Profesor Grosse: Polska w pułapce peryferyjności między Niemcami a Rosją
Polska tkwi w "tańcu chocholim peryferyjności", w którym kolejne elity polityczne wybierają między orientacją na Berlin a uległością wobec Waszyngtonu - twierdzi prof. Tomasz Grzegorz Grosse z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. W rozmowie poświęconej jego nowej książce "Międzymorze. Geopolityka, geoekonomia, geokultura" politolog przekonuje, że trwająca destabilizacja geopolityczna otwiera unikalne okno możliwości, by Polska wyrwała się z roli klienta wielkich graczy - pod warunkiem strategicznego zwrotu w stronę Ukrainy i państw regionu.
Koniec starego porządku
Punktem wyjścia analizy Grossego jest rozpad układu utrzymywanego od II wojny światowej przez Stany Zjednoczone. Waszyngton wycofuje się z Europy, koncentrując uwagę na Pacyfiku, a powstałą próżnię próbują wypełnić Moskwa i Berlin.
- Rosja próbuje to wykorzystać do odzyskania swoich dawnych stref wpływów również w Międzymorzu, czyli w Europie Środkowej. To nie chodzi tylko o Białoruś i Ukrainę, chodzi również o nas - mówi profesor. Niemcy z kolei, świadome zagrożenia dla swojej dominacji geoekonomicznej w regionie, działają coraz aktywniej.
Zdaniem politologa scenariusze są dwa: porozumienie niemiecko-rosyjskie zawarte ponad głowami państw regionu albo konflikt, którego stawką będzie kontrola nad Międzymorzem. Sama koncepcja - nawiązująca do idei Józefa Piłsudskiego i brytyjskiego geopolityka Halforda Mackindera - zakłada wyodrębnienie obszaru między Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym jako bariery oddzielającej Rosję od Niemiec.
Dwie pułapki polskiej polityki zagranicznej
Grosse opisuje dwa dominujące wektory polskiej dyplomacji. Pierwszy - opcja unijno-niemiecka - czyni Polskę satelitą Berlina, z którym wymiana gospodarcza sięga miejscami 70 procent obrotów.
- Czyli faktycznie to nie jest opcja unijno-niemiecka, tylko niemiecko-unijna. Ona wyklucza Międzymorze, wyklucza naszą podmiotowość. W ramach tego układu jesteśmy satelitą, jesteśmy klientem, jesteśmy peryferią - diagnozuje.
Drugi wektor - bezwarunkowe zawierzenie Stanom Zjednoczonym - okazał się zawodny przy obu ostatnich administracjach. Za Joego Bidena Waszyngton de facto realizował wariant proniemiecki, a Donald Trump dąży do resetu z Władimirem Putinem. - Reset z Putinem, jak widzieliśmy chociażby na tym szczycie na Alasce, odbywa się naszym kosztem, nie tylko Ukrainy, ale całej wschodniej flanki - ocenia profesor.
Grosse podkreśla, że Trump szanuje sojuszników dysponujących realną sprawczością, a gardzi tymi, którzy jedynie deklarują lojalność. - My musimy pokazać Amerykanom, zresztą nie tylko im, że mamy sprawczość, mamy własny przemysł zbrojeniowy, mamy własne możliwości operacyjne - argumentuje.
Międzymorze jako jedyna realna alternatywa
Recepta politologa zakłada budowę regionalnej podmiotowości w ramach Międzymorza, z osią Warszawa-Kijów. Grosse odrzuca przy tym wszelkie próby "wpuszczania wilka do kurnika" - jak ostatnia propozycja węgierskiego polityka Pétera Magyara, który chciał dołączenia Niemiec do Grupy Wyszehradzkiej. Według profesora to element negocjacji Budapesztu z Brukselą o odblokowanie funduszy unijnych, który "de facto niszczy sens istnienia tej grupy".
