Powrót

83. rocznica rzezi wołyńskiej w cieniu głębokiego kryzysu z Kijowem

W 83. rocznicę Krwawej Niedzieli, najbardziej dramatycznego dnia rzezi wołyńskiej, obchody upamiętniające ofiary zbiegły się z najostrzejszym od lat kryzysem w relacjach polsko-ukraińskich. W kanale Otwartym Igor Janke rozmawiał z Józefem Orłem z Klubu Ronina oraz Łukaszem Jasiną o sensie tegorocznych uroczystości, decyzjach politycznych ostatnich tygodni oraz strategicznych wyzwaniach, jakie stoją przed Polską wobec Ukrainy, Niemiec i Stanów Zjednoczonych.

Rozmówcy zgodzili się, że tegoroczne obchody miały wyjątkową rangę - polityczną, symboliczną i emocjonalną. Premier Donald Tusk zapowiedział budowę muru pamięci ze wszystkimi ponad 120 tysiącami nazwisk ofiar. Wystąpili także prezydent Karol Nawrocki oraz wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Szef ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej po raz pierwszy tak jednoznacznie przyznał, że wydarzenia z 1943 roku były zbrodnią, a w kościołach na Wołyniu odprawiono msze za pomordowanych.

Trzy przemówienia, jedna narracja

Łukasz Jasina zwrócił uwagę, że mieliśmy do czynienia z trzema bardzo różnymi wystąpieniami polskich polityków. Prezydent Nawrocki mówił w Radrużu - dawnej cerkwi na terenie polsko-ukraińskich starć z lat czterdziestych. Premier Tusk wystąpił w Warszawie, a wicepremier Kosiniak-Kamysz na Wołyniu, niedaleko kolegiaty ołyckiej.

Jasina najostrzej ocenił przemówienie Piotra Łukaszewicza, chargé d'affaires w Kijowie. - Niestety, nie chcąc symetryzować według swojego własnego oświadczenia, przypomniał, że Polska międzywojenna ma na swoim koncie różnego rodzaju działania przeciwko mniejszości ukraińskiej, że ginęli też z rąk ukraińskich Polacy. Jest to rzecz, którą akurat Polska podejmuje w swojej polityce historycznej od 30 lat. Nie jestem pewien, czy trzeba było to robić teraz, w tej bardzo emocjonalnej sytuacji - mówił, dodając, że taka symetryzacja mogła zostać odczytana przez stronę ukraińską jako sygnał słabości.

Za najbardziej wypełnione emocjami uznał wystąpienie wicepremiera Kosiniaka-Kamysza. - PSL zawsze tę kwestię wołyńską stawiał dość twardo - podkreślił. Wystąpienie prezydenta Nawrockiego ocenił jako jasne polityczne opowiedzenie się po prawicowo-patriotycznej stronie polityki historycznej. Z kolei zapowiedź Tuska dotyczącą muru pamięci uznał za obietnicę bez pokrycia. - Nie jest w tej chwili możliwe zrealizowanie tej inicjatywy z murem, z nazwiskami wszystkich ofiar. Musimy je jeszcze przez wiele lat identyfikować, o ile to będzie w ogóle możliwe - argumentował, porównując skalę wyzwania do wieloletnich prac Jad Waszem i Muzeum Powstania Warszawskiego.

Wołyń wchodzi do panteonu polskiej pamięci

Józef Orzeł spojrzał na sprawę z perspektywy geopolitycznej. - Ludobójstwo wołyńskie staje się dla Polaków taką tragedią, historią, datą jak dawniej bitwa pod Grunwaldem, zwycięstwo 1920 roku, Holokaust, powstanie w getcie, powstanie warszawskie. I tego już na długo nikt nie zatrzyma - stwierdził. Jego zdaniem im gorzej historia jest nauczana w szkole, tym mocniej rolę przekazu przejmują politycy, historycy i publicyści.

Orzeł wskazał jednocześnie na długoterminowe konsekwencje. Ukraina wyjdzie z wojny okrojona, ale suwerenna, z silnym, oddolnym, rozproszonym przemysłem zbrojeniowym. Po zakończeniu działań wojennych Kijów może stać się poważnym konkurentem Polski nie tylko w rolnictwie, ale i w przemyśle zbrojeniowym oraz innowacyjnym. - Ten narzuca historię, kto jest silniejszy politycznie, gospodarczo, geopolitycznie - podkreślił.

