Powrót

Były wiceminister Putina: Rosja nie może zakończyć tej wojny

Prof. Władimir Ponomariow, były rosyjski wiceminister budownictwa z początków rządów Władimira Putina, a dziś opozycjonista mieszkający w Polsce i przedstawiciel Kongresu Deputowanych Ludowych, ostrzegł w programie „Rosja. Przyszłość i Przeszłość” na Kanale Otwartym, że Putin nie jest w stanie zatrzymać wojny przeciw Ukrainie. Rozmowę prowadzili Grzegorz Ślubowski oraz dr Michał Patryk Sadłowski. Punktem wyjścia była książka Aleksandra Prochorowa „Rosyjski model zarządzania”.

Świadek początków władzy Putina

Ponomariow został wiceministrem budownictwa jeszcze zanim powstał rząd Michaiła Kasjanowa. Jak podkreślił, w swoim archiwum przechowuje zarządzenie podpisane przez Putina o jego nominacji. Od pierwszych spotkań ocenił przyszłego prezydenta jako osobę pozbawioną kompetencji gospodarczych.

„Oprócz tego, że według mnie był człowiekiem nieciekawym, absolutnie niewykształconym i niefachowym w sensie gospodarczym, to było widać od razu” - mówił. Wspomniał spór o stopy procentowe banków. Putin uważał, że powinno je ustalać państwo. „Ja mu powiedziałem, że w gospodarce rynkowej tak się nie dzieje. Nie zgodził się z tym i stracił do mnie dużo sympatii w tym momencie”.

Ponomariow zwrócił uwagę na symboliczny szczegół z biografii Putina. Jako czynny oficer KGB odszedł on ze stanowiska 20 sierpnia 1991 roku - w trakcie puczu Janajewa, gdy w służbach specjalnych było już jasne, że zamach się nie powiedzie. „A po roku, kiedy pełnił obowiązki prezydenta, przyszedł na święto służb specjalnych i powiedział, że zadanie służb specjalnych zostało wykonane. On został wybrany” - relacjonował. W rzeczywistości Putin wygłosił te słowa w grudniu 1999 roku, jeszcze jako premier.

Fundament pod dzisiejszą wojnę

Zdaniem byłego wiceministra pierwsza kadencja Putina była dla gospodarki rosyjskiej okresem korzystnym - paradoksalnie dlatego, że prezydent niczego nie zepsuł. Istniała umowa z rosyjskimi elitami, że przez pierwszą kadencję Putin nikogo nie rusza i utrzymuje istniejący układ.

„W ciągu czterech lat on nie zepsuł. I to pozwoliło rozkwitnąć mechanizmom rynkowym. I dzięki temu dzisiaj może prowadzić tę wojnę” - ocenił Ponomariow. Napęd dany gospodarce na początku lat dwutysięcznych, jego zdaniem, umożliwia dziś finansowanie działań militarnych.

Sam Putin, według rozmówcy, niczego się jednak nie nauczył. Jako przykład podał reakcję na kryzys z 2008 roku. Podczas spotkania z bankowcami w Soczi ówczesny premier zapewniał, że żadnego kryzysu nie ma. Gdy pierwszy wiceminister gospodarki Andriej Szaronow zasugerował, że to przesada, według Ponomariowa w ciągu jednego lub dwóch dni został zwolniony ze stanowiska.

Rok 2011 jako punkt przełomowy

Ponomariow wskazał, że momentem zwrotnym był przełom lat 2011-2012. Do tego czasu, poza przemówieniem monachijskim, Putin nie dysponował żadną spójną koncepcją ideologiczną. Zmieniły to masowe protesty.

„On przestraszył się placu Błotnego. Na ten plac wyszło około 200 tysięcy ludzi. I postanowił dla siebie, że powtórki być nie może” - mówił. Od tego momentu Kreml zaczął budować to, co rozmówca nazwał „filozofią oblężonego państwa”, grając na nastrojach społecznych.

