Szatkowski: Rosja testuje NATO, ale eskalacja nie jest przesądzona
Były ambasador RP przy NATO Tomasz Szatkowski ocenił w programie "Kanał Otwarty", że seria ostatnich incydentów w Polsce - od naruszeń przestrzeni powietrznej po ataki dronowe - to element rosyjskiej strategii testowania Sojuszu. Zdaniem dyplomaty działania Władimira Putina wynikają z desperacji wobec strategicznej porażki na Ukrainie, a dalsza eskalacja pozostaje możliwa do powstrzymania, jeśli Zachód wykaże gotowość do stanowczej odpowiedzi.
Wojna o "nieostrych granicach"
Szatkowski umieścił bieżące wydarzenia w ramach zachodniej i rosyjskiej doktryny wojskowej. W zachodnim rozumieniu to jedna ze wstępnych faz przygotowania operacji zbrojnej - tak zwane kształtowanie teatru operacyjnego. Rosyjska perspektywa jest jednak szersza.
- Rosyjska doktryna postrzega wojnę jako zjawisko o nieokreślonych, o nieostrych granicach. Tak naprawdę nie ma do końca pokoju, nigdy nie ma do końca wojny, chociaż raczej bardziej jest wojna - powiedział były wiceminister obrony. W trakcie pokoju Moskwa wykorzystuje służby specjalne i działania hybrydowe do realizacji swoich celów.
Były ambasador podkreślił jednak, że eskalacja nie jest nieunikniona. - Jeśli uda nam się odstraszyć Federację Rosyjską, jeśli uda nam się przekonać Władimira Putina, że czekają go konsekwencje, których nie jest w stanie udźwignąć, to do dalszej eskalacji nie dojdzie - stwierdził. Jednym z celów niższych stopni eskalacji jest bowiem testowanie, jak daleko można się posunąć i czy koszty będą warte potencjalnych zysków.
Desperacja zamiast siły
Pytany, czy działania Putina są pokazem siły, czy słabości, Szatkowski wskazał na drugą możliwość. Wojna na Ukrainie ciągnie się blisko pięć lat - dłużej niż z sowieckiej perspektywy trwała wielka wojna ojczyźniana - a jej efekty pozostają ograniczone.
- Naprawdę nikt by sobie nie wyobrażał w lutym 2022 roku, że po pięciu prawie latach wojny Federacja Rosyjska będzie w tym miejscu, gdzie dzisiaj jest, przy takich stratach, które poniosła - ocenił. Jego zdaniem ta strategiczna porażka jest coraz wyraźniej uświadamiana przez rosyjskie elity, co popycha Putina do podwyższania stawki.
Szatkowski przypomniał, że rosyjski przywódca ma historię błędnych kalkulacji. - Wszyscy chyba byliśmy w takim błędnym przekonaniu, że reformy wprowadzane wcześniej przez Sierdiukowa i Szojgu były znacznie bardziej efektywne - mówił, wskazując na niedoszacowanie skali korupcji i braku zmian kulturowych w rosyjskich siłach zbrojnych.
W ocenie byłego dyplomaty celem obecnych działań jest ukształtowanie korzystniejszej pozycji negocjacyjnej. - Sytuacja wewnętrzna wydaje się pchać Władimira Putina do jakiejś próby zagrania va banque, do próby wystraszenia Zachodu, który wspiera Ukrainę, aby ukształtować dla siebie bardziej korzystne warunki negocjacyjne - powiedział, wiążąc to z amerykańskimi próbami doprowadzenia do zamrożenia konfliktu.
Sygnał wysłany znad Kaliningradu
Szatkowski zwrócił uwagę na natowskie operacje w przestrzeni powietrznej wokół Kaliningradu, obserwowane w ostatnim czasie na aplikacjach śledzących ruch lotniczy. Z jego rozmów z dyplomatami w kwaterze głównej wynika, że był to zamierzony sygnał.
- To rzeczywiście był jeden z zamierzonych sygnałów wysyłanych Władimirowi Putinowi, pokazujący gotowość Sojuszu do odważnych działań, które miałyby być odwetem za ewentualną dalszą eskalację - wyjaśnił. Działania przeprowadzono w domenie, w której Zachód zachowuje zdecydowaną przewagę jakościową nad Rosją, czyli w powietrzu.
Były ambasador wskazał zarazem na istotę rosyjskiej taktyki podprogowej. Polega ona na prowadzeniu działań, których nie da się jednoznacznie uznać za klasyczną agresję zbrojną lub które zostaną tak zidentyfikowane zbyt późno, co utrudnia polityczną decyzję o zbrojnej odpowiedzi. - Co innego byłoby, gdyby doszło do klasycznej agresji militarnej. Wówczas jestem przekonany, że nastąpiłaby jednoznaczna odpowiedź Sojuszu - zaznaczył.
NATO z inną "pamięcią mięśniową"
Szatkowski ocenił, że świadomość rosyjskiej strategii w NATO jest dziś nieporównanie większa niż przed pełnoskalową agresją na Ukrainę. Przywołał wspomnienia z 2014 roku, gdy część sojuszników wątpiła nawet w to, że Krym zajmują Rosjanie.
