Brak dowodów na zorganizowaną akcję w polskich szkołach
Po serii incydentów z udziałem uczniów policja weszła do tysięcy polskich szkół, a premier wygłosił orędzie - jednak zdaniem ekspertów nie ma dotąd żadnego dowodu procesowego łączącego te zdarzenia w zorganizowaną akcję. W programie Kanału Otwartego sytuację analizowali Dominika Bucholc, rzeczniczka fundacji Kids Alert, oraz Dariusz Loranty, emerytowany policjant. Oboje ostrzegali, że to dezinformacja i panika, a nie realna skala zagrożenia, napędziły wydarzenia ostatnich dni.
Co wiadomo o incydentach
Loranty zaapelował o zachowanie proporcji. „Nie robiłbym osobiście z tego sytuacji zagrożenia. Nie porównywałbym tego do amerykańskich czy francuskich szkół. To nie ten poziom w skali zagrożenia, nie taka liczba zdarzeń” - powiedział. Zastrzegł, że choć poszczególne przypadki można wiązać jako pewne zjawisko, nie można ich łączyć procesowo, czyli wykazać związku przyczynowo-skutkowego między sprawcami.
Pierwszym zdarzeniem, od którego - według byłego policjanta - należy zacząć, był przypadek młodego człowieka, który pochwalił się koledze w Skandynawii zamiarem dokonania zamachu. Zdarzenie zakończyło się zatrzymaniem i spełniało kryterium przygotowania do przestępstwa. Później doszło do serii incydentów z udziałem ucznia posługującego się nożem w obrębie szkół.
Pozostałe sytuacje Loranty określił jako „nadmuchane”. Opisał przypadek zatrzymania osoby, która miała przedmiot mogący być nożem, choć nożem nie był. Podkreślił przy tym, że tylko policja ma w Polsce uprawnienia do kontroli bagażu - „żadna pani woźna, żadna nauczycielka” nie może dokonać takiej czynności.
Mityczny „challenge”, którego nie było
Kluczowym wątkiem rozmowy była geneza paniki. Bucholc wskazała, że eskalacja nastąpiła po oświadczeniu premiera, gdy w mediach pojawiła się informacja o rzekomym internetowym wyzwaniu nakłaniającym uczniów do przynoszenia do szkół ostrych narzędzi.
Rzeczniczka Kids Alert kategorycznie temu zaprzeczyła. „Nie ma żadnego jednego pojedynczego challenge'u” - stwierdziła, dodając, że fundacja na bieżąco monitorująca internet nie odnotowała takiego trendu. „My to wczoraj puściliśmy właśnie na naszych mediach (…), że nie ma żadnego challenge'u. No i dzisiaj faktycznie rano policja również potwierdziła to, że nie ma takiego challenge'u w otwartych mediach społecznościowych.”
Zdaniem Bucholc doszło do nadinterpretacji słów premiera. Szef rządu miał mówić, że hejt, przemoc i challenge'e w internecie wzmagają radykalizację młodzieży - co jest prawdą - jednak przekaz odczytano jako istnienie jednego konkretnego wyzwania. „Media po prostu nie do końca chyba chciały usłyszeć, co było powiedziane” - oceniła, dodając, że i komunikacja premiera była niejasna.
Rzeczniczka zastrzegła jednocześnie, że brak otwartego challenge'u nie wyklucza istnienia zamkniętych społeczności. „Nikt nie powiedział, że nie jest to na zamkniętych grupach, na zamkniętych społecznościach, do których my jako fundacja absolutnie nie jesteśmy w stanie wejść” - wskazała, wymieniając komunikatory i czaty w grach. Dodała, że hipotezy o wojnie hybrydowej należy „zawsze z tyłu głowy mieć”, ale wobec braku jasnych śladów trudno spekulować.
Krwawy piątek i efekt naśladownictwa
Bucholc wskazała, że dzisiejszy dzień był kumulacją zjawisk z mediów społecznościowych wokół hasła tzw. krwawego piątku. Na grupach klasowych rodzice zaczęli panikować, a część młodzieży żartowała, że przyniesie do szkoły niebezpieczne przedmioty, próbując powielić efekt naśladownictwa.
Rzeczniczka opisała też dwuletnie starania fundacji o usunięcie z internetu brutalnego symulatora przemocy szkolnej. „Na ten moment jedyne, co się udało, to zdjąć ją z Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej” - przyznała. Dodała, że konto chłopca, który popełnił zbrodnię, powielało treści z tej gry, co może stanowić „pewne linkowanie” - inspirację, choć nie bezpośrednią przyczynę.
Według Bucholc dezinformacja rozniosła się dziś z niespotykaną wcześniej szybkością. „W momencie, kiedy każdy z nas może być autorem (…), mamy tą ilość dezinformacji, treści spreparowanych z łatwością przez AI” - oceniła. Zatrzymano między innymi młodego człowieka, który nakręcił trend krwawego piątku.
Spór o skalę reakcji policji
Loranty poddał w wątpliwość prezentowane liczby. W odpowiedzi na informację o wejściu funkcjonariuszy do 15 tysięcy szkół zauważył, że policjanci pracują w zespołach dwuosobowych, co oznaczałoby 30 tysięcy ludzi w ruchu. „Fałszywy obraz. Jakby policja nie miała problemów kadrowych. Pewnie byli w jednej trochę, w drugiej trochę” - stwierdził.
Działania prewencyjne uznał jednak za potrzebne, bo mają funkcję odstraszającą. „Wielu młodych ludzi, którzy planowali nawet się czymś pochwalić w szkole (…) uświadomili sobie, że mogą być poddani kontroli” - mówił. Jego zdaniem przekaz medialny o akcji policji uspokoił rodziców skuteczniej niż wcześniejsze plotki.
