Powrót

Broń jądrowa USA w Polsce? Michta: to możliwe i pożądane

Polska może zostać objęta programem Nuclear Sharing NATO, w ramach którego na jej terytorium stacjonowałyby amerykańskie głowice jądrowe - ocenia profesor Andrew Michta. Komentując doniesienia "Financial Times" o rozmowach w tej sprawie, ekspert Uniwersytetu Florydy i wykładowca Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności przekonywał w programie "Warszawa Zachodnia", że taki krok zmieniłby pozycję Polski wewnątrz Sojuszu i percepcję odstraszania ze strony Rosji.

Co oznacza Nuclear Sharing

Polska jako członek NATO jest już objęta amerykańskim parasolem nuklearnym w sytuacji kryzysowej. Program Nuclear Sharing to jednak coś więcej: oznacza składowanie amerykańskich ładunków jądrowych na terytorium państwa-gospodarza pod kontrolą USA oraz dostosowanie jego samolotów do ich przenoszenia. Obecnie obejmuje on Niemcy, Włochy, Holandię, Belgię, Turcję i - w ograniczonym zakresie - Wielką Brytanię.

- Bycie członkiem Nuclear Sharing to ogromne wyróżnienie, jeśli chodzi o status wewnątrz Sojuszu - podkreślił Michta. Mowa głównie o bombach grawitacyjnych przenoszonych przez samoloty, w tym potencjalnie polskie F-35. Według profesora taki status "zmienia zupełnie relacje" w postrzeganiu Polski jako państwa frontowego i zacieśnia więzi wojskowe z Waszyngtonem.

Realność scenariusza

Decyzja zależy od dwóch elementów: trwającego od kilku lat amerykańskiego przeglądu rozmieszczenia sił (force posture review) oraz politycznej dynamiki w Białym Domu. Michta przypomniał niedawne zawirowania wokół rotacji 400 żołnierzy USA w Rumunii i zapowiedź Donalda Trumpa o przerzuceniu 5000 żołnierzy do Polski.

Ekspert pozostaje sceptyczny wobec doniesień prasowych. - Dopóki nie usłyszę tego wychodzące z Owalnego Gabinetu, jestem w miarę sceptyczny - stwierdził. Wskazał dwa możliwe źródła informacji "Financial Times": celowy przeciek administracji testującej reakcje albo myślenie życzeniowe pojedynczych urzędników Pentagonu próbujących pchnąć dyskusję w pożądanym kierunku.

Michta zwrócił uwagę na nową specyfikę procesu decyzyjnego w USA. - Koncentracja decyzyjności w Owalnym Gabinecie jest bezprecedensowa. Ona jest podobna do tego, co nawet Nixon nie miał - ocenił. Jego zdaniem oficjalne dokumenty strategiczne, w tym strategia bezpieczeństwa narodowego priorytetyzująca zachodnią hemisferę, mają obecnie mniejsze znaczenie niż bieżące negocjacje prowadzone przez prezydenta.

Logika kosztów i odstraszania

Rozmieszczenie broni jądrowej blisko wschodniej flanki może być dla Waszyngtonu sposobem na obniżenie kosztów obecności w Europie. - Stany Zjednoczone starają się obniżyć koszt utrzymywania obecności i wpływów w Europie, dlatego że mamy de facto czterech przeciwników: Rosję, Chiny, Iran i Koreę Północną - wyjaśnił Michta. Koszty personalne są najwyższe, a broń jądrowa jest "relatywnie tania".

Ekspert od lat opowiada się za stałym stacjonowaniem co najmniej jednej ciężkiej brygady amerykańskiej w jednym z państw bałtyckich, dwóch w Polsce i jednej w Rumunii - analogicznie do układu z czasów zimnej wojny w RFN. - Obecność amerykańska to są jedyne tak naprawdę te druty, o które można się potknąć i gdzie Rosjanie wiedzą, że nastąpi reakcja amerykańska - argumentował.

Francuski parasol i własna broń jądrowa

Michta zdecydowanie odrzucił koncepcję zastąpienia gwarancji amerykańskich francuskim parasolem nuklearnym proponowanym przez prezydenta Emmanuela Macrona. - Kiedy słyszę o francuskim nuklearnym odstraszaniu nad Estonią, Łotwą i Litwą, robi mi się trochę wesoło - przyznał. Wskazał na fundamentalną dysproporcję: kilkaset głowic francuskich wobec sześciu tysięcy rosyjskich i prognozowanych pół tysiąca chińskich w 2035 roku.

Profesor odradza również forsowanie programu budowy własnej broni jądrowej. Przypomniał, że Szwecja zrezygnowała z takich planów w 1968 roku, uznając koszty geopolityczne za zbyt wysokie. - Czy Polska z bronią jądrową, ale bez sojuszy jest bardziej zdolna się obronić, czy Polska bez broni, ale z wiarygodnymi sojuszami? - pytał retorycznie.

Broń jądrowa, w jego ocenie, jest przede wszystkim narzędziem politycznym, a nie kinetycznym. - Izrael ma broń jądrową, a jest nieustannie atakowany. Bomby spadają na Tel Awiw - przypomniał. Odstraszanie opiera się na dwóch filarach: zdolnościach i woli politycznej. - Zachód ma zdolności, brakuje woli politycznej - ocenił.

Korytarz północno-wschodni

Zamiast spektakularnych projektów Michta proponuje budowę regionalnej struktury bezpieczeństwa łączącej Polskę z państwami nordyckimi i bałtyckimi. - Polska powinna podjąć taką inicjatywę, ale na poważnie: stać się hubem wojskowym, rozwinąć własną technologię, wprowadzić cywilno-wojskowy dual use biznes do systemu zbrojenia - argumentował.

Profesor wskazuje na brak inicjatywy, nie oporu, jako główną przeszkodę. Region ma kluczową przewagę: minimalne różnice w poziomie cyfryzacji armii, co umożliwia szybką integrację systemów dowodzenia, sensorów i obrony powietrznej. Polska, jako średniej wielkości mocarstwo regionalne, powinna pełnić rolę organizatora - zwłaszcza wobec państw bałtyckich, które ze względu na liczbę ludności funkcjonują jak miasta-państwa.

Michta krytycznie ocenił poziom polskich nakładów na badania i rozwój, sięgających poniżej 1,5 procent PKB, oraz kulturę instytucjonalną karzącą za nieudane projekty badawcze. - Większość projektów R&D w Stanach Zjednoczonych nie produkuje niczego, po czym nagle Darpanet staje się podłożem internetu - zauważył, wzywając do inwestycji w polski przemysł zbrojeniowy oparty również o kapitał prywatny.

Tło decyzji

Doniesienia "Financial Times" pojawiły się w momencie, gdy administracja Trumpa zapowiada redukcję obecności konwencjonalnej USA w Europie i jednocześnie żąda od Europejczyków zwiększenia wydatków obronnych do 5 procent PKB. Sekretarz obrony Pete Hegseth domaga się podniesienia amerykańskiego budżetu obronnego do 1,5 biliona dolarów w roku fiskalnym 2027.

Polskie państwo - prezydent, BBN, MSZ i MON - powinno, zdaniem Michty, wypracować jedną, długoterminową strategię regionalną przed rozmowami z Waszyngtonem. Kluczowe pytanie to nie wybór partnera, ale cel końcowy. - Podstawowym pytaniem powinno być end game, czyli co chcesz osiągnąć - podsumował profesor.