Powrót

Chiny zaostrzają presję na sąsiadów i sięgają po łańcuchy dostaw

Chiny nasilają nacisk na państwa Pacyfiku i Europy - od potyczek na Morzu Południowochińskim po odcinanie firm od kluczowych komponentów - wykorzystując słabnącą wiarygodność sojuszniczą Stanów Zjednoczonych. Zjawisko to analizuje Jakub Jakóbowski, wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, wskazując, że instrumenty stosowane wobec Filipin czy Japonii uderzają dziś także w polskie podmioty.

Kartka na scenie w Seulu

Punktem wyjścia jest incydent z konferencji poświęconej bezpieczeństwu w Korei Południowej. Podczas wystąpienia ministra obrony Filipin Gilberta Teodoro na scenę wszedł chiński urzędnik i wręczył mu kartkę ze stanowiskiem Pekinu w sprawie sporu na Morzu Południowochińskim.

Filipiński minister zaczął czytać dokument na żywo i polemizować z jego treścią zdanie po zdaniu. Nagranie wywołało szerokie zainteresowanie w Azji, a Teodoro zebrał oklaski na sali oraz w mediach społecznościowych.

Sednem sporu jest orzeczenie międzynarodowego arbitrażu sprzed niemal dekady, wydane na podstawie konwencji o prawie morza (UNCLOS), którą Chiny podpisały. Trybunał przyznał rację Filipinom, lecz Pekin wyroku nie uznał. Teodoro wytknął tę sprzeczność: Chiny powołują się na naruszenie ich praw, będąc jednocześnie stroną kwestionowanego porozumienia.

Jak zaznacza Jakóbowski, wręczenie kartki to najłagodniejszy element chińskiego repertuaru. Wobec Filipin regularnie dochodzi do taranowania statków, użycia armatek wodnych i prób blokowania quasi-baz na spornych rafach. Filipiny nie są odosobnione - z Chinami spory graniczne toczą też Wietnam, Korea Południowa i Japonia.

„Wielki kraj i małe kraje”

Ekspert przytacza rozmowę z poprzedniego roku w Seulu, prowadzoną według reguły Chatham House, z udziałem przedstawicieli straży przybrzeżnych Korei i Filipin oraz chińskiego think tanku powiązanego z wojskiem. Przekaz chińskiej strony był, jego zdaniem, bezprecedensowy.

Jego istota: dyskusje o UNCLOS i prawie międzynarodowym są bezprzedmiotowe, stare potęgi upadły, nowe są silne, a ewentualną wojnę Chiny wygrają. Za tym stanowiskiem stoi tzw. linia dziewięciu kresek - roszczenia terytorialne obejmujące niemal całe Morze Południowochińskie.

Jakóbowski wiąże wzrost asertywności z wynikiem konfrontacji handlowej między Waszyngtonem a Pekinem. Po tym, jak Chiny zablokowały eksport metali ziem rzadkich, a Donald Trump - jak ocenia ekspert - cofnął się o krok, chińskie poczucie siły wobec sąsiadów gwałtownie wzrosło.

Ten sposób traktowania mniejszych państw podsumowuje cytat, który przywołuje analityk - wypowiedź Yanga Jiechi sprzed kilkunastu lat na konferencji z ASEAN, dotyczącej Morza Południowochińskiego: „China is a big country and other countries are small countries” - „Chiny to wielki kraj, a inne kraje to małe kraje”.

Filipiny, pierwszy łańcuch wysp i rola Rosji

Stawka wokół Filipin jest, zdaniem Jakóbowskiego, najwyższa. Manila jest sojusznikiem USA, Amerykanie wrócili tam ze swoimi bazami, prowadzone są liczne ćwiczenia, a Japonia i Australia zawarły z Filipinami nowe porozumienia. W manewrach uczestniczą także Europejczycy.