Sześć tygodni eskalacji

Tłem tegorocznych obchodów jest bezprecedensowy kryzys w relacjach z Kijowem. Punktem zapalnym była decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia bohaterów UPA. Wywołała ona lawinę reakcji - od artykułów w mediach na całym świecie po rezolucję Parlamentu Europejskiego krytykującą Zełenskiego imiennie.

Rezolucja przeszła znaczną większością głosów. Jasina podkreślił, że w tej sprawie polscy europosłowie z Koalicji Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości zagłosowali wspólnie. - Polacy stanęli jako jeden mur. Tu Ukraińcy się tego nie spodziewali - zaznaczył. Przypomniał, że w ostatnich tygodniach Kijów próbował rozgrywać wewnątrzpolski konflikt między prezydentem a premierem.

Janke ocenił, że o sukcesie rezolucji przesądziła Europejska Partia Ludowa, do której należy rządząca koalicja. - Kiedy okazuje się, że oba plemiona polskie są w stanie zagrać razem, mogą wygrać - podsumował. Zdaniem Jasiny wynik głosowania pokazał Kijowowi, że istnieje realna różnica między państwem należącym do Unii od dwóch dekad a państwem dopiero aspirującym do członkostwa.

Litwini, Łotysze i cichy opór Bałtów

Rozmówcy zwrócili uwagę na złożoną postawę państw bałtyckich. Choć ostatecznie zagłosowały one za rezolucją, minister spraw zagranicznych Litwy pisała listy do europosłów z apelem, by tego nie robili. Bałtowie mają własne historyczne obciążenia związane z kolaboracją z Niemcami w czasie II wojny światowej i unikają otwierania takich rozdziałów.

Orzeł postawił tezę, że Ukraina utraciła szansę na zbudowanie sojuszu z państwami bałtyckimi. - Wydawało mi się, że Ukraina jest na tyle silna, bezczelna, arogancka, ale i przewidująca przyszłość, że w czasie szczytu NATO w Ankarze zgłosi propozycję gwarancji bezpieczeństwa dla Bałtów, że Ukraina swoją armią obroni ich przed inwazją rosyjską - mówił. Do tego jednak nie doszło, ponieważ kraje bałtyckie boją się ukraińskich żołnierzy równie mocno, jak potrzebują gwarancji bezpieczeństwa.

Jasina bronił dorobku polskiej dyplomacji wobec Bałtów. - Rzadko kiedy jestem tak dumny z realizmu polskiej polityki, jak w wypadku tych trzech państw - stwierdził. Zauważył, że Polska jest - poza krajami skandynawskimi - jedynym państwem, przez które może dotrzeć pomoc, oraz jedynym, które taką pomoc deklaruje. Wskazał również, że litewskie, łotewskie i estońskie elity dostrzegają w mentalności ukraińskich decydentów rysy przypominające im imperializm moskiewski.

Niedostateczne wpływy gospodarcze

Orzeł nie krył jednak, że polska obecność gospodarcza w regionie pozostaje niewspółmierna do potencjału. - Ile polskich instytucji działa w Wilnie, w Rydze, w miastach estońskich? W Wilnie bardzo dużo, w Rydze bardzo mało. Ile polskich żołnierzy tam bywa i jaki jest procentowy udział Polski w inwestycjach zagranicznych? Jesteśmy grubo na końcu, daleko za państwami skandynawskimi i Niemcami - wyliczał.

Jasina przypomniał, że największą zagraniczną inwestycją na Litwie jest polski Orlen w Możejkach. Wskazał jednak na strukturalną słabość polskiego kapitału. - Mamy jednak znacznie słabszy kapitał zagraniczny polskich firm niż nawet Dania. To jest rzecz problematyczna nie tylko w wypadku państw bałtyckich, ale wszędzie na świecie - argumentował.

Niemcy jako główne wyzwanie

Zdaniem Orła kluczową barierą dla polskich ambicji regionalnych są Niemcy. - Interesem Ameryki jest nie dopuścić do zbudowania osi Rosja-Niemcy. Ale Niemcy będą budować drugą oś - sojuszu z Ukrainą. Jeżeli Ameryka wycofa się z Europy, te dwie osie ustanowią trójkąt, którego środku będzie Polska. To będzie dla Polski najgorsza rzecz, być może w tym tysiącleciu - ostrzegł.

Orzeł wskazał, że Niemcy stoją przed strategicznym wyborem: powrót do tanich surowców z Rosji lub dalsza „kolonizacja" Trójmorza. Do realizacji drugiego scenariusza potrzebują zbudowania scentralizowanego państwa europejskiego. - Bruksela i Berlin twardo dążą do zbudowania jednego państwa. Widać to już w dyrektywach i w tym, co Komisja Europejska proponuje - mówił, przywołując projekt odebrania państwom członkowskim kompetencji w obszarze zbrojeń i bezpieczeństwa.

