Cichocki: pogrzeb Melnyka z honorami to strzał Ukrainy w kolano
Były ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki ostrzega, że państwowe honory dla Andreja Melnyka, nazistowskiego kolaboranta i przedwojennego lidera OUN, są aktem niezrozumiałym dla Polski i szkodliwym dla samej Ukrainy. W rozmowie przeprowadzonej po ostrzale Kijowa z soboty na niedzielę dyplomata zwraca uwagę, że decyzja zapadła w momencie, gdy Ukraina jednocześnie mierzy się z rosyjską eskalacją rakietową, skandalem korupcyjnym operacji Midas oraz rosnącym zmęczeniem materiału w państwie, które piąty rok prowadzi wojnę obronną.
Ostrzeżenie Ławrowa i realne zagrożenie dla Kijowa
Bezpośrednim tłem rozmowy jest apel szefa MSZ Rosji Siergieja Ławrowa, który wezwał dyplomatów akredytowanych w Kijowie do opuszczenia miasta w obliczu zapowiadanych masowych bombardowań. Cichocki ocenia, że część korpusu dyplomatycznego przyjmuje postawę „bohaterszczyzny", która może okazać się kosztowna.
„Z niektórych wypowiedzi wynika, że dyplomaci jak ten Rejtan chcą zasłonić swoim ciałem stolicę. To bardzo niebezpieczne" - mówi były ambasador. Przypomina, że polska placówka doznała już nieznacznych uszkodzeń od odłamków Shahedów, a intensywny dialog międzyrządowy wymaga obecności kilkunastu dyplomatów.
Cichocki, który sam pozostał w Kijowie w pierwszych dniach pełnoskalowej inwazji w 2022 roku, sugeruje jednak, że dziś sytuacja wymaga rozwagi. „Trzeba się poważnie zastanowić, czy nie zredukować personelu do niezbędnego minimum, czy nie wprowadzić dodatkowych elementów protokołu bezpieczeństwa" - podkreśla. Ukraińcy, jak dodaje, nie mają złudzeń, że ostrzały będą się nasilać.
Wojna wchodzi w fazę wymiany ciosów rakietowych
Były wiceminister spraw zagranicznych ocenia, że konflikt wchodzi w nową fazę. Odwołując się do raportu Instytutu Badań nad Wojną, wskazuje, że tempo rosyjskich postępów słabnie, a Ukraina uzyskuje przewagę w kilku sektorach.
Kluczową zmianą ma być zdolność ukraińskiego przemysłu obronnego do masowej produkcji tanich rakiet średniego i dalekiego zasięgu. „Uderzenia w Moskwę, w naftobazy, rurociągi to tylko przedsmak tego, co Ukraińcy szykują Rosjanom" - twierdzi Cichocki. Jego zdaniem Kijów wyszedł już z myślenia „co nam Rosjanie mogą jeszcze zrobić" i przeszedł do logiki „niech Rosjanie się martwią, co my im zrobimy".
Brutalność rosyjskich ostrzałów ma być według niego dowodem bezradności. Putin, używając rakiet Oresznik, demonstruje siłę „bardziej własnemu otoczeniu niż Ukraińcom i Zachodowi", próbując przekonać krąg władzy, że karta mu nie ucieka. Cichocki porównuje rosyjską taktykę do niemieckiego oblężenia Warszawy w 1939 roku - bombardowania cywilów zamiast prób przełamania obrony.
Państwo, które działa wbrew logice
Ukraina piąty rok wojny funkcjonuje w sposób, który zaskakuje przybyszów. Działają teatry, kina, restauracje i bankomaty. Placówki publiczne i prywatne radzą sobie z przerwami w dostawach prądu dzięki generatorom.
„Nie jedno państwo NATO tak zwanego Starego Zachodu już by się dawno wywróciło w wyniku paniki i nieodporności na tego typu straty" - ocenia Cichocki. Wskazuje jednak, że sytuacja może się dramatycznie pogorszyć już w połowie roku, jeśli Ukraina nie otrzyma obiecanych 90 miliardów dolarów pomocy oraz jeśli Wierchowna Rada nie uchwali niepopularnych zmian podatkowych wymaganych przez MFW.
Problem dotyka nawet sił zbrojnych. Były ambasador przytacza sytuacje, w których mobilizowani menedżerowie sektora publicznego otrzymują na froncie żołd niższy od wcześniejszych zarobków. Minister Fedorow zapowiada podwyżki, ale realia pozostają trudne.
Kluczowym atutem państwa paradoksalnie okazuje się elastyczność wobec procedur. Cichocki przytacza rozmowę z wysokim urzędnikiem Wierchownej Rady po deokupacji obwodu kijowskiego: „Widzi pan, panie ambasadorze, wie pan co uratowało Kijów? Bohaterstwo obrońców, prezydent Zełenski - oczywiście, ale korupcja, proszę pana". Chodziło o nielegalnie wybudowane wieżowce w Irpieniu i Buczy, których nie było na rosyjskich mapach, a które uniemożliwiły artyleryjski ostrzał stolicy z zachodu.
Operacja Midas i korupcja mobilizacyjna
Cichocki nie ma wątpliwości co do winy byłego szefa biura prezydenta Andrija Jermaka i Timura Mindicza w aferze Midas. Zwraca jednak uwagę na dziwną chronologię wrzutek do prasy z nagrań NABU, która zbiegała się z kolejnymi rundami rozmów pokojowych w Genewie i Stambule.
