Urzędnicy Kijowa zwracają polskie ordery. Potężny kryzys między Polską a Ukrainą. Koniec przyjaźni?
Kryzys polsko-ukraiński narasta. Ukraińscy urzędnicy zwracają polskie ordery
Po decyzji prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu kolejni wysocy urzędnicy ukraińscy odsyłają polskie odznaczenia. Wśród nich znaleźli się minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha, ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar oraz zastępca szefa Biura Prezydenta Ihor Żowkwa. Napięcie między Warszawą a Kijowem narasta na cztery dni przed konferencją o odbudowie Ukrainy w Gdańsku, która ma rozpocząć się w przyszłym tygodniu.
Łańcuch symbolicznych gestów
Decyzja prezydenta Nawrockiego była odpowiedzią na wcześniejsze posunięcie Zełenskiego, który - według ocen przytaczanych w rozmowie - „dokonał bardzo mocnego obrażenia Polski w sferze symboliczno-historycznej”. Chodzi o decyzję ukraińskiego prezydenta sprzed trzech tygodni, dotyczącą uhonorowania formacji odwołujących się do tradycji Ukraińskiej Powstańczej Armii. Państwo ukraińskie wzięło tym samym oficjalną odpowiedzialność za czyny tej formacji - wcześniej można było argumentować, jak czynił to Paweł Kowal, że UPA „nie było państwem ukraińskim”.
Dr Łukasz Jasina, były rzecznik MSZ i znawca relacji polsko-ukraińskich, ocenia, że reakcja Nawrockiego była właściwa, choć źle wyważona w czasie. „Symboliczny akt pana Zełenskiego został zrównoważony symbolicznym aktem ze strony pana prezydenta” - stwierdza. Krytykuje jednak dwutygodniowe opóźnienie decyzji: „To jest jak z operacjami, trzeba raka wycinać szybko”. Gdyby gest nastąpił wcześniej, polski prezydent uniknąłby kolizji z tygodniem, w którym uwagę świata przyciągnęły ukraińskie uderzenia na Moskwę i szczyt G7 w Wiedniu.
Reakcje po stronie ukraińskiej
Zwroty odznaczeń przez Sybihę, Bodnara i Żowkwę Jasina interpretuje jako akt solidarności z prezydentem, a nie konsekwencję bezpośredniego polecenia. „Tak solidaryzują się ze swoim prezydentem, który stracił order. W związku z tym i oni nie mogą tych orderów posiadać, chociaż nikt nie planował ich oczywiście tych orderów pozbawiać” - wyjaśnia.
W ukraińskiej debacie publicznej dominują emocje, choć pojawiają się też chłodniejsze głosy. Były premier Arsenij Jaceniuk opisał problem w „bardzo zimny, chłodny sposób”, przypominając, że to Zełenski rozpoczął eskalację. Jaceniuk jest jednak politycznym przeciwnikiem obecnego prezydenta. Jak ocenia rozmówca, reakcja szerokiego ukraińskiego społeczeństwa będzie prawdopodobnie bardziej wyważona niż reakcja warszawskiej i kijowskiej bańki komentatorskiej, ponieważ na Ukrainie zachowała się „potężna pamięć polskiej pomocy”.
Jasina wskazuje na trzy źródła problemów po stronie ukraińskich elit. Pierwsze to historyczny resentyment na terenach dawnej Galicji Wschodniej i Wołynia. Drugie - postsowieckie stereotypy, szczególnie silne wśród polityków ze wschodu kraju: „Bardzo wielu ludzi, zwłaszcza ze wschodniej Ukrainy, jest więźniami antypolskich sowieckich stereotypów”. Trzecie - zaskoczenie, że „Polska ma jakiekolwiek znaczenie” i niechęć do uwzględniania Warszawy w rozmowach z Zachodem.
Konsekwencje wizerunkowe i polityczne
Paradoksalnie, decyzja Zełenskiego sprawiła, że temat zbrodni wołyńskiej zaistniał w mediach światowych - według doniesień przywoływanych w rozmowie pisano o nim we Francji, Szwecji, Niemczech, a nawet w Afryce. „To dzięki Wołodymyrowi Zełenskiemu teraz się świat dowiedział o tej zbrodni” - podsumowuje Jasina. Wcześniej polscy historycy przez lata nie byli w stanie skłonić nawet Timothy’ego Snydera do zajęcia się tym tematem, by nie wspierać narracji rosyjskiej przeciwko Ukrainie.