Powód jest strategiczny: jeśli spór z Filipinami zostanie rozstrzygnięty siłą, cały reżim prawa morza traci znaczenie. „Jeżeli da się to siłą zrobić, to każde następne państwo, każda następna wyspa też będzie zagrożona” - argumentuje ekspert, wskazując, że te same normy regulują nierozstrzygnięte spory również w Europie, na przykład między Słowenią a Chorwacją.

Po drugiej stronie działają Chiny i Rosja. Wokół spornych akwenów coraz częściej odbywają się wspólne ćwiczenia, przeloty bombowców strategicznych i przejścia przez cieśniny. Jak ujmuje to Jakóbowski, Rosjanie odpłacają się w ten sposób za strategiczne przysługi.

Kluczowym narzędziem pozostaje tzw. morska milicja ludowa - flota tysięcy uzbrojonych kutrów rybackich o charakterze paramilitarnym, nadzorowana przez państwo i partię. Wokół Tajwanu jednostki te potrafią ustawiać się w formacje wzdłuż linii, które Pekin uważa za swoje, pozycjonując się przez GPS.

Niepewni sojusznicy i „miska makaronu”

Rosnącej asertywności Chin towarzyszy niepewność amerykańskich sojuszników. Dotychczasowy model „piasty i szprych”, w którym USA utrzymywały odrębne umowy z Koreą, Japonią, Filipinami, Tajwanem i Australią, ustępuje sieci powiązań między samymi partnerami - określanej jako „miska makaronu”.

Proces przyspieszył po dojściu Trumpa do władzy. Jakóbowski zaznacza, że amerykańskie instytucje - Pentagon, dowództwo pacyficzne w Honolulu - pozostają nastawione na konkurencję z Chinami, jednak wątpliwości budzi wola polityczna Białego Domu.

Analitycy OSW przebywali na Filipinach w czasie napiętego spotkania Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim w Gabinecie Owalnym. Odbiór był, według Jakóbowskiego, poruszający: filipińscy rozmówcy mówili wprost, że mogliby zostać potraktowani tak samo. Podobne obawy pojawiły się po spotkaniu Trumpa z Władimirem Putinem na Alasce.

W tym kontekście Polska bywa na Pacyfiku wskazywana jako wzór w dziedzinie obronności. Japończycy - jak relacjonuje ekspert - nazywają się „Polską Pacyficzną”, a amerykańscy rozmówcy zachęcali, by Polska jeździła po państwach regionu i pokazywała własne wydatki na bezpieczeństwo.

Poziom zbrojeń jest jednak nierówny. Korea Południowa i Japonia utrzymują wydatki rzędu 2-2,5% PKB, znacznie niżej niż Polska. Tymczasem Elbridge Colby, architekt zwrotu ku Pacyfikowi, miał powiedzieć Tajwańczykom, że warunkiem traktowania ich jako poważnego partnera są wydatki na poziomie 10 proc. PKB.

Japonia: front łańcuchów dostaw

Najostrzej konflikt narasta na linii Chiny-Japonia - wątek, który Jakóbowski uznaje za szczególnie istotny dla Polski. W grudniu premier Sanae Takaichi w parlamencie zasygnalizowała, że jeśli USA zaangażują się w wojnę o Tajwan, Japonia może uczynić to samo, powołując się na klauzulę pacyfistycznej konstytucji o zagrożeniu podstawowych interesów przetrwania kraju.

Reakcją Pekinu była kampania obejmująca retorykę, bojkoty konsumenckie, demolowanie japońskich sklepów oraz aresztowania obywateli. Najpoważniejszym elementem stała się jednak wojna w łańcuchach dostaw.

Japonia przygotowywała się do niej od 2011 roku, gdy w sporze o wyspy Senkaku (Diaoyu) Chiny po raz pierwszy odcięły dostawy metali ziem rzadkich. Tokio ograniczyło zależność z 95 do około 60 proc. i powołało resort bezpieczeństwa ekonomicznego, którym kierowała późniejsza premier. Gdy w ubiegłym roku Pekin zaostrzył regulacje eksportowe wobec świata, Japończycy - inaczej niż większość - mieli sytuację pod kontrolą.