„Bardzo wiele osób z moich znajomych mówi, że to jest instrument w rękach Białego Domu, który chce wywrzeć nacisk na Zełenskiego, żeby usiadł do rozmów" - relacjonuje. Inna hipoteza to wendetta samego NABU, którego autonomię politycy próbowali ostatnio ograniczać. Cichocki nie przesądza, ale podkreśla, że służby antykorupcyjne budowali w dużym stopniu Polacy, Amerykanie i Brytyjczycy.
Znacznie bardziej niż Midas ukraińską opinię publiczną porusza korupcja systemu mobilizacyjnego. „Dzisiaj żaden mężczyzna w wieku poborowym na Ukrainie nie wychodzi z domu bez 1000 dolarów w gotówce w kieszeni" - mówi Cichocki, cytując znajomych. Patrole wojskowe polują na cywilów nie tyle dla frontu, co dla łapówek zwalniających z poboru. „Ukraińcy nie tyle nie chcą walczyć, co nie chcą być ogałacani przez spatologizowany system".
Pogrzeb Melnyka jako polityczna zagadka
Najostrzej Cichocki wypowiada się o niedzielnym pogrzebie Andreja Melnyka na nowo budowanym Panteonie Narodowym w Kijowie. Andrej Melnyk był bliskim współpracownikiem Symona Petlury, a po zamachu na Jewhena Konowalca w 1938 roku został prowidnykiem OUN. Pozostawał w konflikcie z frakcją banderowską - także co do „kwestii polskiej".
„Melnyk nie był zbrodniarzem, jeśli chodzi o sprawę ludobójstwa wołyńskiego, ale na pewno był nazistowskim kolaborantem" - precyzuje były ambasador. Melnyk sprzeciwiał się czystkom etnicznym na Wołyniu, ale nie z powodów etycznych, lecz pragmatycznych - obawiał się akcji odwetowych.
Cichocki nie kryje zdumienia decyzją Zełenskiego. Przypomina, że po dojściu do władzy w 2019 roku prezydent radykalnie odszedł od polityki historycznej Petra Poroszenki, unikając mitu UPA. „Nagle wnuk weterana armii radzieckiej walczącego z nazistami oddaje najwyższe honory Melnykowi i następuje jakiś hoholi taniec" - komentuje. W ceremonii uczestniczyli minister spraw zagranicznych, wicespiker Wierchownej Rady i minister z biura prezydenckiego.
Były ambasador spekuluje, że mógł to być element zgniłego kompromisu politycznego. Monowiększość „Sługi Narodu" załamała się, a Zełenski musi się układać z innymi frakcjami, w tym środowiskiem Poroszenki. „Być może wystawili taki rachunek" - sugeruje. Zwraca jednak uwagę, że ciało Melnyka z Luksemburga musiało ominąć Polskę, co potwierdza świadomość ryzyka.
Cisza świata i milczenie Berlina
Cichocki jest szczególnie zdumiony brakiem reakcji międzynarodowej. Poza oświadczeniem MSZ Izraela nikt na świecie się nie odezwał. „Mamy prezydenta, który był wiele lat prezesem Instytutu Pamięci Narodowej. Mamy premiera Tuska i wicepremiera Kosiniaka-Kamysza, którzy jeszcze niedawno publicznie powtarzali za Jarosławem Kaczyńskim, że z banderą do Europy nie wejdziecie" - wylicza.
Najbardziej dziwi go milczenie Berlina. „Niemcy, dzisiejsze demokratyczne Niemcy, które uważają się za strażnika pamięci o zbrodniach nazistowskich, milczą" - mówi. Ukraińcy uprzedzali o decyzji kanałami nieoficjalnymi, co sugeruje, że mogło dojść do cichego porozumienia.
Cichocki obawia się, że po Melnyku przyjdzie kolej na innych. „W Niemczech leży Bandera. U nas znalezione zostały szczątki Onyszkiewicza, człowieka z top 5 UPA. Czy teraz kompania honorowa przyjedzie po ludzi, którzy mają krew na rękach - polską, cywilną, dzieci, kobiet i starców?" - pyta.
Skazani na trudne sąsiedztwo
Były ambasador odrzuca argument, że wojna zwalnia Polskę z prawa do krytyki. „Skoro jesteśmy w rodzinie, to mamy ze sobą szczerze rozmawiać. To nie musi się odbywać w świetle kamer" - zaznacza. Przywołuje słowa Radosława Sikorskiego, że polskim celem na Wschodzie jest „zbudowanie Zachodu", i podkreśla, że Polska pozostaje krajem najbardziej zainteresowanym wyrwaniem Ukrainy z „posowieckiej pułapki".
Cichocki przyznaje, że konflikt między średnimi państwami europejskimi jest naturalny - jak w relacjach polsko-niemieckich czy polsko-litewskich. Ekshumacje polskich ofiar OUN-UPA ruszyły mimo odmiennych pamięci historycznych. Zwraca jednak uwagę na strukturalny problem: na Zachodniej Ukrainie ukształtowało się „nieliczne, ale bardzo świadome swoich celów środowisko", które forsuje mit założycielski UPA i obawia się, że pozwolenie Polakom na poszukiwanie ofiar „zabije Zachodnią Ukrainę siecią cmentarzy".
Kluczową diagnozą Cichockiego pozostaje jednak niepewność co do przyszłości ukraińskiego systemu politycznego. Jak przyznaje, cytując obecnego ambasadora RP w Ankarze Macieja Langa, jedynym scenariuszem, przy którym Ukraina „wychodzi na swoje", jest „smuta na Kremlu". Kiedy ona nastąpi - za miesiące, lata czy dekady - nikt nie wie. Do tego czasu Kijów musi się utrzymać, a Warszawa balansować między lojalnością sojusznika a obroną własnej pamięci historycznej.