Powrót

AfD wygrywa w Saksonii-Anhalt. Merz pod rosnącą presją

Alternatywa dla Niemiec (AfD) zwyciężyła w wyborach landowych w Saksonii-Anhalt, uzyskując według sondaży exit poll wynik dający jej najsilniejszą pozycję w regionie. Rezultat, który wywołał emocje w niemieckich mediach, otwiera pytanie o przyszłość rządu kanclerza Friedricha Merza i trwałość tak zwanej zapory ogniowej wobec partii. Sytuację w studiu Kanału Otwartego komentowały dziennikarki specjalizujące się w polityce niemieckiej: Aleksandra Rybińska z tygodnika „Sieci" i Telewizji wPolsce24 oraz Olga Doleśniak-Charczuk, twórczyni serwisu Berliński Tygiel.

Wynik na granicy samodzielnej większości

W momencie rozmowy dostępne były wyłącznie wyniki sondażowe, dlatego uczestniczki dyskusji zastrzegały, że ostateczny rozkład mandatów pozostaje niepewny. „To są exit poll, więc to jeszcze nie jest ostateczny wynik" - podkreślała Aleksandra Rybińska. Z przeliczeń niemieckich mediów wynikało, że AfD może zabraknąć od jednego do trzech mandatów do samodzielnej większości.

Nawet niewielki deficyt oznacza poważny problem z realizacją programu. „Zawsze jest wtedy rząd mniejszościowy" - zauważyła Rybińska, wskazując, że kluczowa może okazać się postawa Sojuszu Sahry Wagenknecht (BSW), o ile w ogóle przekroczy próg wyborczy. Pojawiały się też pogłoski o możliwym przejściu części chadeków do AfD, jednak - jak zaznaczono - nic obecnie tego nie zapowiada.

Alternatywne scenariusze prowadzą do dobrze znanych już w Niemczech konstrukcji. Obecny premier landu z CDU, Sven Schulze, może próbować skleić rząd omijający AfD - utrzymując koalicję z SPD i Zielonymi, budując gabinet mniejszościowy albo szukając porozumienia z Die Linke, która sama nie jest takim pomysłem zachwycona.

Olga Doleśniak-Charczuk przypomniała, jak takie rozwiązania funkcjonują w praktyce. W Saksonii działa mniejszościowy rząd CDU i SPD, zależny od doraźnego wsparcia Die Linke przy przepychaniu uchwał. W Turyngii powstała z kolei „koalicja jeżynowa" - CDU, SPD i BSW - która obecnie się rozpada, ponieważ Sahra Wagenknecht postanowiła zdyscyplinować lokalnych działaczy.

Sygnał sprzeciwu wobec Berlina

Uczestniczki dyskusji zwracały uwagę, że wynik odczytywany jest przede wszystkim jako reakcja na politykę rządu federalnego. Szybkie badanie przeprowadzone po głosowaniu wykazało, że 60 procent wyborców uznało wybory za „czerwoną kartkę" dla koalicji w Berlinie, a tylko 30 procent popiera zapowiadane reformy socjalne.

Reformy te - dotyczące emerytur i systemu ochrony zdrowia - mają być bolesne w regionie o najstarszej średniej wieku wśród niemieckich landów, wynoszącej 48 lat. „Trudno popierać coś, co drenuje kieszeń" - komentowała Doleśniak-Charczuk, wskazując, że planowane cięcia dotkną ludzi o niższych emeryturach.

Nastroje potwierdzają badania nastawienia mieszkańców. Jak przytoczono, 90 procent respondentów w Saksonii-Anhalt deklaruje zadowolenie z obecnej sytuacji życiowej, ale jedynie 17 procent wierzy, że w przyszłości będzie równie dobrze. To obraz społeczeństwa, które boi się jutra.

Od partii profesorów do partii ludowej

Rozmówczynie opisały ewolucję AfD od czasu jej powstania w 2013 roku. Początkowo była to - jak ujęła to Doleśniak-Charczuk - „partia profesorów, partia ekspertów", skupiona na krytyce wspólnej waluty euro. Z czasem przeszła liczne rozłamy i kryzysy przywództwa, stając się „partią ludu", a następnie partią ludową w ścisłym znaczeniu.

„Widzimy, że partia jest partią ludową, jeżeli jej wyborcy pochodzą z samego środka społeczeństwa" - tłumaczyła Doleśniak-Charczuk. Na AfD głosują dziś ludzie zamożni, przedstawiciele klasy średniej oraz właściciele małych i średnich przedsiębiorstw. Zmieniło się także postrzeganie kompetencji: około 40 procent obywateli przypisuje partii dużą wiedzę w kwestiach gospodarczych i ochrony zdrowia.

