Ukraiński panteon uchwalony. Kluczowe pytanie: kto się w nim znajdzie
Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę powołującą narodowy panteon bohaterów - instytucję, o której mówił niedawno prezydent Wołodymyr Zełenski i która wywołała napięcia w relacjach z Polską. Jak w rozmowie na kanale „Otwarty” tłumaczył korespondent Mateusz Lachowski, sama decyzja parlamentu jeszcze niewiele przesądza, ponieważ nazwiska osób, które faktycznie trafią do panteonu, mają być głosowane indywidualnie. Pytanie, czy znajdą się wśród nich dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii, pozostaje otwarte i to ono decyduje o przyszłości polsko-ukraińskiego sporu.
Panteon bez nazwisk
„Na razie to nie znaczy zbyt wiele, dlatego że nie wiemy, kto w tym panteonie będzie” - zastrzegł Lachowski. Ustawa określa jedynie kategorie osób, które mogą zostać uhonorowane: od władców Rusi Kijowskiej, przez Kozaczyznę i Sicz Zaporoską, hetmanat, aż po Zachodnioukraińską Republikę Ludową i Ukraińską Republikę Ludową.
Do panteonu mogą trafić wszyscy prezydenci Ukrainy poza Wiktorem Janukowyczem, który - jak ujął to rozmówca - „został pozbawiony wszelkiej zdolności honorowej”. Wśród kategorii wymieniono również dowódców oddziałów walczących o niepodległość, w tym formacji powstańczych.
Każda kandydatura ma być przedstawiana i głosowana osobno przez Radę Najwyższą. Ukraińscy politycy i dyplomaci, z którymi rozmawiał Lachowski, zapewniają, że w panteonie „na pewno nie będzie Szuchewycza”. Otwarte pozostaje pytanie o Stepana Banderę - choć, jak podkreślił korespondent, „na razie też nie ma takiego planu”.
Sam pomysł nie jest nowy. „Projekt tej ustawy rzeczywiście jest już dosyć stary. Mówiło się o tym od lat” - zaznaczył Lachowski, dodając, że Ukraińcy odwołują się do wzoru francuskiego panteonu. To, że Zełenski zdecydował się ogłosić inicjatywę właśnie teraz, nie jest jednak zdaniem korespondenta przypadkiem.
Wewnętrzna rozgrywka Zełenskiego
Lachowski wiąże ruch prezydenta z wewnętrzną walką o władzę. Według doniesień ukraińskiej prawdy generał Wałerij Załużny, obecnie ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii, został wezwany do Kijowa i spotkał się z Zełenskim. W trakcie rozmowy prezydent miał zapytać go wprost, czy wystartowałby w ewentualnych wyborach prezydenckich.
„Załużny miał powiedzieć, że chce startować” - relacjonował korespondent. Zełenski, powołując się na potrzebę jedności, miał sugerować, że rywalizacja obu polityków podzieliłaby państwo w czasie wojny. Sygnał brzmiał w istocie: „dogadałem się z Budanowem, teraz chcę się dogadać z tobą, żeby był jeden kandydat”.
W tym kontekście Lachowski umieszcza politykę wobec Polski. „Uważam, że to, co się wydarzyło z Polską, to jest element tej polityki, którą on sobie na teraz wymyślił, i Polska jest tylko efektem ubocznym” - ocenił. Usztywnienie stanowiska wobec Warszawy odczytuje jako sygnał do środowiska patriotycznego skupionego wokół Załużnego, w którym są osoby o bardzo prawicowych poglądach.
Korespondent zwrócił uwagę, że w Dzień Konstytucji Ukrainy Zełenski zapowiedział postawienie pomnika hetmana Iwana Mazepy w miejscu dawnego pomnika Lenina. Wybór uznał za nieprzypadkowy: Mazepa otrzymał Order Orła Białego, był polskiego pochodzenia i walczył z Rosją po stronie Szwedów. „To raczej nie powinno stanowić dla nas żadnego problemu” - stwierdził. Co znamienne, część ukraińskich nacjonalistów krytykowała ten wybór, pytając, „dlaczego nie zrobić pomnika Szuchewycza”.