Obecnie chiński system kontroli eksportu objął największe japońskie koncerny, w tym zbrojeniowe - Mitsubishi, Mitsui, Kawasaki - nakładając ograniczenia na około tysiąc komponentów. Jakóbowski podkreśla, że to nie same metale ziem rzadkich, lecz szeroki wachlarz części, w tym prostych podzespołów elektronicznych zdominowanych przez chińskich producentów.

Polskie podmioty na chińskich listach

Ten sam mechanizm dotknął Polskę. Latem na chińską listę kontroli eksportu trafiły Politechnika Wrocławska i Vigo Photonics - producent półprzewodników dla zastosowań zbrojeniowych. Jak wskazuje ekspert, prasa z Hongkongu tłumaczyła wpis pracami uczelni nad technologiami dla dronów bojowych i dążeniem Polski do samodzielności w obszarach zdominowanych przez Chiny.

Był to rewanż za działania Unii. W kolejnych pakietach sankcyjnych wobec Rosji Europa objęła około dwudziestu chińskich firm dostarczających komponenty rosyjskiemu przemysłowi zbrojeniowemu. Jak przypomina Jakóbowski, udział Chin w rosyjskim imporcie dóbr podwójnego zastosowania wzrósł od początku wojny z 20 do 90 proc.

Tym razem chiński odwet dotknął podmioty w Polsce, Niemczech i Francji, w tym koncern Rheinmetall. Vigo Photonics zabezpieczyło się dzięki dywersyfikacji na rynek amerykański, lecz sytuacja pozostałych polskich firm sektora dual-use jest niejasna. Podczas rozmów w Brukseli chińscy przedstawiciele mieli stwierdzić: „został wysłany do was sygnał”.

Analityk zwraca też uwagę na bezpieczeństwo lekowe - zależność świata od Chin w produkcji składników czynnych określa jako „totalną” - oraz na współpracę zbrojeniową z Koreą Południową, od której zależy około 30 proc. polskich kontraktów zagranicznych. Rządząca w Seulu lewica jest jednak bliższa dialogowi z Pekinem i Moskwą.

Tajwan i erozja amerykańskiej gwarancji

Na Tajwanie napięcia przełożyły się na paraliż polityczny. Scena spolaryzowała się, a Kuomintang, bliższy Chinom, formułuje głosy o konieczności układania się z Pekinem, skoro Ameryka może wyspy nie obronić.

Jakóbowski przytacza wypowiedź Trumpa po powrocie z Pekinu, gdy zapytany o obronę Tajwanu wskazał na dystans geograficzny: „oni są 100 kilometrów od Tajwanu, a ja jestem 9,5 tysiąca mil”. Tego rodzaju sygnały, ocenia, podkopują założenie o niezmiennym antychińskim nastawieniu Waszyngtonu.

Kwestia chińskiej obecności technologicznej powraca również w Stanach. Ekspert wskazuje, że Polska zakazała wjazdu chińskich pojazdów do jednostek wojskowych, opierając się - jak podaje - na chińskich dokumentach diagnozujących zagrożenia cyberbezpieczeństwa. Publicysta Chris Miller na łamach „Financial Timesa” przywołał ten przykład, ostrzegając przed planami zapraszania chińskich inwestorów motoryzacyjnych do USA.

Wnioski Jakóbowskiego są jednoznaczne: świat wchodzi w erę, w której zależność gospodarcza staje się instrumentem politycznym, a te same chińskie narzędzia uderzają dziś w Manilę, Tokio i Warszawę. Za dyplomatyczną kartką na konferencji w Seulu kryje się, jak ostrzega ekspert, spójna logika: prawo międzynarodowe obowiązuje jedynie wtedy, gdy służy interesom silniejszego.