Jasina ocenia, że Ukraina jako państwo na tym kryzysie nie zyska. Zełenski mógł natomiast zyskać politycznie w wymiarze wewnętrznym - „kilkaset tysięcy głosów jakichś skrajnych nacjonalistów”. Ta kalkulacja może jednak „rozbić się jak bańka mydlana”, jeśli na Ukrainie odbędą się wybory. Zdaniem byłego rzecznika MSZ ukraiński prezydent działa w przekonaniu, że pozostaje „moralnym przywódcą lepszej połowy świata” - ten okres jednak się zakończył.
Część polskiej debaty próbuje powiązać ukraińską decyzję z grą zewnętrznych aktorów. Jasina takie tezy odrzuca: „Ten problem jest wywołany samodzielnie przez Wołodymyra Zełenskiego, który po prostu uznał, że może to zrobić”. Niemcy - jak zauważa - „nie muszą podpowiadać, oni po prostu mogą się patrzeć”.
Co dalej z relacjami dwustronnymi
Najbliższym testem będzie konferencja o odbudowie Ukrainy w Gdańsku. Premier Donald Tusk musi kontrasygnować decyzję prezydenta o odebraniu orderu. Jasina przewiduje, że to zrobi, ale dopiero po gdańskim spotkaniu. Dodatkowym obciążeniem będzie zbliżająca się kolejna rocznica zbrodni wołyńskiej, która wzmocni emocje po obu stronach.
Były rzecznik MSZ ostrzega przed dwoma skrajnościami w polskiej debacie. Z jednej strony - przed przesadnym krytycyzmem, eskalującym konflikt poza sferę symboliczną. Z drugiej - przed idealizowaniem relacji: „Polityka jest jednak zbyt ciemną i zbyt ostrą rzeczą, żeby tego idealistycznego narzędzia tutaj używać”. Polska, jego zdaniem, jest dziś państwem silniejszym demograficznie i gospodarczo, członkiem UE i NATO, i ma prawo prowadzić wobec Kijowa politykę asertywną.
Realne konsekwencje mogą wykroczyć poza sferę symboliczną. Jasina wskazuje na ryzyko utraty zaufania we współpracy wojskowej, możliwe zaostrzenie podejścia do ukraińskiej diaspory w Polsce oraz na faktyczne stanowisko Warszawy w negocjacjach akcesyjnych Ukrainy do UE. „Ukraina do niej nie wejdzie, jeżeli będzie w konflikcie z Polską” - podkreśla. Polska weszła do Unii dzięki niemieckiej zgodzie i kalkulacji własnego interesu; analogicznie Polacy mogą przestać widzieć interes w zbliżeniu Ukrainy z Unią.
Koniec przyjaźni, początek sojuszu
Jasina mówi wprost o końcu pewnego etapu w relacjach: „Tych ludzi nie traktuje się już państwa ukraińskiego jako państwa zaprzyjaźnionego (...) traktuje się ich jako państwo, które ewentualnie wspieramy. Jesteśmy jego sojusznikami, ale (...) Związek Radziecki też był sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a nie był ich przyjacielem w latach 1941–1945”.
Wyidealizowany obraz polsko-ukraińskiego braterstwa z 2022 roku zastąpi - jego zdaniem - chłodna współpraca z okresowymi kryzysami. Jeśli wojna zakończy się „koślawym rozejmem”, polski argument za bezwarunkowym wsparciem Ukrainy osłabnie. W przyszłym roku - w 2027 - w Polsce odbędą się wybory, w których tematyka ukraińska będzie jednym z głównych pól sporu.
Możliwym pozytywnym skutkiem kryzysu może być rozpoczęcie szerszej debaty o UPA w samym ukraińskim społeczeństwie. „Bardzo wielu Ukraińców w ogóle się dowiedziało o tych zbrodniach” - ocenia Jasina, dodając, że Ukraińcy są „społeczeństwem (...) otwartym, wolnościowym”, zdolnym do dyskusji o trudnych kartach własnej historii. Polska potrzebowała na analogiczne rozliczenia trzydziestu lat. Dla Kijowa - jak sugeruje rozmowa - ten proces dopiero się zaczyna, a jego cena okazała się wyższa, niż zakładano w pałacu prezydenckim przy ulicy Bankowej.