AfD liderem sondażu w Berlinie po raz pierwszy
Alternatywa dla Niemiec (AfD) po raz pierwszy została samodzielnym liderem sondażu przed wyborami lokalnymi w Berlinie, uzyskując 19 proc. poparcia. To wynik bez precedensu w stolicy uważanej dotąd za bastion środowisk postępowych, o czym w programie „Kanał Otwarty" mówiła Olga Doleśniak-Harczuk, ekspertka do spraw polityki niemieckiej i twórczyni strony Berliński Tygiel.
Berlin jako symboliczny przełom
Według sondażu na AfD chce głosować 19 proc. mieszkańców Berlina, co daje partii niewielką przewagę nad CDU i Zielonymi, mającymi po 18 proc. Partia Die Linke uzyskała 18 proc., a SPD - 13 proc.
Doleśniak-Harczuk podkreśliła, że skala poparcia dla AfD w Berlinie jest zjawiskiem nowym. „Berlin jest uważany za land multi-culti, land zdominowany przez SPD, przez Zielonych" - zaznaczyła. Jak dodała, ponad 1,4 mln mieszkańców stolicy ma obce pochodzenie, co czyni ją miastem szczególnie kojarzonym z otwartością i różnorodnością.
Znaczenie stolicy dla partii podkreślił Ulrich Siegmund, lider AfD w Saksonii-Anhalt, podczas wiecu otwierającego kampanię 29 czerwca przed Czerwonym Ratuszem. Zdaniem ekspertki polityk ten mówił, że na Berlin patrzą wszyscy sympatycy AfD w Niemczech, bo jeśli tu coś się poruszy, nastąpi to również wszędzie indziej.
Mimo rosnących słupków poparcia AfD nie ma szans na koalicję. Otaczający ją kordon sanitarny - w Niemczech określany jako Brandmauer, czyli „zapora ogniowa" - pozostaje, jak zaznaczyła ekspertka, w Berlinie bardzo silny.
Pęknięcia w „zaporze ogniowej"
Doleśniak-Harczuk zwróciła uwagę, że mechanizm oddzielający AfD od chadecji stopniowo się kruszy, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Gdy AfD proponuje rozwiązania zbieżne z wizją miejscowych struktur CDU, dochodzi do wspólnych głosowań.
Jak relacjonowała, Ulrich Siegmund podczas wiecu w Magdeburgu twierdził, że otrzymuje wsparcie finansowe z różnych części Niemiec, w tym wpłatę 5 tys. euro od znanego mu polityka CDU. Nazwiska nie ujawnił, zaznaczając, że na razie nie chce tego robić - takie sygnały, zdaniem ekspertki, wywołują chaos w szeregach chadeckich.
Problem ma wymiar strukturalny. „Można często odnieść wrażenie, że Friedrich Merz nie panuje nad bazą swojej partii" - oceniła Doleśniak-Harczuk, wskazując na programy lokalne bardziej radykalne niż linia federalna, zwłaszcza we wschodnich landach.
Ekspertka przypomniała zjazd CDU w Hamburgu z czasów rywalizacji o przywództwo, gdy działaczka Annegret Kramp-Karrenbauer walczyła o pozycję w partii. Jeden z chadeków ze wschodu miał wówczas ostrzegać, że CDU nie uczy się na błędach, a nieodpowiadanie na oczekiwania społeczne pozwala AfD rozwijać potencjał i wypierać chadecję z jej przyczółków.
Emocje: migracja, bezpieczeństwo, edukacja
Zdaniem ekspertki AfD buduje poparcie przede wszystkim na kwestii bezpieczeństwa, rozumianego jako zagrożenie ze strony migrantów przebywających w Niemczech nielegalnie. Po atakach z użyciem noża, których sprawcami są osoby pochodzące z takich krajów jak Syria czy Afganistan, nastroje społeczne - jak mówiła - stają się coraz gorętsze.
