Chrześcijanie Bliskiego Wschodu w potrzasku, Wenezuela liczy ofiary
Papieska fundacja Kościół w Potrzebie prowadzi równolegle dwie akcje pomocowe: dla ofiar trzęsienia ziemi w Wenezueli oraz dla chrześcijan w południowym Libanie, którzy od miesięcy żyją w izolacji między siłami izraelskimi a Hezbollahem. O skali obu kryzysów mówił w Kanale Otwartym ksiądz Jan Żelazny, dyrektor sekcji polskiej organizacji.
Wenezuela: ponad tysiąc ofiar i kraj w zapaści
Trzęsienie ziemi w Wenezueli pochłonęło według agencji ponad tysiąc ofiar śmiertelnych, a kilka tysięcy osób jest poszukiwanych. Nieoficjalne szacunki mówią o kilkudziesięciu tysiącach zaginionych. Najbardziej ucierpiały Caracas i La Guaira - obszary o wysokiej gęstości zaludnienia.
Kościół w Potrzebie działa tam poprzez struktury parafialne i bezpośredni kontakt z arcybiskupem Caracas. Organizacja przekazała już ponad 100 tysięcy euro, a kolejna transza jest przygotowywana. Środki trafiają na paczki żywnościowe i podstawowe artykuły higieniczne dla rodzin czekających na orzeczenie, czy będą mogły wrócić do swoich mieszkań.
Skala zniszczeń jest ogromna - zrujnowane są nie tylko domy, lecz także kościoły i sale parafialne. Katastrofa nałożyła się na wieloletni kryzys ekonomiczny. „Spełniły się słowa, że w źle zarządzanym kraju, nawet w kraju, który ma największe złoża ropy naftowej na świecie, może brakować benzyny” - zauważa ksiądz Żelazny. Gwałtowna inflacja i załamanie usług publicznych pogłębiły ubóstwo, a nawet po zmianach politycznych - w tym po aresztowaniu Nicolása Maduro przez Amerykanów - poprawa nie dociera do najuboższych. „Zawsze te zmiany w ostatnim momencie dotykają tych najuboższych” - podkreśla duchowny.
Południowy Liban: życie w oblężeniu
Równolegle pogłębia się dramat chrześcijan w południowym Libanie. W trzech miejscowościach - Debel, Ebel i Rmeisz - mieszkańcy żyją w faktycznej izolacji, otoczeni przez siły izraelskie, które kontrolują teren za pomocą dronów i satelitów. Każdy transport humanitarny wymaga uzgodnień; wykluczona jest obecność dziennikarzy.
Ksiądz Żelazny opisuje przypadek kobiety z Debel, której mąż i syn zginęli od uderzenia drona, gdy naprawiali antenę telewizyjną na dachu. Zniszczone są drogi, systemy studni artezyjskich, a nawet wielowiekowe sady oliwne. „Nie spotkałem żadnego logicznego uzasadnienia, żeby wyrywać mające kilkaset lat sady oliwne i niszczyć drzewa oliwne” - mówi. Jego zdaniem to element strategii wyludniania pasa przygranicznego.
Mieszkańcy odmawiają jednak opuszczenia domów, obawiając się, że nigdy do nich nie wrócą - tak jak stało się na Wzgórzach Golan i Zachodnim Brzegu. Kościół w Potrzebie sfinansował dostawy butli z gazem, bo bez niego dostarczana żywność jest bezużyteczna: „ryżu się surowego nie zje”. Organizacja pokryła też czesne dla uczniów i studentów z tych terenów, dokańczających rok szkolny w trybie zdalnym.
Ksiądz Żelazny przytacza obrazek, który zapadł mu w pamięć: 9-letni chłopiec spytał kapłana z konwoju o cukierki, których nie widział od marca. Gdy w kolejnym transporcie dostał całą torbę słodyczy, nie zjadł żadnego - rozdał wszystko kolegom.
Iran, Izrael i geopolityczne stawki
Deklaracje wycofania izraelskich wojsk z południowego Libanu nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości. Według rozmówcy Iran żąda, by ewentualny pokój ze Stanami Zjednoczonymi objął także Liban, czemu Izrael się sprzeciwia. Teheran finansuje Hezbollah, który wciągnął kraj w wojnę wbrew woli większości obywateli - w tym samych szyitów.
„Libańczycy są w 90 procentach ofiarami tego, co się stało” - podkreśla ksiądz Żelazny. W potrzasku między dwiema stronami znaleźli się szczególnie chrześcijanie, którzy w tym konflikcie nie biorą udziału.
Kurczące się wspólnoty od dwóch tysięcy lat
Chrześcijanie w Libanie stanowią dziś 35-40 procent ludności - jeszcze niedawno było to około połowy. Kraj liczy 4,5-5 milionów mieszkańców, a w diasporze żyje niemal 19 milionów Libańczyków - czyli około cztery piąte wszystkich rodaków.
Ksiądz Żelazny odrzuca zachodnią narrację, jakoby chrześcijaństwo w regionie było pozostałością po wyprawach krzyżowych. „To jest po prostu kłamstwo” - mówi. Pierwsi chrześcijanie to nawróceni Żydzi mówiący po aramejsku, a najstarsze sanktuarium maryjne znajduje się właśnie w Libanie. Maronici, największa chrześcijańska wspólnota Bliskiego Wschodu, wywodzą się od świętego Maruna i schronili się w górach Libanu w czasach sporów teologicznych.
Sytuacja w Syrii pokazuje, dokąd może zmierzać cały region. Chrześcijanie stanowili tam niegdyś około 20 procent ludności - dziś jest to około 1,5 procent. Po zmianie władzy i przejęciu rządów przez sunnitów natychmiast wybuchły walki między nimi a Druzami w rejonie Sweidy. Wcześniej głównym stronnikiem tamtejszych chrześcijan była Rosja, opierająca reżim Baszara al-Asada na mniejszościach religijnych.
W Aleppo, w kompleksie „Terra Santa” prowadzonym przez kapucynów, młodzi ludzie zadawali księdzu Żelaznemu jedno pytanie: jak dostać wizę do Polski. Podobny paraliż widoczny jest w Libanie - w Byblos, jednej z najstarszych zamieszkanych miejscowości świata, restauracje świecą pustkami. „Byłem jedynym klientem” - relacjonuje duchowny. Producent pamiątek z drewna cedrowego powiedział mu wprost: „Zupy z tego dla dziecka nie ugotuję”.
Kontekst: bez chrześcijan nie będzie stabilizacji
Kardynał Bechara Boutros Raï, cytowany przez księdza Żelaznego, ostrzega: „Jeśli nie będzie chrześcijan na Bliskim Wschodzie, to dopiero wtedy będziemy mieli tam problemy i wojny”. Wspólnoty chrześcijańskie odgrywają rolę czynnika stabilizującego w regionie targanym konfliktami o pierwszeństwo krzywd.
Kościół w Potrzebie prowadzi w Libanie akcję „Cedry Nadziei” - finansuje szkoły, wypłaca stypendia nauczycielom i obniża czynsze, by powstrzymać emigrację. To zadanie wykracza poza pomoc humanitarną: chodzi o zachowanie wspólnot obecnych na tych ziemiach od początków chrześcijaństwa - wspólnot, które są częścią tradycji także zachodniego Kościoła.