemią, a nie przez etnos.

Idea piastowska kontra fantomy

W krytycznych słowach publicysta odnosi się do polskich tęsknot za dawnymi wschodnimi rubieżami. Wskazuje, że granice z 1945 roku - niezależnie od ich genezy - przyniosły Polsce realną korzyść: jednolitość etniczną, dzięki której kraj uniknął losu byłej Jugosławii czy państw poradzieckich.

"Wyobraźmy sobie, że mielibyśmy te nasze wspaniałe granice, w ramach których byłaby duża mniejszość ukraińska. Mielibyśmy konflikty etniczne" - argumentuje. Dystansuje się jednocześnie od węgierskiego modelu polityki opartej na traumie Trianon. "Myśmy nie mieli Trianon. Historia ziem polskich jest inna".

Krytycznie patrzy także na próby budowania jednolitego etnicznie państwa ukraińskiego, w tym ograniczanie praw mniejszości węgierskiej. Ukraina, jako organizm wielokulturowy z mniejszością polską, węgierską, tatarską i rosyjskojęzyczną częścią społeczeństwa, "skazana jest na inżynierię społeczną", jeśli pójdzie tą drogą. Wielokulturowość, twierdzi publicysta, mogłaby być atutem - także militarnym, skoro znaczna część walczących na froncie żołnierzy to ludzie rosyjskojęzyczni.

Rosja: ewolucja putinizmu i antypolska obsesja

Druga oś rozmowy dotyczy Rosji. Memches przypomina, że w 2000 roku Władimir Putin był politykiem prozachodnim, kontynuatorem westernizacji w stylu Piotra I - otwartym na kapitał, technologie i handel surowcami. Zmiana nastąpiła wraz z globalnym kryzysem finansowym i migracyjnym, gdy Kreml dostrzegł słabość Zachodu.

Reżim, twierdzi publicysta, znalazł się pod naciskiem środowisk imperialnych - często bardziej radykalnych niż sam Putin. To one wymuszają twardy kurs, także w polityce historycznej. "Opozycja niekoncesjonowana w Rosji to były ruchy bardziej imperialne od Putina" - przypomina Memches, wymieniając nurty narodowo-bolszewickie i neoeurazjatyckie spod znaku Aleksandra Dugina.

Publicysta zwraca uwagę na symptomatyczny gest: dyrektorem muzeum katyńskiego w Rosji został stalinista negujący sprawstwo NKWD. Antypolska narracja Putina - który raz po raz powraca do tezy o "hienie Europy" i polskiej współodpowiedzialności za II wojnę światową - nie jest, zdaniem Memchesa, przypadkowa. "Nie wierzę, że za każdym razem ślina na język przynosi mu Polskę" - komentuje prowadzący.

Memches przypomina, że już w 2009 roku, w apogeum resetu, rosyjski MSZ zorganizował konferencję mającą wykazać polskie porozumienie z Niemcami w sprawie Czechosłowacji - by przykryć 70. rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow. Grudzień 2019 roku przyniósł kolejną falę manipulacji wokół notki ambasadora Józefa Lipskiego z Berlina.

Teologia polityczna 9 maja

Publicysta umieszcza rosyjską politykę historyczną w ramach swoistej teologii politycznej. Parada Dnia Zwycięstwa 9 maja pełni - w jego ocenie - funkcję uroczystości paschalnej: Rosja jest przedstawiana jako światłość zmartwychwstała po ofierze złożonej w walce z "wiecznym faszyzmem".

Dziś rolę "faszyzmu" odgrywają w tej narracji "neonaziści w Kijowie", ich pomocnicy w Waszyngtonie - i w Warszawie. To, zdaniem Memchesa, tworzy podatny grunt pod antypolskie resentymenty sięgające głębiej niż XX wiek, aż po tradycję literacką spod znaku Dostojewskiego.

Kontekst: dwa fronty pamięci

Rozmowa Filipa Memchesa odbywa się w momencie, gdy debata publiczna w Polsce jest zdominowana przez spór historyczny z Ukrainą i kwestię reparacji od Niemiec, podczas gdy narastający konflikt pamięci z Rosją schodzi na drugi plan. Publicysta ostrzega, że to złudna proporcja: wojna sprawia, że dialog z Moskwą zamarł, ale rosyjska polityka historyczna pracuje pełną parą - i to przeciwko Polsce.

Memches kończy diagnozą bez pocieszenia: spory historyczne między Polską a Rosją, a także między Polską a Ukrainą, będą narastać. Jego rekomendacja brzmi pragmatycznie - oddzielić sferę historii od sfery bieżącej polityki, wzmacniać wsparcie dla Ukrainy w wojnie i porzucić iluzję wspólnej narracji o przeszłości. "Przestańmy siebie nawzajem nawracać na własną wersję historii" - apeluje publicysta.