Powrót

AfD wygrywa wybory w Saksonii-Anhalt z blisko 45 procentami

Alternatywa dla Niemiec zdobyła według prognoz wyborczych około 44,5 procent głosów w wyborach do parlamentu krajowego Saksonii-Anhalt, wyprzedzając o ponad 26 punktów procentowych dotychczas rządzącą CDU. Głosowanie zakończyło się o godzinie 18, a frekwencja sięgnęła 65,3 procent - o 25 punktów więcej niż w poprzednich wyborach. To pierwszy w historii wynik, który daje AfD realną szansę na samodzielne rządzenie niemieckim landem.

Rewolucja pod katedrą w Magdeburgu

Wieczór wyborczy w Magdeburgu przebiegał w atmosferze silnej polaryzacji. Przed katedrą, w sercu miasta, zgromadzili się przeciwnicy AfD, a według relacji reporterów na plac wjeżdżał autobus z megafonem nadający hasła wymierzone w zwycięską partię.

Pierwsza prognoza po zamknięciu lokali dawała AfD 44,5 procent, CDU 18,5 procent, Linke 9,5 procent, Zielonym 9 procent, SPD 8 procent, a Sojuszowi Sahry Wagenknecht 5 procent. FDP z wynikiem 2 procent znalazło się poza parlamentem.

Kolejna prognoza z badania innej pracowni skorygowała wynik AfD do 44 procent, a Sojusz Sahry Wagenknecht do 4,8 procent - poniżej progu wyborczego. Różnice między badaniami dotyczyły przede wszystkim liderującej partii; pozostałe wyniki utrzymywały się na zbliżonym poziomie.

Wynik ma znaczenie wykraczające poza jeden land. Lider AfD w Saksonii-Anhalt Ulrich Siegmund wielokrotnie zapowiadał, że utworzy rząd wyłącznie wtedy, gdy partia uzyska samodzielną większość - około 45 procent. Jeśli takiej większości nie osiągnie, AfD pozostanie w opozycji.

Trzy osie kampanii: imigracja, tożsamość, Rosja

Reporterzy relacjonujący wybory z Magdeburga wskazali trzy główne tematy kampanii. Pierwszym była imigracja, którą eksperci wymieniali jako najważniejszy problem Niemiec „po pierwsze, po drugie i po trzecie".

Zwolennicy AfD, z którymi rozmawiano, podkreślali, że nie sprzeciwiają się cudzoziemcom jako takim, lecz osobom, które nie pracują i nie integrują się. Jeden z rozmówców, dawny obywatel NRD, ujął to tak: „Nie mamy nic przeciwko cudzoziemcom. Ale ci, którzy mają nakaz opuszczenia kraju, muszą wyjechać". Inny dodawał: „Jest mi całkowicie obojętne, skąd kto pochodzi, ale muszą pracować".

Drugą osią była niemiecka tożsamość i duma narodowa. Politycy i wyborcy AfD powtarzali, że chcą być dumni ze swojego kraju i flagi, czego - ich zdaniem - przez lata im zabraniano. Dwa tygodnie przed wyborami na Domplatz doszło do incydentu z niemiecką flagą, którą - jak twierdził Siegmund - usunęła policja. Podczas wieców przeciwników AfD dominowały natomiast transparenty antyfaszystowskie i antynazistowskie.

Trzecim, najbardziej dzielącym tematem był stosunek do Rosji. Wielu zwolenników AfD powtarzało, że wojna na Ukrainie „nie jest naszą wojną", a pieniądze przeznaczane na jej wsparcie powinny zostać w Niemczech. Część rozmówców kwestionowała nawet przyczyny konfliktu, pytając, „kto go tak naprawdę wywołał". Padały też postulaty odbudowy współpracy energetycznej z Rosją, w tym gazociągów Nord Stream.

„Wszyscy razem przeciwko faszystom"

Po drugiej stronie sporu stanęli uczestnicy „festiwalu na rzecz demokracji" pod katedrą, w którym - według organizatorów - wzięło udział ponad 300 organizacji politycznych i tysiące osób prywatnych. Nocny marsz z lampionami zgromadził według relacji około sześciu tysięcy ludzi.

Wspólnym hasłem manifestujących było: „Wszyscy razem przeciwko faszystom". Uczestnicy podkreślali, że przybyli bronić demokracji, którą uważają za zagrożoną. „Jeżeli AfD, zwłaszcza tutaj, w Saksonii-Anhalt, dojdzie do władzy, to stosunkowo szybko przestaniemy być demokracją" - mówił jeden z nich, przypominając, że urząd ochrony konstytucji zaklasyfikował miejscową AfD jako partię skrajnie prawicową.

Inni rozmówcy zajmowali stanowisko bardziej pojednawcze. „Wiele osób zagłosuje na AfD i również ci ludzie powinni i muszą zostać wysłuchani. Trzeba się zastanowić, jakie wartości możemy uzgodnić z tymi ludźmi" - mówił jeden z uczestników. Padały też ostrzejsze oceny: „Faszyzm nie jest stanowiskiem politycznym, ale przestępstwem".