Sygnały deeskalacji wobec Polski
Lachowski przekazał, że w dniu nagrania docierały do niego nieoficjalne informacje o próbach załagodzenia konfliktu z Polską. „Jest sporo ruchu (…), co jest dosyć znamienne, bo wcześniej takiego ruchu nie było” - zaznaczył.
Strona ukraińska rozważa upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej lub wydanie odezwy pokazującej, że „rozumieją ból Polski, że rozumieją ból Polaków”. Obawy dotyczą zbliżającej się rocznicy 11 lipca, kiedy relacje mogłyby ulec dalszemu pogorszeniu.
Korespondent przypomniał wizytę w Warszawie szefa wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa, który spotkał się m.in. z przedstawicielami prezydenta Polski oraz wiceministrami Marcinem Bosackim i wicepremierem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Budanow miał próbować deeskalacji bez okazywania słabości. Z perspektywy ukraińskiej głównym problemem była polska i oczekiwanie publicznej zmiany nazwy jednostki wojskowej - dla Kijowa nie do przyjęcia, bo, jak tłumaczą Ukraińcy, „nie można okazać słabości, bo to zostanie źle odebrane w polityce wewnętrznej przez elektorat”.
„Ktoś to przyniósł, nawet wiemy kto”
Najbardziej zaskakującą tezą rozmowy było twierdzenie, że nadanie jednostce imienia bohaterów UPA nie było planowane. „To nie było planowane, żeby wtedy przyjmować tę nazwę” - powiedział Lachowski, powołując się na kilka źródeł.
Według tej wersji dokument przyniósł do podpisu jeden z zastępców szefa Biura Prezydenta, odpowiedzialny za kontakty z armią - Pawło Palisa, pseudonim „Hunter”, dawny dowódca 93. brygady i bohater wojenny, którego korespondent spotkał w Bachmucie. „Prawdopodobnie te siły operacji specjalnych chciały tej nazwy. On to przyniósł” - relacjonował. Zełenski miał podpisać dokument bez świadomości skali reakcji, jaką wywoła.
Lachowski zachował dystans wobec tej narracji. „Dla mnie też jest to dziwne, biorąc pod uwagę, ile było tych spotkań” - przyznał, podkreślając, że przekazuje jedynie to, co usłyszał od ukraińskich polityków, często krytycznych wobec własnego prezydenta. Jak zauważył, „to, w jaki sposób ta cała afera się odwróciła, jest bardzo korzystne dla Zełenskiego i oni to wykorzystują w tej chwili cynicznie”.
Odebranie Zełenskiemu orderu przez prezydenta Karola Nawrockiego, zdaniem korespondenta, wzmocniło ukraińskiego przywódcę wewnętrznie. „Odebranie mu orderu to było coś, co mu pomogło w polityce wewnętrznej i podrzuci mu 10 czy 15 procent” - ocenił, zaznaczając zarazem, że sam Zełenski „na pewno zdawał sobie sprawę z tego, co robi, i że będą konsekwencje”.
Nastroje na Ukrainie i wpływ Wiatrowycza
Lachowski przyznał, że akceptacja dla postaci Bandery i UPA na Ukrainie wzrosła w ostatnich latach. „Stał się memem, stał się ikoną popkultury” - powiedział o Banderze, tłumacząc to reakcją na rosyjskie określanie Ukraińców „banderowcami”. Jednocześnie wskazał, że wynika to często z braku wiedzy historycznej i niewystarczającej edukacji szkolnej.
Znaczącą rolę odgrywa historyk Wołodymyr Wiatrowycz, deputowany do Rady Najwyższej, który - jak ujął to korespondent - „całe życie naukowe poświęcił temu, żeby deprecjonować to, że doszło do czystki etnicznej”. Lachowski zwrócił uwagę, że Wiatrowycz jest rzadko cytowany przez zachodnie uniwersytety, w przeciwieństwie do historyka Jarosława Hrycaka, choć „na niektórych zdecydowanie wpłynął”.