Były policjant nie krył, że politycy grają takimi informacjami. „Nie ma takiej władzy, która by tymi nie grała” - ocenił, ostrzegając jednocześnie, że może to być „bardzo niebezpieczna gra”. Przypomniał, że po tego typu zdarzeniach społeczeństwo bywa skłonne zaakceptować każdą formę kontroli i cenzury, mimo że - jak podkreślił - „do tej pory nie mamy żadnego choćby śladu wskazującego, że za pomocą internetu było podżeganie do przestępstwa”.
Prawo, wychowanie i rola państwa
Loranty wyjaśnił, że rolą policji jest ściganie takich stadiów przestępstwa jak pomocnictwo i przygotowanie, w tym nakłanianie. Diagnozą przyczyn społecznych zajmuje się natomiast kryminologia, a rozpoznawanie środowisk - jak zaznaczył - nie jest zadaniem policji w państwie demokratycznym.
Źródeł problemu upatrywał w błędach wychowawczych. „W szkole się lało, w szkole dokuczano, w szkole eliminowano z towarzystwa osoby” - mówił, przekonując, że dawne zachowania miały granice wyznaczone zasadami wychowawczymi, od których jego zdaniem odeszliśmy. Krytykował „poluzowanie form wychowawczych” i nadmiar poradników pisanych przez osoby bez własnych dzieci.
Bucholc zdecydowanie zaoponowała wobec diagnozy, że wystarczy powrót do dawnego wychowania. „Już wychowanie niestety to jest za mało, ponieważ nie tylko rodzic ma wpływ na to, co dziecko widzi” - argumentowała. Wskazała, że świat cyfrowy połączył się z rzeczywistym, a dziecko wykluczone z grupy klasowej jest wyśmiewane i doświadcza przemocy rówieśniczej.
Digital Services Act: bezpieczeństwo czy cenzura
Najostrzejszy spór dotyczył ustawy wdrażającej unijny akt o usługach cyfrowych. Bucholc broniła regulacji, prostując, że „to nie jest cenzura internetu, to nie jest zabranie wolności słowa, tylko to jest bezpieczeństwo”. Podkreśliła, że fundacja od lat bezskutecznie walczy z big techami o usunięcie brutalnych i pornograficznych treści, a bez unijnego narzędzia presja na amerykańskie platformy jest nieskuteczna.
Loranty uznał nowe przepisy za zbędne. „Współczesne państwo ma doskonałe narzędzia, tylko (…) odchodzą od tych narzędzi” - mówił, wskazując na prawo, wymóg jego stosowania i sprawność instytucji. Jako przykład podał zablokowanie w Polsce rosyjskich przekazów na YouTubie oraz działania Rafała Brzoski, który - jak przypomniał - ograniczył negatywne reklamy, ale uczynił to we Francji.
Bucholc odpowiedziała, że problem jest techniczny. Szkodliwe treści bywają ukrywane pod emotikonami i piosenkami - „zebra to jest samookaleczenie dłoni” - więc nie da się ich usunąć jednym zapisem prawnym jak rosyjskiej propagandy. Przyznała jednocześnie, że z kontrowersyjnego projektu usunięto zapis o „znacząco ważnej sprawie”, który otwierał furtkę dla nadużyć każdej władzy.
Rzeczniczka wyjaśniła, że prezydent podpisał część regulacji dotyczącą tzw. zaufanych podmiotów flagujących treści, natomiast zawetowany pozostaje fragment o rygorze natychmiastowej wykonalności przy usuwaniu treści. Opowiedziała się też za brakiem anonimowości w sieci: „Byłabym pierwszą osobą, która z wielką chęcią podpisałaby się pod każdą rzeczą, którą mówię w internecie.” Zastrzegła, że swoje dane powierzyłaby raczej polskiemu państwu niż big techom.
Oboje rozmówcy zgodzili się co do jednego: bezpieczeństwo dzieci powinno pozostać tematem ponadpolitycznym. Bucholc przypomniała, że ustawy dotyczące ochrony najmłodszych były jednym z nielicznych obszarów, w których politycy głosowali zgodnie, bez względu na afiliację.
Co z poniedziałkiem
Pytany o praktyczne wskazówki dla rodziców Loranty podkreślił, że po ustawie Lex Kamilek szkoły powinny weryfikować osoby z zewnątrz. Jego zdaniem wystarczy egzekwować istniejące procedury, a resort oświaty powinien jasno określić zasady kontaktu osób spoza placówki ze szkołą.
Bucholc zwróciła uwagę, że w opisywanych przypadkach zagrożenie stanowili sami uczniowie, nie osoby z zewnątrz. Zaapelowała do rodziców o rozmowę z dziećmi, które mogą bać się powrotu do szkoły, oraz o systematyczne zainteresowanie tym, co dziecko robi w cyberprzestrzeni i z kim rozmawia. „Bycie tym ciekawym rodzicem swojego dziecka i budowanie z nim tej relacji” uznała za kluczowe - zarówno po to, by dziecko w razie zagrożenia zaufało dorosłemu, jak i po to, by rodzic dostrzegł, gdy to jego dziecko wchodzi w niebezpieczne rejony internetu.
Rozmowa odbyła się w dniu, w którym - mimo głośnego hasła o krwawym piątku - nie doszło do nowych tragedii. Jej uczestnicy zgodnie wskazywali, że większym zagrożeniem niż same incydenty była lawinowo narastająca dezinformacja. Jak podsumował Loranty: „Narzekamy na nasz kraj (…), ale to nie jest taki zły kraj. Ta policja, jak było potrzeba, mimo takich ogromnych braków kadrowych, stanęła na wysokości zadania.”