Reporterzy zwrócili uwagę na paradoks tych deklaracji - obrona demokracji formułowana była w momencie, gdy demokratyczna partia wygrywała demokratyczne wybory. Zauważyli również wulgarny charakter części haseł kierowanych z autobusu przeciwników AfD oraz obecność transparentów z napisem „FCK AFD".

Dwa oblicza wschodnich Niemiec

Reporterzy odwiedzili kilka miejscowości landu, kontrastując uporządkowane centrum Magdeburga z dzielnicą Halle-Neustadt. To osiedle wielkopłytowych bloków z czasów NRD, zaprojektowane niegdyś dla ponad 50 tysięcy mieszkańców, w części opustoszało po zjednoczeniu Niemiec.

Gdy do Niemiec napłynęła fala imigrantów, część bloków wyremontowano i przeznaczono na mieszkania socjalne. „Jeśli ktoś by mnie tam wrzucił, nigdy nie pomyślałbym, że to są Niemcy" - relacjonował jeden z reporterów, opisując centrum handlowe przypominające wyglądem placówkę z lat 90.

Frustracja ekonomiczna była - zgodnie z relacjami - powszechna. Rozmówcy wskazywali na wysokie ceny energii, koszty życia i pogarszającą się sytuację gospodarczą. „Establishment doprowadził kraj do obecnego stanu. Wszystkie miasta są mniej lub bardziej zbankrutowane" - mówił jeden z wyborców, wiążąc kryzys z kosztami polityki migracyjnej i wsparcia dla Ukrainy.

Kto stoi za AfD

W studyjnej części programu ekspertki od polityki niemieckiej - Aleksandra Rybińska i Olga Doleśniak-Harczuk - rozłożyły wynik na czynniki. Podkreśliły, że elektorat AfD ewoluował: partia nie jest już wybierana wyłącznie w geście protestu, lecz zdobywa zaufanie w konkretnych obszarach kompetencji.

Rybińska zwróciła uwagę na wewnętrzne zróżnicowanie partii. Jej twarze reprezentują odmienne środowiska: Alice Weidel - z wykształceniem ekonomicznym i euroatlantyckimi sympatiami, żyjąca w związku z partnerką i wychowująca dzieci; Tino Chrupalla - dawny malarz odwołujący się do klasowych resentymentów; oraz Björn Höcke, nauczyciel historii o poglądach nacjonalistycznych.

Doleśniak-Harczuk wskazała na Alexandra Tillschneidera, autora programu polityki kulturalnej i pamięci historycznej AfD w Saksonii-Anhalt. „Jeśli AfD wygra w Saksonii-Anhalt, to ten program Tillschneidera stanie się manifestem całej AfD" - oceniła. Program ten zakłada między innymi zmuszenie nauczycieli do neutralności światopoglądowej i wycofanie ze szkół inicjatyw antyrasistowskich.

Obie ekspertki odniosły się do zarzutów o powiązania części działaczy AfD ze środowiskami skrajnymi. Wskazały, że wokół Ulricha Siegmunda znajdują się osoby, które przed laty uczestniczyły w obozach o charakterze skrajnie prawicowym. Siegmund miał tłumaczyć, że nie pytał współpracowników o „rodowód" i że wydarzenia sprzed dwóch dekad nie powinny obciążać teraźniejszości.

„Czerwona kartka" dla rządu Merza

Zapytane o polityczne znaczenie wyniku, ekspertki jednoznacznie określiły go jako „czerwoną kartkę" dla rządu federalnego. Rybińska wskazała, że tuż po zakończeniu głosowania badania pokazywały, iż 60 procent wyborców odczytuje wynik jako sygnał sprzeciwu wobec koalicji w Berlinie, a jedynie 30 procent - jako poparcie dla reform kanclerza Friedricha Merza.

Doleśniak-Harczuk podkreśliła osobisty wymiar porażki. „Współczuję Friedrichowi Merzowi. Myślę, że ten dzień jest takim dniem sądnym" - powiedziała, wskazując na rosnącą presję wewnątrz CDU dotyczącą tak zwanej zapory ogniowej wobec AfD. Zwróciła uwagę, że elektorat chadecji częściowo pokrywa się z elektoratem AfD, co czyni utrzymanie kordonu sanitarnego coraz trudniejszym.

Ekspertki opisały możliwe warianty utworzenia rządu: koalicję CDU z partiami lewicowymi, rząd mniejszościowy lub układ z udziałem Sojuszu Sahry Wagenknecht - o ile ten przekroczy próg. Przypomniały, że podobne konstrukcje w Turyngii i Saksonii już się chwieją, a w Turyngii Sojusz Sahry Wagenknecht rozpada się z powodu wewnętrznych napięć.

Rybińska oceniła, że Niemcy weszły w fazę politycznej niestabilności. „To już nie jest Angela Merkel - 16 lat, ten sam kanclerz, stabilna wielka koalicja. Ludzie stracili zaufanie do tradycyjnych partii, bo oczekiwali reform, które nigdy nie następowały" - stwierdziła.