Z tego wynika główny przekaz partii: rząd nie radzi sobie z polityką migracyjną. Doleśniak-Harczuk zauważyła, że minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt w rządzie Friedricha Merza postawił na obronę granic, czego skutki odczuli także Polacy w postaci kontroli granicznych. Z perspektywy AfD działania te są jednak niewystarczające.
W programie landowym Saksonii-Anhalt pojawia się postulat weryfikacji wieku migrantów podających się za osoby nieletnie - na podstawie badań medycznych, m.in. analizy kości. Ekspertka tłumaczyła, że część tych osób nie posiada dokumentów, a ich weryfikacja bywa niemożliwa.
Osobny wątek stanowi edukacja. Doleśniak-Harczuk przywołała propozycje Tilla Schneidera, wiceszefa frakcji AfD w Saksonii-Anhalt odpowiedzialnego za kulturę i edukację. Zakładają one likwidację klas integracyjnych oraz tworzenie odrębnych klas dla dzieci pochodzenia obcego (tzw. Migrationshintergrund).
Według ekspertki koncepcja Schneidera zakłada, że dzieci obcego pochodzenia miałyby uczyć się we własnym języku i według programu kraju pochodzenia, tak by nie ułatwiać asymilacji. „Ci ludzie muszą w pewnym momencie opuścić Niemcy" - tak Doleśniak-Harczuk streściła logikę tego podejścia, będącego odwróceniem dotychczasowej polityki integracyjnej.
Polityka wobec migrantów i pracowników
Ekspertka zwróciła uwagę na wewnętrzne zróżnicowanie AfD. Partia deklaruje, że mile widziany jest każdy, kto chce pracować i nie uzależnia się od świadczeń socjalnych - jednak, jak zauważyła, nie stawia jasnej granicy dotyczącej osób od lat mieszkających w Niemczech.
Doleśniak-Harczuk przytoczyła zapytanie frakcji AfD do Bundestagu o imiona osób pobierających zasiłek dla bezrobotnych. Z odpowiedzi rządu wynikało, że na czele statystyk znajdują się imiona takie jak Andreas, Michael czy Daniel, dopiero w dalszej kolejności - Ali, Mohamed czy Irina.
Ekspertka podkreśliła, że o Polakach w kręgach AfD mówi się często dobrze. Tłumaczyła to zarówno powiązaniami rodzinnymi części działaczy, jak i zakorzenieniem środowiska w tradycji wysiedleńców. „AfD jest bardzo różnorodne, to nie jest jedna masa" - zaznaczyła, wyróżniając skrzydło radykalne z Björnem Höcke z Turyngii oraz nurty bardziej otwarte na dialog.
W programie partii dostrzegła wartości niegdyś reprezentowane przez CDU - rodzinę, model matki i ojca, nacisk na kulturę wiodącą (Leitkultur). Chadecja od tego odeszła w miarę zmian demograficznych, podczas gdy AfD poszła w kierunku, jak to ujęła, „bardziej narodowym".
Kryzys zaufania do Merza
Na pytanie o odpowiedź kanclerza na sukcesy AfD Doleśniak-Harczuk przypomniała, że zanim Merz doszedł do władzy, chadecja próbowała zapożyczać jej hasła w Bundestagu, co doprowadziło do zbliżenia linii obu partii w kwestiach migracyjnych. Odpowiedzią były protesty środowisk liberalno-lewicowych oraz incydenty w biurach polityków CDU.
Ekspertka wskazała na dramatyczny spadek poparcia. Notowania Merza spadły z około 45 proc. w czerwcu ubiegłego roku do 13 proc. obecnie. „Friedrich Merz zupełnie nie wyczuwa pulsu społeczeństwa" - oceniła, dodając, że złe nastroje dotyczą wyborców różnych opcji.
Źródłem frustracji są problemy gospodarcze i społeczne. Rozmówcy ekspertki - zwykli obywatele oraz przedsiębiorcy - mieli mówić, że żyje im się gorzej, klasa średnia topnieje, a chadecja zamiast realizować obietnice zaciągnęła długi.
