Litwa po stronie Ukrainy w sporze o Banderę. Nowa oś napięć
Litewscy europosłowie, wspierani przez kolegów z Łotwy i Estonii, mieli próbować zablokować rezolucję Parlamentu Europejskiego dotyczącą stosunku Ukrainy do dziedzictwa Stepana Bandery - wynika z wpisu byłego dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Sławomira Dębskiego. Sprawę komentowali w sobotnim wydaniu programu w Kanale Otwartym Grzegorz Ślubowski i Igor Janke, wskazując, że wokół rocznicy rzezi wołyńskiej narasta nowa oś napięć w regionie.
Litwa jako mediator, którego Warszawa nie akceptuje
Według wpisu Dębskiego, cytowanego w programie, europosłowie z państw bałtyckich argumentowali, że sprawa jest skomplikowana i „nie wolno mieszać Parlamentu Europejskiego do polskich sporów historycznych z sąsiadami”. Mieli powoływać się między innymi na fragmenty książki Timothy'ego Snydera „Skrwawione ziemie”.
Igor Janke ujawnił, że polskie władze od dłuższego czasu są zirytowane postawą Wilna. Prezydent Litwy zaproponował rolę mediatora w sporze polsko-ukraińskim, jednak - według rozmówcy - Litwa „całkowicie przyjęła ukraińską interpretację tego sporu”. Grzegorz Ślubowski zwrócił uwagę, że Litwini, podobnie jak Ukraińcy, mają odmienną od polskiej pamięć historyczną II wojny światowej, w tym epizody kolaboracji z Niemcami hitlerowskimi.
Mimo to, jak podkreślał Janke, osiemdziesiąt lat po wojnie różnice historyczne nie mogą być powodem ochładzania relacji: „Polska jest wyjątkowa w tej części Europy, ponieważ polskie władze i instytucje polskiego państwa nigdy nie kolaborowały z Niemcami”, ale nie może to przesłaniać strategicznych celów wobec zagrożenia rosyjskiego.
Spór o skuteczność polskiej polityki regionalnej
Prowadzący różnili się w ocenie przyczyn zmiany kursu Wilna, Rygi i Tallinna. Janke wskazywał na bierność polskiej dyplomacji i słabą obecność polskich firm w regionie. Pytał, dlaczego na Litwie stacjonuje brygada niemiecka NATO, a nie polska, oraz dlaczego polskie banki, ubezpieczyciele i firmy transportowe nie dominują na rynkach bałtyckich, ustępując pola graczom skandynawskim.
Przypomniał, że to prezydent Lech Kaczyński zdecydował o zakupie rafinerii Możejki, aby zapewnić polską obecność gospodarczą w regionie strategicznym z powodu przesmyku suwalskiego. „Silne państwo to takie państwo, które ma silną gospodarkę i zdolność wpływania na swoje otoczenie” - argumentował, dodając, że państwa regionu „nie muszą być koniecznie przyjazne”, jeśli Polska sama nie buduje realnych wpływów.
Grzegorz Ślubowski przedstawił bardziej sceptyczne stanowisko. Jego zdaniem błąd może tkwić w samym założeniu doktryny Giedroycia-Mieroszewskiego, że państwa między Polską a Rosją będą wobec Warszawy przyjazne. Wskazywał, że każdy kolejny prezydent Ukrainy - poza Wiktorem Janukowyczem, orientującym się na Moskwę - ostatecznie zwracał się w stronę Berlina. „Ukraina uznała, że Polska jest jej niepotrzebna” - stwierdził, dodając, że podobny proces obserwujemy dziś w państwach bałtyckich.
Prowokacyjne telefony i podejrzenia o rosyjską inspirację
W programie omówiono także serię niecenzuralnych telefonów kierowanych z Ukrainy do polskich organizacji polonijnych, między innymi w Żytomierzu. Janke, powołując się na własną rozmowę z osobą mieszkającą na Ukrainie i znającą pracowników takiej organizacji, potwierdził, że przypadki miały miejsce.
„Jestem pewien, że w tej chwili ruskie służby bardzo aktywnie działają w Polsce, na Ukrainie, napuszczając nas na siebie” - ocenił Janke, dopuszczając, że telefony mogły zostać spreparowane lub zainicjowane przez rosyjskie służby. Ślubowski przyznał, że prowokacja jest prawdopodobna, ale nie wykluczył, że część rozmówców rzeczywiście reprezentuje coraz silniejsze nastroje antypolskie na Ukrainie.
Obaj prowadzący podkreślili, że Ukraińcy mieszkający w Polsce w większości nie są zwolennikami Bandery. Janke zaznaczył też, że osobiście zna ukraińskich rozmówców „bardzo niezadowolonych” z nadania jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA i z eskalacji sporu.
Ambasador Tom Rose i spór o „pedagogikę wstydu”
Odrębnym wątkiem dyskusji stało się wystąpienie ambasadora USA Toma Rose'a w 85. rocznicę pogromu w Jedwabnem. Dyplomata określił zbrodnię jako dokonaną „we współpracy, pod nadzorem niemieckich nazistowskich okupantów”. Ślubowski pytał, czy ambasador wyda analogiczne oświadczenie w rocznicę rzezi wołyńskiej.
„Nie jestem przekonany, czy to jest właściwy moment, żeby ambasador obcego państwa wygłaszał w tej sprawie oświadczenie” - mówił Ślubowski. Jego zdaniem takie wystąpienie „buduje pedagogikę wstydu” i wpisuje się w historię amerykańskich nacisków, w tym rezolucji 447 dotyczącej mienia żydowskiego. Zwrócił uwagę, że ambasador USA nie wygłasza analogicznych oświadczeń we Francji w rocznicę deportacji Żydów przez reżim Vichy.
Janke ocenił samo oświadczenie jako „w porządku”, ale skrytykował styl działania amerykańskich dyplomatów w Polsce, przypominając, że poprzednik Rose'a „spotykał się regularnie ze wszystkimi ministrami”. Za żenujące uznał zachowanie polskich polityków ustawiających się „w kolejeczce” do zdjęć z ambasadorem. Jednocześnie bronił zasady mówienia o ciemnych kartach historii: „Dojrzałe państwo jest takie, które umie powiedzieć - tak, to też jest kawałek naszej historii”.
Rezolucja PE jako sygnał zmiany
Prowadzący pochwalili polski rząd za doprowadzenie do uchwały Parlamentu Europejskiego w sprawie rzezi wołyńskiej. Janke ocenił, że mimo prób blokowania przez europosłów z państw bałtyckich, deputowani zachodni ostatecznie zagłosowali za jej przyjęciem. Ślubowski wskazał, że dalszym krokiem powinien być nacisk Warszawy na rządy UE i USA, by te wymusiły na Kijowie rewizję polityki historycznej - na wzór wcześniejszej presji na Chorwację w sprawie dziedzictwa ustaszów.
Sobotnia rozmowa odbyła się w 82. rocznicę Krwawej Niedzieli - kulminacyjnego dnia rzezi wołyńskiej, w której życie straciło około 100 tysięcy Polaków. Tło tegorocznych obchodów tworzy głęboki kryzys w relacjach polsko-ukraińskich, decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA oraz - jak sygnalizują prowadzący - postępująca reorientacja państw bałtyckich w kierunku Berlina. To układ, w którym Warszawa musi na nowo zdefiniować narzędzia swojej polityki wschodniej.