Powrót

Zełenski w Serbii: kalkulacja, cena wizerunkowa i sygnał dla Kremla

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podczas wizyty w Belgradzie potwierdził, że Ukraina nie uznaje niepodległości Kosowa, nazywając ją jednostronną deklaracją i uznając Kosowo za terytorium Serbii. Wypowiedź wywołała oburzenie w Prisztinie i rozpętała dyskusję o motywach ukraińskiego przywódcy, który zbliżył się do prorosyjskiego Belgradu kosztem popierającego Kijów Kosowa. Sytuację komentuje dr Maciej Pieczyński, rusycysta i ukrainista z Uniwersytetu Szczecińskiego.

Serbska amunicja i droga do Brukseli

Zdaniem eksperta wizyta ma przede wszystkim wymiar interesu. Ukraina potrzebuje serbskiej amunicji, którą Belgrad już wcześniej sprzedawał jej przez pośredników. Do bezpośrednich dostaw jednak najpewniej nie dojdzie, bo oznaczałoby to przekroczenie czerwonej linii w relacjach rosyjsko-serbskich.

Drugim motywem jest polityka europejska. Zarówno Serbia, jak i Ukraina aspirują do członkostwa w Unii Europejskiej, a zbliżenie między nimi wpisuje się w oczekiwania Brukseli. Belgrad prowadzi grę na dwa fronty: nie przyłącza się do sankcji wobec Rosji i w wielu sprawach staje po jej stronie, lecz jednocześnie stara się nie uchodzić za „konia trojańskiego Rosji w Europie”.

Pieczyński przypomina, że prosowieckie sympatie Serbii mają głębokie korzenie historyczne. Już w XIX wieku w Imperium Rosyjskim popularna była idea wyzwolenia prawosławnych Słowian na Bałkanach spod panowania osmańskiego, a rosyjscy ochotnicy jeździli tam walczyć „o niepodległość, o wolność braci prawosławnych Słowian”.

Punktem zwrotnym stały się lata 90. Bombardowanie Jugosławii przez NATO w 1999 roku ekspert wskazuje jako jeden z impulsów, które popchnęły Rosję do odwrócenia się od Zachodu. „Skoro dzisiaj siły NATO bombardują Belgrad, no to jutro mogą zbombardować Moskwę” - tak, według Pieczyńskiego, rozumowano wówczas na Kremlu. Dziś, jak podaje ekspert, około 71 proc. Serbów popiera Rosję.

Logika i cena słów o Kosowie

Stanowisko Zełenskiego wobec Kosowa ma, według rozmówcy, wewnętrzną spójność. Rosja wykorzystywała precedens Kosowa do uzasadniania aneksji Krymu oraz powstania tzw. republik ludowych w Donbasie. Popieranie kosowskiej niepodległości oznaczałoby dla Kijowa „otwieranie geopolitycznej puszki Pandory”.

„Jeśli w naszym interesie jest walka z separatyzmem, bo mamy swoich separatystów, no to będziemy potępiać separatyzm również w Serbii” - tak Pieczyński rekonstruuje ukraińską kalkulację. Państwo, które broni własnej integralności terytorialnej, nie może wspierać samostanowienia narodów wykorzystywanego do dezintegracji innych krajów.

Decyzja ma jednak wysoką cenę wizerunkową. Władze Kosowa odebrały słowa Zełenskiego jako afront - usunięto wielką flagę z napisem „Wolna Ukraina”. Przypomniano, że Kosowo popierało zachodnie sankcje wobec Rosji i udzielało schronienia ukraińskim dziennikarzom uciekającym przed wojną.

Ekspert nie ocenia posunięcia jako mistrzowskiego. „Zełenski generalnie w dyplomacji zachowuje się jak słoń w składzie z porcelaną” - stwierdza. Widzi jednak w wizycie dodatkowy motyw: sygnał wobec Kremla. Serdeczne przyjęcie ukraińskiego prezydenta w Belgradzie to „potężny pstryczek w nos Rosji”, pokazujący, że Serbia niekoniecznie wierzy w rosyjskie zwycięstwo. Putin, zdaniem Pieczyńskiego, raczej nie odpowie demonstracyjnie - ma poważniejsze problemy, a Serbia jest geograficznie odległa.

„Zełenski pyta Polaków, czy chcą coś z Avonu”

Podczas konferencji w Belgradzie Zełenski przyznał, że skala amerykańskich dostaw nie odpowiada potrzebom Ukrainy, i wymienił Niemcy oraz Polskę jako państwa dysponujące systemami Patriot, które mogłyby zwiększyć pomoc. Pieczyński ironicznie porównuje to do internetowego mema: „Zełenski pyta Polaków, czy chcą coś z Avonu”.