Jasina bardziej powściągliwie ocenił szanse realizacji takich scenariuszy, choć zgodził się z diagnozą niemieckiej asertywności. - Niemcy nie mogą dopuścić do istnienia w Europie rządów, które będą w stanie choćby fragmentarycznie rzucać im wyzwanie. Widzimy to na przykładzie inicjatywy Trójmorza, która wymknęła się spod niemieckiej kontroli - zauważył. Przypomniał, że Berlin ostatecznie postanowił dołączyć do Trójmorza, ponieważ nie pozwala na działanie tego typu inicjatyw poza swoją kontrolą.

Międzymorze i parasol amerykański

Orzeł zarysował strategiczną koncepcję północno-wschodniej flanki NATO obejmującej Grenlandię, Skandynawię, państwa bałtyckie, Polskę, Rumunię i być może Turcję. - Gdyby taki blok obronny powstał, mielibyśmy gwarancję wspólnej obrony z pomocą amerykańską, którą Amerykanie powinni dać - argumentował.

Wyjaśnił, że pomoc ta obejmowałaby parasol nuklearny, wywiadowczy, kosmiczno-komunikacyjny (Starlink), logistyczny oraz morski i lotniczy. - To Amerykanie co do centymetra pokazują Ukraińcom, w co uderzyć - wyjaśnił rolę wywiadu USA. Wskazał również na strategiczne znaczenie Grenlandii w kontekście topnienia lodów Arktyki i możliwej ekspansji floty chińskiej i rosyjskiej na Atlantyk.

Międzymorze - zdaniem Orła - byłoby także argumentem w negocjacjach z Brukselą i Berlinem. - Gdybyśmy taki blok obronny zbudowali, moglibyśmy negocjować, żeby dali nam spokój z tymi wszystkimi zabawami ideologicznymi - od migracji, przez klimat, po centralizację Europy - mówił.

Dlaczego Zełenski zdecydował się na eskalację

Rozmówcy próbowali zrekonstruować motywacje ukraińskiego prezydenta. Jasina wskazał na czynnik osobisty. - Wołodymyr Zełenski uważa się za jednego z najważniejszych polityków na świecie. Nie szanował Andrzeja Dudy, nie szanuje Karola Nawrockiego, nie szanuje Donalda Tuska - twierdził.

Jego zdaniem sama decyzja o nadaniu jednostce imienia bohaterów UPA mogła być zarówno wyrachowanym kalkulacyjnym ruchem, jak i konsekwencją takiej mentalności. Polska strona nie zrobiła nic, by ostrzec Kijów. - Dzień po tym, jak Zełenski podjął tę decyzję, minister Sikorski spotykał się z ministrem Sybiją na Cyprze i zajmował się tam promowaniem własnej książki - mówił Jasina.

Orzeł zwrócił uwagę na dane socjologiczne. - Według sondaży tylko pięć procent Ukraińców chce kłócić się z Polską. 95 procent Ukraińców nie chce. Jesteśmy na początku procesu budowania tej strategii przez Ukrainę i być może naszą polityką jesteśmy w stanie to zatrzymać - argumentował. Wskazał, że alternatywna wobec Zełenskiego postać - generał Wałerij Załużny - otwarcie powiedziała, że Ukraina potrzebuje partnerskich relacji z Polską i że nie mogą one abstrahować od rozliczenia historycznego.

Ukraiński przemysł zbrojeniowy jako gra zmiany

Orzeł podkreślił, że Ukraina zbudowała podczas wojny rozproszony, prywatny, garażowo-piwniczny przemysł dronowy i sztucznej inteligencji. - Ukraina posiada przemysł zbrojeniowy taki, że poza obroną przeciwrakietową i przeciwdronową wystarcza im do prowadzenia wojny. Robią tyle pocisków 155, ile trzeba, a my produkujemy ich zero - stwierdził.

Jego zdaniem po wojnie ten sam model może zostać rozszerzony na produkcję dual-use, czyli towary o zastosowaniach cywilno-wojskowych. - Ukraina ma szansę być innowatorem na skalę europejską, bo Niemcy nim nie są - ocenił. To otwiera scenariusz, w którym Kijów staje się rywalem Polski nie tylko w rolnictwie, ale również w przemyśle wysokich technologii.