Były wiceminister podkreślił, że Putin ma dziś „ogromne poparcie, bez wątpienia”. Przyczyn upatruje zarówno w samej postaci prezydenta, jak i w podatności rosyjskiego społeczeństwa. Mechanizmy demokratyczne i rynkowe nie były w Rosji naturalne. „Przy bolszewikach wszystko zostało zniszczone. Dla ludzi mechanizmy rynkowe były absolutnie niepojęte”.

W latach dziewięćdziesiątych demokracja kojarzyła się Rosjanom z pogarszającymi warunkami życia. Inteligencja - nauczyciele, inżynierowie - wyjeżdżała, by handlować za granicą i przeżyć. Ponomariow przypomniał również, że chłopi w ZSRR otrzymali prawo do dowodów osobistych dopiero w 1974 roku, a jedyną drogą ucieczki ze wsi była armia z jej zasadą posłuszeństwa wobec dowódcy.

Rosyjski model zarządzania

Dr Sadłowski rozwinął wątek pojęcia „uprawlenije” - zarządzania, administrowania. W rosyjskiej tradycji to władca lub państwo ma wyłączne prawo do gospodarowania terytorium, a nie obywatel czy społeczeństwo obywatelskie. Koncepcja ta, jego zdaniem, sięga absolutyzmu i caratu, a jej ślady widać nawet w aktach prawnych z lat 1905-1906, gdy car dążył do ograniczenia kompetencji Dumy.

Ponomariow dodał, że problemem jest brak w Rosji samego pojęcia własności. Przywołał nieudane próby tworzenia samorządów mieszkaniowych na początku lat dziewięćdziesiątych. „Ludzie nie rozumieją, co znaczy zarządzać własnym majątkiem. Spółdzielni mieszkaniowych w ogóle nie ma w Rosji. Nie ma pojęcia własności”.

Z tego wynika brak praworządności. „Prawo zastępuje się siłą, jak kniaziowie i carowie moskiewscy - przyjeżdżali do swoich wiosek, zabijali, grabili, wyjeżdżali i koniec” - mówił. Osobną rolę przypisał Cerkwi prawosławnej, znacznie silniej powiązanej z władzą świecką niż Kościół katolicki w Europie i wspierającej model sakralnego przywódcy.

Fachowcy na zapleczu Kremla

Były wiceminister nie ma wątpliwości, że w rosyjskim aparacie państwowym są i byli prawdziwi specjaliści wykształceni w latach dziewięćdziesiątych - wymienił Elwirę Nabiullinę i Aleksieja Kudrina. „Nie mówię o ich wartościach moralnych, mówię o zawodzie” - zastrzegł. Z Nabiulliną wprowadzał w Rosji system hipoteczny, korzystając także ze wsparcia Banku Światowego i polskich ekspertów z Krakowa.

Jego ocena roli tych fachowców jest surowa. „Jeżeli ktoś zasługuje na to, żeby siedzieć do końca życia w łagrach i więzieniu, to są ci fachowcy. Bo dzięki nim Rosja cały czas się trzyma” - stwierdził.

Problem, jak tłumaczył, polega na tym, że reformom rynkowym nie towarzyszyły reformy polityczne. Konstytucja z 1993 roku stworzyła mechanizm nieodpowiedni dla gospodarki rynkowej. Powstał dualizm: radziecki system nakazowo-rozdzielczy współistniał z mechanizmami rynkowymi, co zrodziło korupcję na styku państwa i gospodarki.

Zdolność mobilizacji groźniejsza niż PKB

Ponomariow przestrzegł przed lekceważeniem Rosji z powodu niewielkiego udziału w światowym PKB. Cechą rosyjskiego modelu jest zdolność do szybkiej mobilizacji zasobów na cele militarne.

„O losach w wojnie decyduje nie ogólna wartość PKB, a zdolność wykorzystania PKB na cele militarne” - argumentował. Przypomniał, że to właśnie zdolność mobilizacji pozwoliła ZSRR przetrwać uderzenie Niemiec, choć ceną zawsze jest zubożenie społeczeństwa.