AfD cieszy się szczególnym poparciem wśród młodych, przy wyraźnym podziale według płci - młodzi mężczyźni częściej wybierają AfD, młode kobiety Die Linke. Przywołane badanie „Jugendstudie" wykazało, że 65 procent niemieckiej młodzieży obawia się prawicowego ekstremizmu, lecz nie utożsamia go z AfD, którą postrzega jako partię konserwatywną, a nie ekstremistyczną.

W dyskusji nie pominięto oskarżeń o powiązania części działaczy ze środowiskami skrajnie prawicowymi. Doleśniak-Charczuk zastrzegła, że unika prostych porównań, wskazując jednocześnie na konkretne przypadki. Wokół Ulricha Siegmunda - twarzy zwycięstwa w Saksonii-Anhalt - działają osoby, które przed dwoma dekadami uczestniczyły w obozach organizacji neonazistowskich, na co istnieją zdjęcia i dokumenty. Sam Siegmund miał tłumaczyć, że nie pytał współpracowników o „rodowód", a wydarzenia sprzed 20 lat uznaje za nieistotne.

Program wojny kulturowej

Rozmówczynie zwróciły uwagę na intelektualne zaplecze partii. Kluczową postacią jest Tillschneider, autor programu dotyczącego polityki kulturalnej, tożsamościowej i polityki pamięci. „Jeżeli AfD wygra w Saksonii-Anhalt, to ten program Tilla Schneidera stanie się manifestem całej AfD" - napisała wcześniej Doleśniak-Charczuk w omówieniu jego książki.

Program ten Rybińska określiła jako „program wojny kulturowej". Zakłada między innymi zmuszenie nauczycieli do neutralności światopoglądowej i wycofanie ze szkół inicjatyw w rodzaju „Szkoła bez rasizmu". Pojawiły się już doniesienia z placówek w Saksonii-Anhalt, gdzie uczniowie mieli blokować takie programy, a nawet zapowiadać nauczycielom zmianę po wyborczym zwycięstwie AfD.

Wśród postulatów wymieniono również segregację dzieci imigrantów do osobnych klas oraz plan deportacji nielegalnych, choć tolerowanych migrantów w ciągu 100 dni. Rybińska zaznaczyła, że wykonalność tych zapowiedzi budzi wątpliwości - zarówno co do zgodności z konstytucją, jak i realnej możliwości odesłania ludzi do krajów pochodzenia.

Kwestia rosyjska i interesy Polski

Znaczną część rozmowy poświęcono relacjom niemiecko-rosyjskim i ich znaczeniu dla Polski. Rybińska przypomniała, że skłonność do zbliżenia z Rosją nie jest wynalazkiem AfD. „Stosunek w ogóle Niemiec do Rosji jest potężnym problemem dla Polski już od dawien dawna" - stwierdziła, wskazując, że AfD formułuje takie oczekiwania jedynie otwarciej niż reszta klasy politycznej.

W tym punkcie ujawniła się różnica zdań między rozmówczyniami. Grzegorz Ślubowski zwrócił uwagę, że kanclerz Merz zajmuje wobec Rosji twarde stanowisko - zwłaszcza w kontekście ataków hybrydowych oraz incydentu z dronami w rejonie lotniska w Lipsku. „Merz zmienił w tym sensie niemiecką politykę" - przyznała Doleśniak-Charczuk, dodając jednocześnie: „Ale ma jakiś wybór?".

Rybińska pozostała sceptyczna. „Polityka niemiecka względem Rosji zależy od tego, jak jest zdefiniowany w danej chwili interes państwa niemieckiego. I na pierwszym miejscu jest to interes gospodarczy" - argumentowała. Zwróciła też uwagę na sprzeczne sygnały: równolegle do twardej retoryki ma się rozpocząć proces Ukraińców podejrzewanych o wysadzenie Nord Stream.

Obie rozmówczynie przestrzegały przed traktowaniem AfD jako partii wyłącznie prorosyjskiej. Doleśniak-Charczuk wskazała na euroatlantyckie sympatie Alice Weidel, jej pozytywny stosunek do Donalda Trumpa i Elona Muska. Siegmund miał zapowiadać, że w razie dojścia do władzy zaproponuje Muskowi przeniesienie fabryki z Brandenburgii do Saksonii-Anhalt, gwarantując mu spokój od protestów i ataków na infrastrukturę.

W kwestii wpływu na pozycję Polski Rybińska ostrzegała przed nadmiernym optymizmem. „Nie szukajmy w Niemczech polityków" wpisujących się w polski interes - powiedziała. „Możemy mieć zbieżne interesy w danym momencie, ale Niemcy będą nasze interesy brać pod uwagę" tylko doraźnie. Jej zdaniem głównym zagrożeniem jest niezdolność Niemiec do reform wewnętrznych i związana z tym próba eksternalizacji kosztów za pomocą narzędzi unijnych.