Orzeł postawił tezę, że w interesie ekipy Zełenskiego wcale nie leży pełne członkostwo w Unii Europejskiej ani NATO. - Wcale nie chcą wejść do Unii i do NATO, tylko jako członek stowarzyszony do Unii, żeby mieć dostęp do wspólnego rynku bez brukselskich regulacji - twierdził. W praktyce, jak dodał, Ukraina jest już traktowana przez sojuszników jak członek NATO bez formalnego statusu.

Co dalej z polityką wobec Kijowa

Zapytany o receptę, Jasina zalecił asertywność. - Krótkoterminowo bardzo asertywnie. Musimy bez frustracyjnych gestów, bez histerii prowadzić twardą politykę pokazującą Ukrainie, że jesteśmy w tym momencie partnerem silniejszym gospodarczo, ważniejszym dla Niemiec, bardzo ważnym dla Stanów Zjednoczonych - mówił.

Zaproponował strategię przeniesienia konfliktów w obszary symboliczno-historyczne, przy jednoczesnym zabezpieczeniu współpracy w kwestiach fundamentalnych. Jako precedens wskazał relacje Korei Południowej z Japonią. - Kraje toczą od 80 lat permanentną wojnę symboliczno-historyczną, co nigdy nie przeszkadzało im w budowaniu relacji gospodarczych - wyjaśnił. Podkreślił jednak, że wymaga to dojrzałych elit. - Wielu pomostów zostało zerwanych. Nie ma na przykład czegoś takiego jak osobiste relacje robocze z ministrem Sybiją czy z ambasadorem Bodnarem - zauważył.

Orzeł kładł nacisk na budowanie infrastruktury eksperckiej. - Potrzebny nam jest jeszcze mocniejszy ośrodek studiów wschodnich, który miałby potężną gałąź ukraińską. Trzeba rozmawiać - najpierw eksperci, dopiero potem politycy. Najpierw biznesmeni, organizacje pozarządowe, dopiero potem politycy o wspólnych interesach - argumentował. Od lat postuluje utworzenie centrum Międzymorza, w którym spotykaliby się biznes, media, wojskowi, dyplomaci i młodzież.

Janke przypomniał, że państwa stają się sojusznikami wówczas, gdy łączy je wspólny wróg, wspólne interesy i wspólne wartości. - Z tego punktu widzenia bez dwóch zdań mamy z Ukrainą wspólne zagrożenie i ono nie zniknie. Nie jest tak, że jest ta wojna, ale poczekajmy trzy lata, odejdzie Zełenski, odejdzie Putin, to już będzie dobrze. Nie będzie - argumentował.

Ograniczenia demokracji i słomiane zapały

Wszyscy trzej rozmówcy wskazali na strukturalny problem polskiej polityki: horyzont myślenia wyznaczany cyklem wyborczym. - Politycy chcą realizować swoje cele, a te cele nie są długoterminowe - mówił Jasina. Przypomniał, że sam podczas pracy w tygodniku „Wprost" był uczony, że politycy nie czytają analiz dłuższych niż jedna strona.

Orzeł zwrócił uwagę na erozję zaufania obywateli do klasy politycznej i zaapelował, by eksperci przygotowali listy pytań do zadania politykom w nadchodzącej kampanii wyborczej. Przywołał cytat, który uważa za esencję polityki: - Nawet polityk zrobi, co trzeba, jeśli inaczej nie może.

Jasina zamknął rozmowę odniesieniem do przełomu w polityce wobec Izraela. - Po kryzysie polsko-izraelskim, tak zwanym historycznym 2018 roku, przynajmniej Polacy nauczyli się, na czym polegają realne stosunki polsko-izraelskie. Jeżeli coś ma wyjść z tych ostatnich sześciu tygodni, to zrozumienie, na czym polegają realne stosunki polsko-ukraińskie. Koniec złudzeń - podsumował.

Rocznica Krwawej Niedzieli przypada w momencie, w którym polska polityka wschodnia stoi przed najpoważniejszym przewartościowaniem od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku. Rezolucja Parlamentu Europejskiego, uroczystości w Radrużu, Warszawie i na Wołyniu oraz sygnały płynące z ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej wskazują, że Polska po raz pierwszy od dłuższego czasu narzuca w tej relacji własną agendę. Rozmówcy kanału Otwartego zgadzają się jednak, że utrzymanie tej pozycji będzie wymagało czegoś, czego polskiej klasie politycznej brakuje najczęściej: konsekwencji przekraczającej horyzont pojedynczej kadencji.