Atutem regionu jest jego siła geoekonomiczna. - My jesteśmy ważniejszym rynkiem zbytu dla Niemców niż Chiny. Niemcy do końca nie zdają sobie sprawy, jak istotne ekonomicznie jest Międzymorze - przekonuje Grosse. Słabość gospodarcza Berlina i wojna na wschodzie tworzą według niego okazję do dywersyfikacji powiązań.
Spór polsko-ukraiński w cieniu strategii
Profesor poświęca dużo uwagi błędom w relacjach z Kijowem, w tym kontrowersji wokół nadania ukraińskiej jednostce wojskowej patronatu odwołującego się do UPA. Jego zdaniem Polska niewłaściwie zarządziła kryzysem, sięgając od razu po najwyższy poziom eskalacji.
- My nie potrafimy zarządzać kryzysem. Powinniśmy się nauczyć odnajdywać hierarchię priorytetów w relacjach międzynarodowych - mówi Grosse. Twierdzi przy tym, że w bilateralnych relacjach to Ukraina ma dziś mocniejsze karty: największą armię w Europie poza Rosją, doświadczenie wojenne i przewagę technologiczną w segmencie dronów oraz nowoczesnych systemów walki.
Profesor nie zgadza się z tezą, że Polska dysponuje znaczącymi instrumentami nacisku - np. możliwością blokady unijnej pożyczki dla Ukrainy czy logistyki przez Jasionkę. Przekonuje, że prestiż w stosunkach międzynarodowych buduje się własnym potencjałem, a nie groźbami: - Jeżeli zbudujemy solidny polski przemysł zbrojeniowy, solidną armię, kompetencje kluczowe z punktu widzenia nowego teatru wojny, nikt nas nie może zlekceważyć.
Pułapka polityki klimatycznej
Grosse poddaje ostrej krytyce europejską transformację energetyczną, traktując ją jako dowód peryferyjności Polski. Według niego polityka klimatyczna nie wkalkulowała ani wojny z Rosją, ani uzależnienia od chińskich surowców i technologii.
- Budowanie elektrowni atomowej w obliczu konfrontacji z Rosją jest samobójcze, bo system energetyczny musi być rozproszony - argumentuje. Polska, jego zdaniem, zignorowała stabilne odnawialne źródła: geotermię, energię skał i hydroelektrownie, stawiając na destabilizujące system wiatr i słońce.
Niemcy popełniły według profesora dwa strategiczne błędy: założyły trwałość dostaw rosyjskiego gazu jako paliwa przejściowego oraz nie doszacowały pułapki uzależnienia od Chin. - Jaki to gwarant naszego bezpieczeństwa, skoro popełnia tak gigantyczne strategiczne błędy, jeden po drugim? - pyta retorycznie o niemieckiego sąsiada.
Okno możliwości
Profesor wskazuje, że Chiny aktywnie inwestują w Międzymorzu, kupując porty i tworząc huby logistyczne nowego jedwabnego szlaku, mimo formalnego zamrożenia inicjatywy "16 plus 1" pod naciskiem USA. To kolejny dowód, że region pozostaje strategicznie atrakcyjny dla globalnych graczy.
Szansą na przerwanie cyklu peryferyjności - trwającego, zdaniem Grossego, od kilkuset lat - jest głębokie partnerstwo technologiczne z Ukrainą w sektorze zbrojeniowym. - Wchodząc w segment nowych technologii, którymi dysponują Ukraińcy, jesteśmy w stanie przeskoczyć pewien etap, nie podążać ścieżką peryferyjną - przekonuje. Po taką współpracę ustawiają się w kolejce Amerykanie, Niemcy, Francuzi i Szwedzi.
Wniosek profesora jest jednoznaczny: w okresie sejsmicznych zmian geopolitycznych Polska albo wykorzysta wyjątkową koniunkturę, by zbudować podmiotową rolę w regionie, albo pozostanie peryferią rozgrywaną przez Berlin, Moskwę i Waszyngton. Tymczasem, jak konstatuje, Warszawa "strzela sobie sama w stopę", brnąc w emocjonalne i symboliczne spory z Kijowem zamiast budować strategiczną oś Międzymorza.