Ekspert zwraca uwagę na paradoks. Ukraiński prezydent najpierw wywołał konflikt historyczny z Polską, wzmagając nastroje antyukraińskie, a następnie przyznał, że polska pomoc jest mu potrzebna. Nie zwraca się jednak wprost do Warszawy - „nie idzie do Kanossy” - lecz raczej liczy na naciski międzynarodowe, być może ze strony Donalda Trumpa, z którym relacje ostatnio się poprawiły.

Zdaniem rozmówcy Zełenski przeliczył się co do Polski. „Jemu się wydaje, że generalnie Polacy będą robić to, co im Niemcy, Stany Zjednoczone czy Francja powie” - mówi Pieczyński. Tymczasem w przededniu kampanii wyborczej nawet proukraińscy politycy mieliby trudność z wytłumaczeniem opinii publicznej przekazania kolejnych rakiet do Patriotów.

Ekspert diagnozuje głębszy problem w ukraińskich elitach - mieszankę kompleksu i poczucia wyjątkowości. Ukraińscy publicyści twierdzą, że Polsce nie chodzi o pamięć o ofiarach Wołynia, lecz o to, że „nie potrafi ścierpieć, że Ukraińcy są teraz taką potęgą”. Pieczyński przypomina, że publicysta Witalij Portnikow apelował, by Ukraina rozmawiała z Niemcami i Francją, a nie z Polską.

Ekshumacje i niezmienna narracja

W miniony piątek IPN zakończył prace ekshumacyjne w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, a ukraiński IPN wydał zgodę na kolejne ekshumacje w Hucie Pieniackiej i Ugłach, o które wnioskowała strona polska. Pieczyński ocenia te gesty jako „dosyć sprytne posunięcie”, które odbiera argumenty umiarkowanym krytykom Ukrainy w Polsce.

Problem, jak zaznacza, leży gdzie indziej. W ukraińskich mediach wciąż dominuje określenie „tragedia wołyńska” zamiast „ludobójstwo”, sugerujące symetrię win. Ukraińscy historycy uczestniczący w pracach podkreślają, że w okolicy trzeba odnaleźć również ofiary ukraińskie. „W tej narracji się kompletnie nic nie zmienia” - konkluduje ekspert.

Pieczyński zwraca uwagę, że w ukraińskich publikacjach Polskę coraz częściej porównuje się do Rosji - pojawia się określenie „nowa Rosja”. Choć nikt jeszcze nie nazywa Polski wrogiem, dominuje przekaz o „niebezpiecznym skręcie” Warszawy i „symptomach rusyfikacji politycznej”. Radykalną narrację reprezentuje Wołodymyr Wiatrowycz z Solidarności Europejskiej Petra Poroszenki - polityk mainstreamowy, a nie marginalny.

Rosnący konkurenci i straszenie mobilizacją

Ekspert analizuje też pozycję wewnętrzną Zełenskiego. Prezydent utrzymuje poparcie głównie dzięki „efektowi skupienia się wokół flagi” - Ukraińcy popierają go jako prezydenta na czas wojny. Po jej zakończeniu jego notowania, zdaniem Pieczyńskiego, spadną, a pojawią się pytania o przygotowanie kraju do wojny i konflikty z sojusznikami.

Wyrastają mu poważni rywale: Wałerij Załużny, przebywający jednak poza granicami kraju, Kyryło Budanow oraz Mychajło Fedorow. Tego ostatniego ekspert wskazuje jako szczególnie obiecującego - symbol modernizacji, cyfryzacji i unowocześnienia armii, nieumoczonego w afery korupcyjne. Znamienne, że obie największe fale protestów po 24 lutego 2022 roku - zeszłoroczna i tegoroczna w obronie Fedorowa - dotyczyły korupcji, którą Ukraińcy uznają za zagrożenie porównywalne z rosyjską agresją.

Odnosząc się do ostrzeżeń Zełenskiego o ukrytej rosyjskiej mobilizacji, Pieczyński ocenia je raczej jako element straszenia. „Dopóki wojna trwa, dopóki jest zagrożenie, dopóty on jest istotny” - zauważa. Narracja o potędze Rosji stanowi zarazem sygnał do państw zachodnich, by nie ustawały we wsparciu.

Po stronie rosyjskiej pełna mobilizacja pozostaje wysoce problematyczna, bo narusza niepisaną umowę społeczną między Kremlem a obywatelami, wedle której wojnę „ogląda się w telewizji”. Putinowi przydałby się sukces na froncie przed wyborami do Dumy Państwowej, z których odsunięto już liberalną partię Jabłoko - ale, zdaniem eksperta, nie ma on możliwości, by nagle ogłosić, że „teraz wszyscy musimy walczyć”.