Powrót

Śmierć laborantki w Irkucku i pytania o dżumę w Rosji

Pod koniec września w syberyjskim Irkucku zmarła 28-letnia pracownica instytutu badającego dżumę. Przez kolejne dni wokół jej śmierci narosła plątanina sprzecznych komunikatów, usuwanych wpisów i plotek o epidemii - na tyle poważna, że temat trafił na szczyt agendy dyplomatycznej, gdy prezydent USA Donald Trump zapowiedział rozmowę o nim z Władimirem Putinem.

Sytuację skomentował dla Kanału Otwartego Denis Salnikov, stały analityk spraw rosyjskich. Jak podkreślił, obraz zmienia się z dnia na dzień: „To, co jeszcze we wtorek, w poniedziałek wydawało się fake newsem, w środę już wygląda inaczej, po tym jak Biały Dom i prezydent Trump ogłosił, że będzie o tym rozmawiać z Putinem”. Kluczowym problemem pozostaje brak przejrzystości po stronie rosyjskiej, który - zdaniem Salnikova - obniża wiarygodność wszystkich płynących stamtąd informacji.

Co wiadomo, a co pozostaje plotką

Potwierdzone fakty są nieliczne. 29 września hospitalizowano kobietę pracującą w irkuckim instytucie badającym między innymi dżumę. Kilka dni później zmarła - regionalne media podają różne daty (1 lub 2 października), co Salnikov tłumaczy tym, że śmierć nastąpiła w nocy.

Przez kolejne dni oficjalne instytucje milczały. Dopiero 5 października Rospotriebnadzor, odpowiedzialny za bezpieczeństwo sanitarne, potwierdził, że kobieta rzeczywiście zmarła i pracowała w instytucie przeciwdżumowym Syberii i Dalekiego Wschodu. Jako przyczynę śmierci podano jednak zapalenie płuc o nieustalonej etiologii.

Wokół tego komunikatu pojawiły się rozbieżne sygnały. Część lokalnych administracji odradzała podróże do miasta Szelechow, gdzie mieszkała zmarła, wskazując na przypadek dżumy. Te ostrzeżenia później usunięto, podobnie jak wpisy w mediach ogólnokrajowych - Salnikov wymienił między innymi „Komsomolską Prawdę”, a także „Izwiestia”, „Kommiersant” i REN TV, które skasowały materiały na ten temat.

W Szelechowie kwarantanną objęto około 200 osób. Oficjalnie nie wykryto innych przypadków dżumy - i to słowo, jak zastrzega analityk, jest tu istotne. „Oficjalnie nie. To jest ważne słowo, oficjalnie” - zaznaczył.

Zasięg zagrożenia: fakty kontra pogłoski

Salnikov stanowczo odrzuca najbardziej alarmistyczne doniesienia. Informacje o dotarciu dżumy do Petersburga czy Moskwy oraz o kwarantannach w tych miastach to - jak mówi - plotki. Plotką jest także rzekome zamknięcie granic przez Kazachstan, Uzbekistan i Kirgistan.

Prawdą jest natomiast wzmocnienie kontroli sanitarnych na granicach tych państw z Rosją. Analityk rozumie źródło niepokoju: środki bezpieczeństwa uruchomione w Szelichowie „nie wyglądają jak jakaś zwykła sytuacja”, a w połączeniu z brakiem przejrzystości rodzą spekulacje.

Zapytany, czy w razie realnej epidemii opinia publiczna by się o niej dowiedziała, odpowiedział twierdząco. Władze rosyjskie często zachowują się, jego zdaniem, podobnie jak radzieckie w czasie katastrofy w Czarnobylu - ale w dzisiejszym świecie zatajenie takiej skali jest „prawie niemożliwe”.

Niepokoi go natomiast milczenie mediów federalnych. Od krewnych i znajomych wie, że telewizja państwowa nie relacjonuje sprawy, a część mediów przedstawia ją jako plotkę płynącą z Zachodu. „Jeżeli telewizja w ogóle nic o tym nie opowiada, to jest powód, żeby się trochę zaniepokoić” - ocenił.

Wzorzec zatajania

Salnikov umieszcza irkucki przypadek w szerszym schemacie postępowania rosyjskich władz. Na początku roku, jak przypomniał, doszło do masowego uboju bydła w obwodzie nowosybirskim przez Rospotriebnadzor - bez podania przyczyny, mimo nieoficjalnych doniesień o pryszczycy.