Na pytanie, czy Rosję może wesprzeć model chiński, odpowiedział z perspektywy fizyka. Głównym walorem cywilizacji europejskiej jest wolność - także wolność gospodarcza i praworządność. System oparty na odgórnym rozkazie, jego zdaniem, nie przewidzi wszystkich ścieżek rozwoju i w dłuższej perspektywie musi przegrać. Zastrzegł jednak: „40 procent komplektacji technologicznych dla zbrojenia rosyjskiego pochodzi z Chin. Bez tego Rosja nie mogłaby wytrzymać”.

Dlaczego Putin nie może zakończyć wojny

Najmocniejszą tezą rozmowy było twierdzenie, że Putin nie jest w stanie zatrzymać działań militarnych. Ponomariow wskazał trzy czynniki. Po pierwsze, Rosja w perspektywie dwóch-trzech lat nie utraci zdolności do prowadzenia wojny; budżet militarny na przyszły rok jest o 40 procent wyższy niż obecny.

Po drugie, interesy Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto zajmuje Biały Dom, leżą w traktowaniu Chin jako głównego przeciwnika. Rosja może dla Waszyngtonu pełnić rolę stabilizującą. „W matematyce wiemy, że stabilny jest trójkąt” - mówił, wskazując, że interesy USA leżą nie po stronie Ukrainy, lecz budowy takiego układu.

Po trzecie - i najważniejsze - w świadomości Rosjan przywódcy dzielą się na zwycięzców i przegranych. Putin musi więc móc sprzedać wojnę jako sukces. „Ważne, żeby Putin mógł sprzedać to jako sukces” - powtórzył rozmówca. Dlatego nawet niewielkie zdobycze terytorialne czy zapowiedziana przez Putina „strefa bezpieczeństwa” o głębokości - jak mówił rozmówca - 660 kilometrów mają dla Kremla znaczenie propagandowe.

Ponomariow zwrócił uwagę, że Putin wpisał do konstytucji obwody chersoński i zaporoski jako podmioty Federacji Rosyjskiej, choć nie kontroluje ich całego terytorium, w tym stolic obu obwodów. „Jak może wytłumaczyć, że wprowadził do konstytucji to, czego nie ma?” - pytał. To, jego zdaniem, czyni granice otwartymi i wojnę trudną do zamknięcia.

Edukacja jako długoterminowa odpowiedź

Były wiceminister ostrzegł, że nawet bez marszu czołgów wojna kognitywna będzie nabierać obrotów, a Europa wciąż nie ma spójnej strategii wobec Rosji. Jedyną nadzieję wiąże z rozwiązaniami długoterminowymi. Postuluje utworzenie w Polsce ośrodka badawczo-edukacyjnego - odpowiednika dawnych centrów sowietologicznych - który kształciłby nowe kadry dla przyszłej, demokratycznej Rosji.

„Jeżeli nie potrafimy przygotować nowych kadr dla Rosji, to tak będzie bez przerwy” - mówił. Siebie określił jako człowieka „w posłaniu”, a nie na wygnaniu, uznając tłumaczenie Rosji polskiemu społeczeństwu za swój obowiązek i misję.

Dr Sadłowski częściowo polemizował, wskazując, że choć Polska dobrze rozpoznaje zagrożenie, nie dominuje w rozumieniu mechanizmów wewnątrz Rosji, a polskie narracje nie przebijają się na Zachodzie. Przypomniał dwudziestolecie międzywojenne, które mimo świadomości zagrożenia sowieckiego zakończyło się tragedią Katynia.

Obaj rozmówcy zakończyli ostrożnym optymizmem. Ponomariow wyraził wiarę, że wojna się skończy i otworzy „okno możliwości”, choć wątpi, by za jego życia procesy demokratyzacji zdołały stać się nieodwracalne. „Jeżeli dziś nie zaczniemy budować przyszłości, to stwarzamy sytuację, w której nasze wnuki i prawnuki będą mieli taką samą sytuację jak dzisiaj. Bo za Ukrainą przyjdzie jeszcze ktoś”.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter