Brazylia wybiera między Lulą a Bolsonaro - tym razem bez Jaira
Brazylia stoi u progu drugiej tury wyborów prezydenckich, w których osiemdziesięcioletni Luiz Inácio Lula da Silva walczy o czwartą kadencję, a obóz jego głównego rywala reprezentuje senator Flávio Bolsonaro - syn byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, skazanego na wieloletnie więzienie i pozbawionego prawa startu. Kampania, w której splatają się religia, hazard, przestępczość zorganizowana i presja administracji Donalda Trumpa, dzieli brazylijskie społeczeństwo głębiej niż kiedykolwiek, a wynik pierwszej tury - 47 do 45 proc. dla Bolsonaro - wskazuje na niemal idealną równowagę sił. O kulisach kampanii opowiedziała na Kanale Otwartym Bogna Janke.
Dla obu stron stawką jest nie tylko władza, lecz także osobista wolność. Lula spędził za kratami 580 dni, skazany w ramach śledztwa korupcyjnego Lava Jato, co uniemożliwiło mu start w 2018 roku - wybory wygrał wówczas Jair Bolsonaro, a sędzia skazujący Lulę został jego ministrem sprawiedliwości. W 2021 roku wyroki unieważniono z powodów proceduralnych, Lula odzyskał prawa polityczne i w 2022 roku pokonał Bolsonaro stosunkiem 50,9 do 49,1 procent. Dziś role się odwróciły: to Jair Bolsonaro odbywa karę więzienia za udział w planie mającym utrzymać go przy władzy po przegranej, a jego nazwisko wciąż pozostaje osią kampanii.
Dwie wizje państwa
Spór Luli z obozem Bolsonaro to zderzenie dwóch odmiennych koncepcji Brazylii. Lula stawia na programy społeczne, inwestycje publiczne i aktywne państwo, Flávio Bolsonaro - na niższe podatki, ograniczenie wydatków, deregulację i większą rolę prywatnego biznesu.
Różnice dotyczą też bezpieczeństwa. Obóz Bolsonaro proponuje twardszą politykę wobec przestępczości i szerszy dostęp do broni, Lula kładzie nacisk na rolę rządu federalnego, walkę z finansami przestępczości zorganizowanej i ograniczanie przepływu broni. W tle toczy się debata o roli Sądu Najwyższego, granicach jego władzy oraz o tym, gdzie kończy się obrona demokracji, a zaczyna ingerencja wymiaru sprawiedliwości w politykę.
Osią symboliczną tego podziału stały się wartości - religia, aborcja, rodzina i prawa osób LGBT odgrywają w brazylijskiej polityce znacznie większą rolę niż w Polsce. Podział nie jest jednak prosty: Flávio Bolsonaro jest ewangelikiem i politykiem prawicy, a Lula - człowiekiem lewicy i katolikiem. Religia pozostaje silnie obecna po obu stronach sporu.
Matka Boska wkracza do kampanii
Na kilka dni przed pierwszą turą centrum kampanii zajął religijny spór o Matkę Boską z Aparecidy, patronkę Brazylii, której święto 12 października jest w kraju dniem wolnym od pracy. Flávio Bolsonaro zapowiedział, że jednym z jego pierwszych aktów jako prezydenta będzie ogłoszenie, że „Brazylia należy do Jezusa Chrystusa”.
W sieci pojawiła się fałszywa informacja, jakoby Bolsonaro chciał odebrać Matce Boskiej z Aparecidy tytuł patronki kraju. Jego słowa powiązano ze starym projektem ustawy z 2007 roku dotyczącym zmiany statusu figury - projektem, który upadł rok później i z którym Flávio Bolsonaro nie miał nic wspólnego.
Dezinformacja uderzyła w katolików, stanowiących znaczną część brazylijskiego społeczeństwa. Flávio nagrał dementi, przekonując wiernych, że jako ewangelik szanuje ich religię, lecz politycznie było już za późno. Pierwsza dama Janja opublikowała zdjęcie prezydenta trzymającego figurę Matki Boskiej z Aparecidy, a sprawa trafiła nawet do brazylijskiego sądu wyborczego. Dla kandydata, który musi przyciągnąć głosy katolików, fake news stał się poważnym problemem.
Hazard, tygrys i gwałtowny zwrot Luli
Internetowy hazard przerodził się w kolejny front kampanii. Firmy bukmacherskie zdominowały koszulki klubów, bandy wokół boisk oraz telewizję, a symbolem boomu stał się internetowy automat „Fortune Tiger”. Bank Centralny Brazylii ustalił, że w jednym tylko miesiącu 2024 roku beneficjenci programu Bolsa Família przelali na platformy bukmacherskie 3 mld reali przez system płatności Pix.
Choć nie oznacza to, że cała kwota pochodziła z zasiłków lub została przegrana, skala zjawiska wywołała ogólnokrajową dyskusję. Paradoks polega na tym, że Brazylia najpierw zalegalizowała i uregulowała rynek zakładów, pobierając z niego podatki, a następnie - 25 września, dziewięć dni przed pierwszą turą - Lula podpisał projekt zakazujący internetowych zakładów sportowych i kasyn online. Hazard porównał do „raka, który dotyka brazylijskie społeczeństwo”.
Decyzja wywołała protest środowiska piłkarskiego: główny sponsor czternastu z dwudziestu klubów Serie A to firmy bukmacherskie. Lula przekonywał, że najlepsze lata brazylijskiej piłki przypadły na czasy, gdy zakładów jeszcze nie było. Przeciwnicy odczytali ruch jako przedwyborczą zagrywkę, zwłaszcza że akt wymaga zatwierdzenia przez Kongres, w którym prezydent nie ma własnej większości.
Przestępczość i cień Trumpa
Bezpieczeństwo stało się dla Luli tematem szczególnie niewygodnym. W stanie Bahia, bastionie jego obozu, gdzie w 2022 roku zdobył ponad 72 proc. głosów, leży pięć z dziesięciu najbardziej dotkniętych przemocą miast świata. Brazylia zmaga się z potężnymi organizacjami - PCC z São Paulo, Comando Vermelho z Rio de Janeiro oraz milicjami wyrosłymi ze środowisk policyjnych.
Flávio Bolsonaro zapowiada wojnę z przestępczością zorganizowaną. Chce uznać te grupy za organizacje narkoterrorystyczne, zbudować pięć nowych więzień federalnych o najwyższym poziomie zabezpieczeń i obniżyć wiek odpowiedzialności karnej z osiemnastu do szesnastu lat, a w najcięższych przypadkach do czternastu. Swój program nazywa „Brasil Sem Medo” - Brazylia bez strachu.
Lula stawia na koordynację służb, konfiskatę majątku gangów i uderzanie w ich finanse, ale sprzeciwia się nadawaniu brazylijskim organizacjom statusu terrorystycznych, obawiając się konsekwencji dla suwerenności kraju. Spór zyskał wymiar międzynarodowy: administracja Donalda Trumpa uznała PCC i Comando Vermelho za organizacje terrorystyczne, nałożyła sankcje na sędziego Alexandre’a de Moraesa oraz wysokie cła na brazylijskie towary, wiążąc je wprost z procesem Bolsonaro. Lula odpowiedział jednym słowem: suwerenność. „Nie jesteśmy kolonią i nie będziemy kolonią” - oświadczył, choć mimo retoryki obie stolice prowadzą pragmatyczne rozmowy.
Sędzia pod presją i film o Bolsonaro
Alexandre de Moraes, powołany do Sądu Najwyższego w 2017 roku przez centroprawicowego prezydenta Michela Temera, odegrał kluczową rolę w procesie Jaira Bolsonaro. Dla jednych jest obrońcą demokracji po szturmie na instytucje państwa z 8 stycznia 2023 roku, dla innych - symbolem sądu, który przekroczył granice władzy. O jego sile przekonał się Elon Musk, którego platforma X została w 2024 roku zablokowana w całym kraju na ponad miesiąc.
Pod koniec kampanii sam Moraes znalazł się pod presją w związku z aferą banku Master i jego właściciela Daniela Vorcaro. Kancelaria żony sędziego miała z bankiem wielomilionowy kontrakt, a śledczy ustalili, że Moraes zapoznawał się z treścią umowy i wprowadzał zmiany w jej projekcie.
Vorcaro pojawia się także w wątku filmu „Dark Horse” o Jairze Bolsonaro, w którym w rolę byłego prezydenta wciela się Jim Caviezel. Flávio Bolsonaro zabiegał u bankiera o 24 miliony dolarów na produkcję - według śledczych przekazano około połowy tej kwoty. Senator nie zaprzecza staraniom o finansowanie, lecz utrzymuje, że wszystko odbyło się legalnie i bez politycznych przysług.
Historia tych wyborów to opowieść o kraju, w którym dawny więzień i były prezydent ponownie stają naprzeciw siebie - tym razem przez pośrednika. Druga tura odbędzie się dwa dni przed osiemdziesiątymi pierwszymi urodzinami Luli, byłego robotnika z ubogiego Pernambuco, który po drodze z więzienia do Pałacu Planalto próbuje po raz czwarty zostać prezydentem Brazylii.