Powrót

Bandera, Rzeź Wołyńska, Polska - Ukraina. UPA, AK - czy można porównywać? Piotr Gursztyn

UPA i Armia Krajowa to nieporównywalne organizacje. Historyk wylicza fundamentalne różnice

Zestawianie ukraińskiej powstańczej armii z Armią Krajową, które pojawiło się ostatnio w debacie publicznej, jest historycznie nieuprawnione - przekonuje historyk i publicysta Piotr Gursztyn. W rozmowie poświęconej spuściźnie UPA, rzezi wołyńskiej oraz aktualnemu sporowi polsko-ukraińskiemu wokół kultu Stepana Bandery wskazuje, że obie organizacje różni niemal wszystko: status prawny, charakter polityczny, dokumenty programowe i stosunek do ludności cywilnej.

Armia państwowa kontra zbrojne ramię partii

Pierwsza i fundamentalna różnica dotyczy statusu obu formacji. Armia Krajowa była - jak podkreśla Gursztyn - wojskiem państwowym, podlegającym uznanemu międzynarodowo rządowi w Londynie. W trakcie powstania warszawskiego nawet Niemcy musieli nadać jej żołnierzom prawa kombatanckie, łamiąc dotychczasową ideologię traktującą Polaków jako „podludzi".

AK skupiała w ramach akcji scaleniowej środowiska o bardzo różnej proweniencji - od PPS-owskiej i ludowej po endecką i postsanacyjną - reprezentując praktycznie wszystkie nurty polskiego społeczeństwa poza komunistami. Częściowa fronda Narodowych Sił Zbrojnych była wyjątkiem, zwłaszcza że narodowcy mieli swoich przedstawicieli w rządzie londyńskim.

UPA natomiast powołała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów - podziemna, nielegalna już przed wojną partia. „Owun była wojskiem partyjnym" - mówi Gursztyn. W okresie międzywojennym najpopularniejszą siłą wśród Ukraińców w II RP było umiarkowane Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne (UNDO), mające wicemarszałka polskiego Sejmu. Legalną partię okupanci sowieccy rozbili błyskawicznie w 1939 roku, aresztując jej starszych, nieprzygotowanych do konspiracji działaczy. W powstałą próżnię weszła OUN.

Bratobójcza walka i radykalizacja banderowców

Sama OUN dzieliła się na frakcje. Banderowcy (OUN-B) walczyli o dominację z melnykowcami (OUN-M), wystrzeliwując ich przywódców i przejmując struktury. Spór dotyczył strategii wobec Niemiec: melnykowcy, w stylu polityków typu rusińsko-ukraińskich elit I wojny światowej, chcieli podpiąć się pod III Rzeszę. Banderowcy zachowali większą autonomię, ale i radykalizm.

„Owun był dużo bardziej radykalny, co zresztą potem efektem tego była rzeź wołyńsko-małopolska" - wskazuje Gursztyn. Melnykowcy, jego zdaniem, „dorośli do poziomu zbrodni wojennej" - odpowiadają m.in. za masakrę w Hucie Pieniackiej dokonaną przez kolaboracyjny pułk policyjny - natomiast banderowcy „byli gotowi i zresztą je realizowali do ludobójstwa".

Historyk przypomina jednocześnie, że nie cały ukraiński ruch niepodległościowy podzielał tę linię. Taras Borowiec, wywodzący się z nurtu petlurowskiego, jako pierwszy użył nazwy UPA dla swoich oddziałów na Wołyniu. Walczył z Polakami, ale - jak zaznacza Gursztyn - nie da się mu zarzucić nawet zbrodni wojennych. Banderowcy ukradli mu nazwę, a jego żonę zamordowali.