Korespondent przypomniał, że w ukraińskich szkołach naucza się o „tragedii wołyńskiej” jako o wzajemnych mordach Polaków i Ukraińców, z UPA przedstawianą przede wszystkim jako formacja walcząca z Sowietami do lat 50. Wpływ radzieckiej historiografii uznał za trwały: „Związek Sowiecki, tak jak kiedyś Imperium Rzymskie, świetnie dzielił Ukraińców i Polaków”.
Lachowski zaznaczył, że partia nacjonalistyczna nigdy nie przekroczyła na Ukrainie 2,5 procent w wyborach - ale to dane sprzed wojny. Wśród najbardziej radykalnych działaczy są, co paradoksalne, osoby o gruzińskim i polskim pochodzeniu. „To jest pewien wybór - w tej chwili kwestia patriotyzmu i nacjonalizmu w Ukrainie” - ocenił, dodając, że stosunek do kolaborantów pozostanie problemem dla integracji z Unią Europejską.
Polska jako „kozioł ofiarny”?
Lachowski odrzucił interpretację, jakoby polityka wobec Polski była uzgodniona z Berlinem. Przypomniał, że kanclerz Friedrich Merz zaproponował dla Ukrainy status państwa stowarzyszonego zamiast członkostwa, co Zełenski przyjął źle. „To raczej nie był jakiś superplanowany między Berlinem a Kijowem plan, żeby Polskę obarczyć winą” - stwierdził.
Bliższa prawdy jest jego zdaniem inna interpretacja, którą usłyszał od zachodnich dyplomatów. „Tęsknimy za Orbanem, bo dopóki był Orban, to można było wszystko na Orbana zwalić” - zacytował. Ukraina, świadoma, że do Unii szybko nie wejdzie, szuka winnego opóźnień. Cytowany przez korespondenta ukraiński polityk stwierdził, że „Polska powinna robić wszystko, żeby to nie ona została za to obarczona”, zwłaszcza że Niemcy i Francja również nie chcą Ukrainy w Unii.
Korespondent podkreślił dysproporcję gospodarczą: „PKB Ukrainy jest wielkością aglomeracji warszawskiej”. Ukraina dysponuje jednak potężną armią i rozwiniętym przemysłem zbrojeniowym. „Ukraina potrzebuje Polski. To jest w Kijowie świadomość” - ocenił, dodając: „tylko chodzi o to, że my dajemy sobie skakać po głowie”.
Jeden z polskich dyplomatów miał skomentować sytuację słowami: „Najpierw walnęli panteonem, czyli pokazali siłę, a teraz będą gotowi rozmawiać”. Lachowski opisał to jako charakterystyczny dla regionu sposób prowadzenia polityki: „Tak się robi politykę na wschód od Warszawy”.
Ekshumacje najważniejszą stawką
Za kluczowy problem Lachowski uznał zagrożenie dla procesu ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej. „Ja się najbardziej martwię, że ten kryzys w relacjach sprawi, że temat, który udało się od 2024 roku zbudować (…) zostanie zablokowany” - powiedział, wskazując na prace w Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach.
Decyzję o wstrzymaniu wydawania zgód na ekshumacje uznał za błąd polskiej strony. „Pochówek ludzi, którzy na to zasługują, to jest podstawa naszych wartości, kodu europejskiego” - podkreślił. Jego zdaniem strona ukraińska obawia się, że pełny dostęp do poszukiwań umożliwiłby Polsce manipulowanie danymi o skali zbrodni, a temat jest zbyt bolesny politycznie dla kolejnych ukraińskich prezydentów.
Korespondent przypomniał wcześniejsze gesty pojednania: przeprosiny prezydenta Wiktora Juszczenki oraz Petra Poroszenki, który w 2014 roku przepraszał w polskim Sejmie, a w 2016 klęknął przed pomnikiem w Warszawie. „Miał taką nadzieję, że jak przeprosił w Sejmie, to wystarczy” - relacjonował, dodając, że gesty te nie zostały wówczas dostatecznie odnotowane przez media. Wielkie uznanie należy się, jego zdaniem, prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu za doprowadzenie do częściowego pojednania i otwarcia cmentarza w Porycku.