- Poziom naiwności, poziom niewiedzy, poziom takiego chciejstwa był bardzo wysoki - wspominał. Zmianę przyniosły lata i kolejne działania Moskwy. - Rosjanie sami na końcu pomogą. I rzeczywiście Władimir Putin nigdy nie zawodził - stwierdził, wymieniając otrucia, działania szpiegowskie i groźne manewry.
Za przełomowy uznał 24 lutego 2022 roku. Podczas jednego z najkrótszych posiedzeń Rady Północnoatlantyckiej Sojusz po raz pierwszy w historii uruchomił plany operacyjne, dając dowódcy strategicznemu narzędzia do elastycznego reagowania. Wcześniejsze próby Polski i państw o podobnej percepcji były przez tygodnie blokowane.
Szatkowski zauważył, że część sojuszników przyznaje dziś Polsce rację, lecz nie zawsze idzie za tym gotowość do wsłuchiwania się w jej głos w przyszłości. - Nie zawsze towarzyszy im refleksja, że skoro mieliśmy rację wtedy, to może warto nas więcej słuchać - powiedział.
Amerykanie nie znikną, ale sił ubędzie
Odnosząc się do amerykańskiego przeglądu obecności wojskowej w Europie, były ambasador ostrzegł przed emocjonalnymi reakcjami. - Postawa martwienia się w tej sytuacji jest ostatnim, czym powinniśmy się zajmować. Powinniśmy robić swoje - stwierdził.
Jego zdaniem Amerykanie nie wycofają się całkowicie, a rozważana redukcja może pozostawić poziom obecności wyższy niż w połowie kadencji Baracka Obamy. Głównym priorytetem Waszyngtonu pozostanie jednak zachodni Pacyfik. Szatkowski podkreślił, że nawet uszczuplone siły amerykańskie - w połączeniu z zaangażowanymi Europejczykami - mogą stworzyć wystarczający efekt odstraszania.
Były wiceminister nie miał złudzeń, że po ewentualnym zamrożeniu konfliktu wrócą dawne tendencje. - Nie łudźmy się, zaczną się. Oczywiście język będzie inny, będzie inny klimat wokół tego wszystkiego, ale na pewno tak - ocenił, opowiadając się za tym, by Polska w razie dialogu z Rosją stawiała własne warunki i "siedziała przy stole", zamiast być na nim.
Spór o broń jądrową i błąd wiceministra
Szatkowski skrytykował wypowiedź wiceszefa MON Pawła Zalewskiego wykluczającą głowice jądrowe na polskim terytorium. - Duży błąd ze strony ministra Zalewskiego - powiedział, dodając, że tego typu stanowisko osłabia polską pozycję negocjacyjną w Sojuszu i łamie zasadę braku klarowności co do rozmieszczenia broni jądrowej.
Były ambasador opowiedział się za dążeniem Polski do programu nuclear sharing. - Korzyści przewyższają straty. Oczywiście tworzymy pewne ryzyko, ale to ryzyko współdzielimy wówczas z najpotężniejszym państwem na świecie - argumentował. Przypomniał, że w czasach Układu Warszawskiego sowieckie głowice jądrowe stacjonowały na terytorium Polski.
W jego ocenie Polska powinna wykorzystywać dobre relacje prezydenta Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem do wzmacniania obecności amerykańskiej, ale zawsze z prymatem budowy własnego potencjału. Szatkowski przypomniał, że wcześniejsze deklaracje z Białego Domu przez miesiące nie były wdrażane, a do działania zmobilizowała rząd dopiero sprawa skasowanej rotacji amerykańskiej brygady.
"Kolos na glinianych nogach"
Pytany o stan przygotowania Polski, były wiceminister przytoczył ocenę jednego z rosyjskich analityków, który określił polskie siły zbrojne jako "kolosa na glinianych nogach". Uznał ją za uproszczenie, które jednak "w jakiś sposób oddaje istotę rzeczy".
Polska buduje liczny potencjał sprzętowy - czołgi, artylerię, obronę powietrzną - lecz problemem pozostaje całościowy system. - Wojna to system. Siły zbrojne są tylko częścią tego systemu, bo musi być on wspierany przez obronę cywilną, przez właściwe kierowanie państwem, przez zgranie dyplomacji i służb specjalnych - wyjaśnił.
Szatkowski wskazał na braki w logistyce, zapleczu medycznym, zasobach do szkolenia i napraw oraz na potrzebę realnego testowania gotowości sił zbrojnych zamiast poprzestawania na defiladach. Za kluczowe uznał głębszą integrację systemów bezzałogowych i sztucznej inteligencji z klasycznymi zdolnościami - bez bezrefleksyjnego kopiowania doświadczeń z Ukrainy.
Rozmowę zamknął apelem o samodzielność strategiczną. Były ambasador postulował wykorzenienie naleciałości z czasów Układu Warszawskiego, gdy polskie wojsko przyjmowało gotowe rozwiązania z zewnątrz. - To my powinniśmy dla siebie prowadzić tego typu badania, powinniśmy wdrażać wnioski. Aby myśleć sami za siebie - podsumował, kończąc rozmowę umiarkowanie optymistyczną oceną: - Szklanka nie jest nigdy całkowicie pusta, jest przynajmniej trochę pełna.