Dokumenty programowe: porządek versus czystka

Najgłębsza różnica między AK a UPA tkwi w dokumentach programowych obu podziemnych struktur. „W dokumentach programowych Polskiego Państwa podziemnego nie ma żadnego punktu, który by można nazwać zbrodniczym w stosunku do ludzi obywateli drugiej RP nie polskiego pochodzenia" - mówi Gursztyn. Zakładano powrót do status quo i pogłębienie demokracji, znacznie wykraczające poza autorytarny model przedwojenny.

Dokumenty OUN przewidywały coś przeciwnego: monoetniczne państwo wodzowskie, w którym dla Polaków „w ogóle nie było miejsca", a ekspulsja stanowiła założenie programowe. Decyzja o czystce etnicznej została podjęta świadomie przez dowódcę UPA-Północ Dmytro Klaczkiwskiego (pseudonim Kłym Sawur), a następnie rozszerzona przez Romana Szuchewycza na Małopolskę Wschodnią.

Gursztyn odrzuca narrację o spontanicznej „wojnie chłopskiej", popularną w Ukrainie, lecz przywoływaną także przez niektórych polskich publicystów. Wskazuje, że w szczytowym 1943 roku cała UPA liczyła około 30 tysięcy żołnierzy, a w zorganizowanym mordowaniu na Wołyniu uczestniczyło — według szacunków profesora Grzegorza Motyki - około 40 tysięcy osób na 2,5-milionowy region. „To była świadoma decyzja dobrze zorganizowanej organizacji politycznej".

Skala odwetu i pamięć o Wołyniu

Liczba ofiar rzezi wołyńskiej i małopolskiej sięga około 100 tysięcy Polaków. Polskie akcje odwetowe - koncentrowane głównie na pograniczu, m.in. na Chełmszczyźnie i wokół Hrubieszowa - pochłonęły według Gursztyna od 10 do kilkunastu tysięcy ofiar ukraińskich, „a to nie wszystko idzie na konto AK".

Najgłośniejsza zbrodnia tego typu - Wierzchowiny - obciąża NSZ. „To akurat bardzo to obciąża konto NSZ-u, bo to już był taki moment, kiedy nie trzeba było takich akcji robić" - ocenia historyk. Polskie strony wielokrotnie próbowały negocjować zawieszenie broni; ukraińscy parlamentariusze byli mordowani, jak Zygmunt Rumel - poeta i oficer AK, autor wiersza „Dwie matki", wysłany przez delegata rządu Kazimierza Banacha, by powstrzymać rzeź. Według niepotwierdzonej, lecz wiarygodnej wersji został rozerwany końmi.

Powojenna akcja „Wisła" - według Gursztyna „była niepotrzebna" i wpisuje się raczej w komunistyczną inżynierię społeczną niż w politykę wolnej Polski. Analogicznie sowiecka Ukraina wysiedliła niemal całą polską ludność ze Lwowa, podczas gdy Białoruska i Litewska SRR pozostawiły polskie społeczności wiejskie.

Bilans militarny UPA i porównania europejskie

Narracja o UPA walczącej „z dwoma totalitaryzmami" napotyka, zdaniem Gursztyna, dwa problemy. Po pierwsze, sama UPA była organizacją totalitarną - faszystowską, dążącą do dyktatury monoetnicznej. Po drugie, jej skuteczność militarna była ograniczona. Wobec Niemców UPA pozostawała powściągliwa; z Sowietami walczyła głównie w samoobronie. Według nawet rządowych źródeł sowieckich straty NKWD i Armii Czerwonej w walkach z UPA wyniosły 8-10 tysięcy ludzi - nieporównywalnie mniej niż ofiary rzezi wołyńskiej.

Gursztyn przywołuje analogie europejskie: Słowacja wycofała się z gloryfikacji państwa księdza Tisy, Chorwacja zrezygnowała z kultu ustaszy, Rumunia z rehabilitacji Antonescu. „To jest jednak dla państwa demokratycznego trucizna" - mówi. Tym bardziej, że ukraiński panteon historyczny - od średniowiecznych kniaziów przez Kozaczyznę po Petlurę i Strzelców Siczowych - daje, jego zdaniem, bogaty wybór alternatyw.