Strukturalny kryzys i pytanie o interes Polski

Obie rozmówczynie wskazały na strukturalny charakter kryzysu niemieckiej gospodarki. Przemysł zbudowany w latach 50. - jak argumentowała Rybińska - nie przystaje do współczesnego świata, ma problem z przejściem na robotykę, a sprzedaż firm chińskim inwestorom wyhodowała konkurencję niszczącą niemieckie zakłady. Jako przykład padła fabryka Intela pod Magdeburgiem, której budowa upadła.

Doleśniak-Harczuk przytoczyła badanie z Saksonii-Anhalt: 90 procent mieszkańców deklaruje zadowolenie z obecnego stanu, ale tylko 17 procent wierzy, że w przyszłości nadal będzie dobrze. „Boją się przyszłości" - podsumowała.

Ekspertki różniły się w ocenie skutków niemieckiego kryzysu dla Polski. Rybińska widziała w słabości Niemiec szansę, którą polskie elity mogłyby wykorzystać, gdyby wiedziały, czego chcą. Doleśniak-Harczuk była ostrożniejsza, wskazując na głębokie zależności gospodarcze: „To nie jest tak, że my jesteśmy podwykonawcą niemieckich firm - dużo polskich firm przejęło niemieckie firmy w ostatnich latach". Ostrzegła, że kryzys w Niemczech może „odbić się nam czkawką".

W kontekście stosunku do Rosji ekspertki oceniły, że Merz prowadzi twardszą politykę niż jego poprzednicy. Rybińska zwróciła jednak uwagę na sprzeczne sygnały: z jednej strony ostry ton po incydencie na lotnisku w Lipsku, z drugiej - rozpoczynający się proces Ukraińców oskarżanych o wysadzenie Nord Stream. Doleśniak-Harczuk przypomniała ograniczone pole manewru kanclerza wobec ataków hybrydowych o niepewnej atrybucji.

Ostrzeżenie dla mainstreamu

Ekspertki omówiły także narzędzia, którymi niemiecki system dysponuje wobec AfD: powtarzanie głosowań, niedopuszczanie kandydatów będących pod obserwacją kontrwywiadu oraz kampanie po ujawnieniu spotkań działaczy. Jako przykład wskazały aferę „Wannsee 2.0", po której poparcie AfD spadło z 23-24 do 19 procent.

Kwestię delegalizacji partii ekspertki uznały za teoretycznie możliwą, lecz ryzykowną i długotrwałą. Rybińska zauważyła, że przy poparciu sięgającym 30 procent na poziomie federalnym i 44 procent w landzie taki krok „wkurzyłby 30-40 milionów ludzi". Przypomniała też, że wcześniejsza próba delegalizacji NPD nie powiodła się, a głębokość infiltracji partii przez służby czyni całą procedurę problematyczną.

Rybińska przestrzegła polską prawicę przed instrumentalnym traktowaniem przez AfD. Opisała otrzymywane zaproszenia od Eriki Steinbach i fundacji Desiderius-Erasmus-Stiftung. „Oni myślą, że wezmą polską prawicę, użyją jej do tego, żeby osłabić tę zaporę ogniową, ale ja w tym uczestniczyć nie będę. Jeżeli chcecie walczyć z rządem, to walczcie z nim sami, a nie moimi rękami" - powiedziała.

Do sposobu rozmowy z AfD odniosła się na przykładzie wystąpienia profesora Andrzeja Nowaka w Bundestagu, który „bardzo suwerennie" i partnersko przedstawił polski punkt widzenia oraz polskie dokumenty historyczne. Obie ekspertki zgodziły się, że z AfD należy rozmawiać merytorycznie, na argumenty, unikając zarówno naiwności, jak i uproszczonych porównań.

Kontekst i perspektywa

Wynik w Saksonii-Anhalt wpisuje się w szerszy trend. AfD osiąga na poziomie federalnym około 29 procent poparcia, a w tym landzie podwoiła rezultat sprzed czterech lat, gdy zdobyła 18,5 procent. W ciągu dwóch tygodni odbędą się kolejne wybory - w Berlinie oraz w Meklemburgii-Pomorzu Przednim.

Ekspertki przywołały prognozy grupy METIS z uniwersytetu Bundeswehry w Monachium, opisujące scenariusze przejęcia władzy przez AfD na poziomie federalnym: efekt domina w Europie, osłabienie Unii Europejskiej i NATO. W tym kontekście wskazały na potencjalne przesunięcie stabilności politycznej ku Europie Środkowej.

Reporterzy z Magdeburga podsumowali, że Niemcy przechodzą polityczną rewolucję - z kraju rządzonego przez spokojny konsens stają się areną głębokiej polaryzacji. Otwartym pytaniem pozostaje, czy kordon sanitarny wobec AfD utrzyma się po tym wyniku i jaką odpowiedź na porażkę znajdzie kanclerz Merz, którego rząd - jak zapowiadają komentatorzy - czeka nieprzespana noc.