AfD wykorzystuje przy tym przeszłość Merza w funduszu inwestycyjnym BlackRock, sugerując - w narracji Alice Weidel - że kanclerz nie działa w interesie Niemiec. Doleśniak-Harczuk zaznaczyła, że taka argumentacja znajduje zrozumienie wśród osób sfrustrowanych spadkiem poziomu życia.
Ekspertka wskazała także na pakiet reform służby zdrowia, budzący obawy o ograniczenie dostępu do psychoterapeutów, mniejsze finansowanie szpitali i większą presję na lekarzy rodzinnych. Osobny nurt sporu stanowią media publiczne. AfD skanduje hasło „Lügenpresse" i domaga się likwidacji abonamentu, a Merz w wywiadzie dla ZDF sam zarzucił mediom publicznym, że mówią głównie o krytyce rządu - argumentem dotąd charakterystycznym dla AfD.
Scenariusze ekspertów i kwestia Rosji
Zapytana o tezę o przełomie w niemieckiej polityce, ekspertka odwołała się do raportu ośrodka METIS działającego przy Uniwersytecie Bundeswehry w Monachium, skupionego wokół Carla Masali. Druga część opracowania, opublikowana w czerwcu i sięgająca 2026 roku, opisuje najgorsze możliwe scenariusze.
Jeden z nich zakłada dojście do władzy w Niemczech partii skrajnie prawicowej - bez wskazywania AfD z nazwy. Miałoby to oznaczać odcięcie pomocy dla Ukrainy, osłabienie pozycji Niemiec w Unii Europejskiej oraz dążenie do normalizacji stosunków z Rosją i Chinami.
Według METIS w takim wariancie w Belgii, Francji i Niderlandach do władzy dochodziłyby rządy wspierające AfD w dystansowaniu się od NATO. Polska, państwa bałtyckie i skandynawskie miałyby zawiązać format obronny odporny na ten kierunek. Drugi scenariusz zakłada rozpad NATO wskutek transakcyjnej polityki USA.
Doleśniak-Harczuk podważyła tezę, jakoby Niemcy uczyły się na błędach w relacjach z Rosją. Przywołała spotkanie w Baku 12-13 lipca, w którym uczestniczyli m.in. Ronald Pofalla (CDU), Matthias Platzeck i Ralf Stegner (SPD), a ze strony rosyjskiej - Wiktor Zubkow, związany z Gazpromem, oraz doradcy Putina. Było to, jak zaznaczyła, piąte tego typu spotkanie w gronie dawnych uczestników rozwiązanego Dialogu Petersburskiego.
Kanclerz Merz oświadczył, że rząd niemiecki nie wiedział o tym spotkaniu, choć prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew potwierdził, że władze w Baku odnotowały przyloty i odloty uczestników. Niemieckie służby sklasyfikowały spotkanie jako próbę wywierania wpływu na rząd. Ekspertka zwróciła uwagę na spory między CDU, AfD i SPD o to, kto utrzymuje kanały z Rosją, przy jednoczesnym atakowaniu AfD za wyjazdy do Sankt Petersburga.
„Kto myśli, że Niemcy nie zostawiły sobie żadnych kanałów komunikacji z Rosją, temu winszuję przenikliwości" - powiedziała Doleśniak-Harczuk. Wskazała na wieloznaczność formuły „Rosja putinowska", sugerującej gotowość do normalizacji po zmianie na Kremlu, oraz na scenariusz z książki Masali „Jeśli Rosja wygra", w którym nowy, prozachodni przywódca uśpiłby czujność Europy przed kolejnym atakiem.
Kontekst ekonomiczny czyni te dylematy pilnymi. Ekspertka podkreśliła, że gospodarka Niemiec jest w złym stanie, a odcięcie od taniej rosyjskiej energii pogłębiło problemy. W jej ocenie Niemcy - przy jednoczesnym napięciu w relacjach z Chinami - szukają nowej formuły przetrwania, a dyplomacja strefy cienia (Schattendiplomatie) pozostaje realnym narzędziem, czego przykładem bywały nieoficjalne misje Gerharda Schrödera.