Kult Bandery jako narzędzie politycznej kalkulacji

Według Gursztyna kult Bandery na Ukrainie nie jest procesem naturalnym, lecz politycznie konstruowanym. Pierwszy sięgnął po niego prezydent Wiktor Juszczenko, gdy spadały mu notowania - nadał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy, co potępił Parlament Europejski. Później manewr powtarzali kolejni prezydenci, w tym Petro Poroszenko i Wołodymyr Zełenski.

Historyk wskazuje, że w momencie pełnoskalowej inwazji 2022 roku żadna jednostka ukraińskich sił zbrojnych nie miała patrona z UPA. Patronami byli średniowieczni kniaziowie, hetmani kozaccy oraz dowódcy walk o niepodległość 1914–1921. „Oni się dopiero zaczęli pojawiać" - mówi Gursztyn, łącząc to ze spadającą popularnością Zełenskiego w armii.

Na wschodzie Ukrainy upamiętnienia UPA były długo marginalne; tamtejsze społeczności skupiały się na pamięci o Wielkim Głodzie i tradycji kozackiej. „Państwo ukraińskie czy politycy ukraińscy, kijowscy nic nie mający wspólnego z UPA celowo sięgali i manipulowali" - ocenia historyk.

Bieżący kryzys i polskie pole manewru

Bezpośrednim tłem rozmowy jest decyzja prezydenta RP o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego oraz zapowiedź nadania tytułu Bohatera Ukrainy postaciom UPA. Gursztyn ocenia, że prezydent „chyba musiał" zareagować - wobec narastającej, jego zdaniem, arogancji ekipy Zełenskiego, mimo że wizyta szefa wywiadu Kyryła Budanowa była próbą gestu pojednawczego.

Historyk dostrzega tu „strzał w stopę" - ale stronie ukraińskiej, nie polskiej. „Gdybym był polskim rolnikiem teraz takim wielkoobszarowym, miał kilkaset hektarów i żył ze sprzedaży zboża, no to ja bym się cieszył z tej awantury o Banderę i z tego co zrobił Zełenski. To jest doskonały prezent, żeby opóźniać jakiekolwiek rozmowy akcesyjne Ukrainy".

Gursztyn wyraża przekonanie, że Ukraina prędzej czy później wycofa się z kultu UPA. Polska, jego zdaniem, dysponuje silniejszą pozycją negocjacyjną, niż często sama zakłada. Kraj sąsiedni jest zdemolowany wojną, finansowo zależny od Zachodu, a otoczony chłodnymi relacjami - z Rumunią, Słowacją i innymi. Wymaga to jednak racjonalnej dyplomacji i unikania zarówno neurotycznych reakcji, jak i obrażania zwykłych Ukraińców, wśród których - zwłaszcza po 2022 roku - sympatia do Polski wyraźnie wzrosła.

Tło: czego nie zmienią emocje

Polsko-ukraiński spór o historię toczy się na tle trwającej od 2014 roku wojny z Rosją, której pełnoskalowa faza wybuchła w lutym 2022 roku. Polska udzieliła Ukrainie bezprecedensowego wsparcia humanitarnego, militarnego i dyplomatycznego. Jednocześnie - jak pokazują kolejne badania opinii - wzajemne sympatie w obu społeczeństwach po początkowym entuzjazmie wyraźnie osłabły, zwłaszcza po polskiej stronie.

Spór o Banderę, UPA i rzeź wołyńską pozostaje przy tym dla Warszawy testem politycznej powagi: czy kult zbrodniarzy w państwie aspirującym do Unii Europejskiej może zostać przemilczany dla bieżącego sojuszu, czy też wymaga jednoznacznego stanowiska. Zdaniem Gursztyna wybór jest oczywisty - historia nie znosi znaków równości tam, gdzie ich nie ma.