Struktura partii i osobowości

Rozmówczynie opisały AfD jako twór o zróżnicowanych, często sprzecznych skrzydłach, spajany przez duet przywódczy. Alice Weidel - ekonomistka z doświadczeniem pracy w Chinach, żyjąca w Szwajcarii w związku z partnerką - obsługuje elektorat intelektualistów i euroatlantyków. Tino Chrupalla, z zawodu malarz, reprezentuje rzemieślników, drobnych przedsiębiorców i ludzi pracy.

Zapytana o stosunek partii do środowisk LGBT, Doleśniak-Charczuk odpowiedziała, że zależy on „od landu, od programu i od szpicy kandydata". Przywołała słowa Weidel, według których czym innym jest życie w związku homoseksualnym, a czym innym „propaganda LGBT". Wskazała też, że część homoseksualnych wyborców głosuje na AfD, dostrzegając w niej obronę przed migrantami o odmiennym systemie wartości.

Trzeci biegun partii tworzy Björn Höcke, nauczyciel historii i lider rozwiązanego formalnie radykalnego skrzydła Flügel, odwołujący się do symboliki narodowej. To właśnie wątki rewizjonizmu historycznego rozmówczynie uznały za najbardziej niepokojące z polskiej perspektywy.

Doleśniak-Charczuk zwróciła uwagę na retorykę odrzucającą „kult winy", obecną w programie Schneidera. AfD przejęła też od chadecji środowiska wypędzonych, głównie potomków dawnych działaczy. „Nas przecież atakują, pytają, czy my lubimy być ofiarami" - relacjonowała, opisując próby relatywizowania niemieckiej odpowiedzialności historycznej.

Narzędzia obrony systemu i groźba delegalizacji

Uczestniczki dyskusji omówiły instrumenty, jakimi dysponuje niemiecki system polityczny wobec AfD. Wśród nich wymieniono powtarzanie głosowań, niedopuszczanie kandydatów do wyborów na podstawie obserwacji kontrwywiadu oraz ujawnianie kontrowersyjnych spotkań, jak głośna „konferencja w Poczdamie" dotycząca reemigracji.

Najdalej idącym narzędziem pozostaje delegalizacja partii. Doleśniak-Charczuk wyjaśniła, że procedurę może wszcząć Bundestag, Bundesrat lub prezydent, kierując wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, jest ona jednak długotrwała i wymaga solidnej dokumentacji. Przypomniała nieudaną próbę delegalizacji NPD - Trybunał uznał wówczas, że partia składała się niemal wyłącznie z informatorów kontrwywiadu.

Rybińska oceniła, że moment na delegalizację AfD bez poważnych reperkusji już minął. „Można to zrobić na etapie, kiedy partia ma parę procent poparcia. Jeżeli ma 30 na poziomie federalnym, a w niektórych landach 44, to już jest bardzo ryzykowne przedsięwzięcie" - argumentowała, wskazując na ryzyko wzmożenia frustracji milionów wyborców.

Rząd Merza w decydującym momencie

W konkluzji rozmówczynie zgodziły się, że wynik w Saksonii-Anhalt to sygnał ostrzegawczy dla Berlina. Doleśniak-Charczuk podsumowała, że rząd Merza otrzymał „czerwoną kartkę od obywateli bardzo słabego strukturalnie landu", w którym wiele obietnic gospodarczych się nie spełniło - od upadłej inwestycji Intela pod Magdeburgiem po produkcję paneli słonecznych wypartą przez konkurencję chińską.

Rozmówczynie zwróciły uwagę na słabnącą pozycję samego kanclerza. Merz miał na kilka dni przed głosowaniem stwierdzić w telewizji publicznej, że zwycięstwo AfD ściągnie land gospodarczo w dół - argument, który Doleśniak-Charczuk odczytała jako oznakę desperacji. Coraz częściej mówi się o możliwej wymianie kanclerza, a najbliższe wybory w Berlinie i Meklemburgii mogą tę presję jeszcze zwiększyć.

Rybińska przedstawiła szerszy kontekst: strukturalny kryzys niemieckiej gospodarki, która jej zdaniem będzie stagnować przez długi czas, oraz osłabienie pozostałych filarów Unii Europejskiej - od zadłużonej Francji po Hiszpanię. Przywołała też prognozy grupy METIS z Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium, według których w najczarniejszych scenariuszach Polska mogłaby zawiązać sojusz obronny z państwami bałtyckimi i skandynawskimi, traktowana jako region stabilniejszy niż osuwające się w chaos Niemcy.

Ostateczne wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdy zastąpią sondażowe prognozy, przesądzą o kształcie przyszłego rządu landowego. Jak zapowiedziano w studiu, temat niemieckiej polityki pozostanie przedmiotem kolejnych rozmów w najbliższych tygodniach.