Recepta Lachowskiego jest jasna: „Kontynuować ekshumacje i (…) nie stawiać pomników zbrodniarzom wojennym, którzy mają na rękach krew Polaków”. W kwestiach historycznych apelował o słuchanie takich badaczy jak profesor Grzegorz Motyka czy doktor Mariusz Zajączkowski.
Konferencja w Gdańsku i sytuacja na froncie
Korespondent ujawnił, że przed konferencją poświęconą odbudowie Ukrainy w Gdańsku rozważano opcję pełnej eskalacji - by nie przyjechał nikt z ukraińskiego rządu. „Ta opcja była do ostatniego dnia. Trzy dni przed podjęto decyzję” - powiedział. Ostatecznie przyjechała premier Julia Swyrydenko, choć nie prezydent. Za pomysłodawcę wariantu bojkotu Lachowski wskazał otoczenie ministra spraw zagranicznych Andrija Sybihy, który „zmienił narrację bardzo mocno”.
Konferencja, mimo obniżonej rangi, została oceniona jako sukces organizacyjny, z rekordową frekwencją ponad 6 tysięcy osób pierwszego dnia. Korespondent odrzucił ukraińskie próby sugerowania, jakoby premier Donald Tusk był zadowolony z nieobecności Zełenskiego. „To całe środowisko polityczne w Polsce mówi jednym głosem” - ocenił, co uznał za zaskoczenie dla ukraińskiej klasy politycznej, przyzwyczajonej do rozgrywania polskich podziałów.
Na froncie sytuacja pozostaje trudna. „Do zajęcia Donbasu jeszcze daleka droga” - stwierdził Lachowski, oceniając, że zdobycie aglomeracji Słowiańsk-Kramatorsk zajęłoby Rosjanom lata, nie miesiące. Konstantynówka broni się już ponad pół roku. Ukraina angażuje na froncie około pół miliona z 800-tysięcznej armii, a rotacje są niewystarczające - na pierwszej linii żołnierze potrafią spędzać w okopach trzy miesiące bez wychodzenia.
Jednocześnie korespondent wskazał na sukcesy ukraińskich uderzeń w głąb Rosji - na rafinerie, Moskwę i Krym. „Gdyby mieli Ukraińcy takie możliwości jak ludzi (…) co mieli w pierwszym, drugim roku wojny, to przy takich zdolnościach oni by ten Krym odbili” - ocenił. Poważnym problemem pozostaje demografia: według ministra Fedorowa nawet do dwóch milionów mężczyzn ukrywa się przed mobilizacją, a państwo liczy około 25 milionów mieszkańców.
Perspektywa: sinusoida zamiast entuzjazmu
Lachowski nie wierzy w szybki powrót do poziomu sympatii z 2022 roku, ale uznaje relacje polsko-ukraińskie za możliwe do naprawienia. „Jest szansa, ale po pierwsze potrzeba czasu, a po drugie zrozumienia po jednej i po drugiej stronie” - powiedział. Ostrzegł zarazem przed miękkimi gestami ze strony Polski, które druga strona mogłaby odczytać jako słabość.
Zapytany, jak zmieniła się Ukraina od początku wojny, korespondent mówił o zmęczeniu i traumie kraju porównywalnej z doświadczeniem Europy po wojnach światowych. „Nie spodziewałem się, że w tym wieku tyle pogrzebów zobaczę” - przyznał. Zwrócił uwagę, że mimo najwyższej ceny płaconej w krwi Ukraina utrzymała kontrolę nad Kijowem, Charkowem i Odessą, czego na Zachodzie w lutym 2022 roku nie przewidywano.
Rozmowę, wyemitowaną na Kanale Otwartym i połączoną z sesją pytań od widzów, prowadzono w cieniu najpoważniejszego kryzysu w relacjach obu państw od odzyskania przez nie suwerenności. Jej uczestnicy zgodzili się, że niezależnie od napięć w interesie Polski leży, by ukraińska armia była dobrze wyposażona i skutecznie wiązała siły rosyjskie. Program towarzyszył zbiórce serwisu siepomaga.pl na leczenie dzieci chorych na dystrofię mięśniową Duchenne'a.