Podobnie wyglądała sytuacja wokół Tuapse, gdzie po uderzeniu ukraińskich dronów rafineria płonęła przez cztery dni. Mimo to instytucje zapewniały, że stan środowiska jest w porządku, a turystów zachęcano do odwiedzania czarnomorskich kurortów. Analityk nazwał to „tym samym Czarnobylem, tylko w mniejszej skali”.

Wskazał również na charakterystyczny język oficjalnych komunikatów. Media rosyjskie niemal nigdy nie piszą wprost o skutecznych uderzeniach dronów - zamiast tego informują o pożarze „spowodowanym upadkiem szczątków bezzałogowca”.

Historycznym punktem odniesienia pozostaje dla niego Czarnobyl. Pięć dni po katastrofie z 26 kwietnia 1986 roku w Kijowie odbyła się pierwszomajowa parada. Jak podaje Salnikov, szef ukraińskiej partii komunistycznej Wołodymyr Szczerbycki prosił Michaiła Gorbaczowa o jej odwołanie, lecz usłyszał, że wszystko ma się odbyć zgodnie z planem.

Analityk przywołał też nowsze przykłady spoza epidemii: katastrofę okrętu podwodnego „Kursk” i zamach w Biesłanie, relacjonowane oszczędnie przez oficjalne media. Najdalej idące konsekwencje miała jednak sprawa wybuchów z 1999 roku i incydentu w Riazaniu, gdzie zatrzymano osoby wnoszące worki do piwnicy bloku. Początkowo mówiono o heksogenie, później - o ćwiczeniach FSB i cukrze. Z tej sprzeczności narodziła się trwała teoria o „riazańskim cukrze”.

Podatność na teorie spiskowe

Rozmowa objęła szerszy kontekst zaufania do informacji w Rosji. Salnikov powołał się na badania ośrodków Lewady i FOM, według których w 2025 roku jedynie 37 procent Rosjan deklarowało wiarę w informacje z telewizji, a 49 procent przyznawało, że często wątpi w treści mediów publicznych.

Porównując Rosję z Polską, analityk wskazał na odmienne profile osób skłonnych wierzyć w teorie spiskowe. W Polsce - według badań Uniwersytetu Jagiellońskiego - są to głównie młodzi ludzie czerpiący informacje z mediów społecznościowych. W Rosji przeciwnie: dominują osoby po 55. roku życia, odbiorcy telewizji.

Wśród krążących narracji wymienił teorię „złotego miliarda” oraz oskarżenia o ukraińskie „biolaboratoria” tworzące rzekomo „bojowe komary” i „bojowe gołębie”. Zaznaczył, że o „złotym miliardzie” sam Putin wspominał publicznie - na forum w Davos w 2021 roku i na rosyjskim forum w 2022 roku - określając tę ideę jako rasistowską i neokolonialną.

Także irkucka śmierć obrosła spekulacjami o wycieku z laboratorium, zestawianymi z Wuhan. Salnikov nie wyklucza takiego scenariusza, ale uważa go za mało prawdopodobny. Przypomniał, że dżuma jest w tym regionie chorobą endemiczną, a instytut przeciwdżumowy powstał właśnie z tego powodu. „Rosja to kraj, gdzie reguły są często łamane przez pracowników i nikt tego może nie skontrolować” - zastrzegł, dopuszczając niski odsetek prawdopodobieństwa, lecz odrzucając wizję pełnoskalowej epidemii.

Kto na tym zyskuje

Zapytany, czy sprawa może być elementem celowej dezinformacji, Salnikov odpowiedział przecząco. Gdyby chodziło o scentralizowaną akcję Kremla, władze podsycałyby temat, a nie usuwały wpisy i milczały w mediach regionalnych - na przykład w rodzimym dla analityka Kraju Krasnodarskim. Nie dostrzega też śladów operacji zachodnich służb.

Krótkoterminowo pewne korzyści są możliwe: temat stał się pretekstem do rozmowy telefonicznej Putin-Trump, co pozwala Kremlowi pokazać, że „wciąż z nami rozmawiają”. W dłuższej perspektywie jednak, jak ocenia, taka sytuacja gra przeciwko władzy, bo dalej obniża zaufanie do mediów publicznych.

Konkluzja analityka jest wyważona. Jakiś problem w obwodzie irkuckim istnieje, lecz jego charakter pozostaje niejasny, a żadnego scenariusza nie można całkowicie wykluczyć. Wybuch epidemii rozprzestrzeniającej się na inne regiony wydaje się dziś mało prawdopodobny, ale wiarygodną odpowiedź przyniosą dopiero dane z organizacji międzynarodowych lub państw graniczących z regionem - nie oficjalne komunikaty Kremla.

Kanał Otwarty Zasubskrybuj
newsletter