Powrót

Dwa pożary w polskich zakładach zbrojeniowych. Śledztwo bada trop sabotażu

W ciągu kilkudziesięciu godzin pożary wybuchły w dwóch polskich zakładach powiązanych z przemysłem lotniczym i zbrojeniowym - w fabryce WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej oraz w hali w Lublinie, gdzie składowano komponenty wykorzystywane m.in. przez PZL Świdnik. Prokuratura wszczęła śledztwo, w którym bierze pod uwagę udział obcych służb oraz akt terroryzmu. Eksperci Bartłomiej Wypartowicz z Defence24 oraz Andrzej Talaga z Warsaw Enterprise Institute ocenili, że oba zdarzenia najprawdopodobniej nie były przypadkowe i wpisują się w szerszą falę ataków wymierzonych w europejski przemysł wspierający Ukrainę.

Dwa pożary w kilkadziesiąt godzin

W fabryce WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej pożar udało się szybko opanować, a do dużych wybuchów nie doszło. Dobę wcześniej większy pożar strawił lubelską halę z częściami do samolotów. Straty w zniszczonych materiałach kompozytowych oszacowano na 15 milionów złotych.

„Moim zdaniem oba zdarzenia nie są przypadkowe” - stwierdził Bartłomiej Wypartowicz. Zwrócił uwagę na wypowiedź Dmitrija Miedwiediewa sprzed kilkunastu dni, który zapowiadał ataki na obiekty dostarczające drony i komponenty do bezzałogowców na Ukrainę oraz zaostrzenie aktów sabotażu i dywersji.

„Od tych 13 dni tak naprawdę niedługo musieliśmy czekać, żeby doszło do jakichś aktów sabotażu lub dywersji” - dodał ekspert. Jak podkreślił, prokuratura prowadzi już śledztwo, w którym rozważany jest m.in. udział służb wschodnich oraz kwalifikacja czynu jako aktu terroryzmu.

W Skarżysku-Kamiennej - jak zaznaczył Wypartowicz - akcja gaśnicza rozpoczęła się jeszcze przed przyjazdem straży pożarnej dzięki reakcji pracowników, mimo że w tych godzinach zakład formalnie nie pracował. W lubelskiej hali takiego szczęścia nie było.

Fala ataków w całej Europie

Andrzej Talaga zaapelował o ostrożność w formułowaniu wniosków przed zakończeniem ekspertyz, ale wpisał polskie zdarzenia w szerszy schemat. „To nie jest ani pierwszy, ani drugi atak w Europie” - powiedział, wymieniając incydenty z samego sierpnia w kilku krajach.

Według Talagi doszło wówczas do podpalenia zakończonego potężną eksplozją we Włoszech, podobnego zdarzenia w Bułgarii oraz ataku na fabrykę komponentów do robotów pola walki w Estonii. W Niemczech dron uzbrojony w ładunek semteksu uderzył w ukraiński samolot, lecz nie eksplodował z powodu wadliwego zapalnika. Do próby podpalenia doszło również na Litwie.

„Ta operacja jest skoordynowana, ale zaryzykuję twierdzenie, że to są amatorzy” - ocenił Talaga. Porównał obecne zdarzenia z 2014 rokiem, gdy dwie eksplozje w Czechach śledztwo powiązało z konkretną jednostką i konkretnymi oficerami rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU.

Ekspert zwrócił uwagę na szerokie spektrum celów: firmy produkujące kompozyty, zakłady amunicyjne oraz środki transportu. Jak podkreślił, poza przypadkiem niemieckim, gdzie użyto realnego ładunku wybuchowego, w większości przypadków chodziło o podpalenia, a nie o podłożenie ładunków - co jego zdaniem świadczy o niższym poziomie profesjonalizmu wykonawców.

Rekrutacja przez Telegram

Obaj rozmówcy zgodzili się, że najbardziej prawdopodobnym mechanizmem jest werbowanie wykonawców za pośrednictwem komunikatora Telegram. Prowadzący program przywołał znany schemat, w którym służby wyszukują osoby gotowe wykonać zadania w wskazanych miejscach.

„Najpierw taka osoba dostaje jakieś bardzo proste zadania, typu namalowanie graffiti (…), za to dostaje jakieś mniejsze pieniądze. Później zadania są coraz bardziej poważne” - opisał Wypartowicz. Do tego typu działań, jak zaznaczył, wykorzystywani są m.in. obywatele Białorusi i Ukrainy przebywający na terytorium Polski.

Ekspert zwrócił uwagę na trudność w ustaleniu zleceniodawcy. „To wcale nie mówi nam tego, że zleceniodawcą jest bezpośrednio agent rosyjskiego wywiadu, bo równie dobrze ta osoba (…) może być kolejnym podwykonawcą” - wyjaśnił, wskazując, że rozbudowana układanka utrudnia dotarcie „po nitce do kłębka”.

Wypartowicz przypomniał, że Polska mierzy się z szerszym spektrum działań poniżej progu wojny. Wymienił próby sabotażu na kolei, podpalenia hal i magazynów oraz - jako zdarzenie znacznie poważniejsze - dokonaną na terytorium Polski egzekucję rosyjskiego działacza opozycyjnego. „To są rzeczy, których nie możemy puścić sobie bokiem i udawać, że nic się nie dzieje” - stwierdził.

Spór o pojęcie „wojny hybrydowej”

Rozmówcy rozeszli się w ocenie samego charakteru zagrożenia. Wypartowicz zadeklarował niechęć do terminu „wojna hybrydowa”. „Trochę ciężko wojnę hybrydową wygrać. (…) Ja wolę używać stwierdzenia: działania pod progiem wojny” - powiedział.

Talaga zwrócił uwagę na ewolucję doktryny obronnej NATO. Cyberatak może dziś zostać uznany za casus belli i zrównany z atakiem kinetycznym, choć ostateczna decyzja należy do państw członkowskich. „Cała doktryna zmieniła się, dopasowując się do tej doktryny wojny (…) asymetrycznej” - ocenił.

Ekspert podkreślił skalę zagrożeń cybernetycznych. „Polska jest jednym z najbardziej atakowanych krajów na świecie i to właśnie przez Rosję” - stwierdził, mówiąc o rzędzie 60-70 tysięcy ataków rocznie na infrastrukturę krytyczną, banki, systemy informatyczne i rządowe. Jak zaznaczył, większość z nich jest odpierana dzięki wysokiej odporności państwa.

Talaga wyraźnie zdystansował się od tezy, że Polska jest „na wojnie”. „Wojna to wojna, a teraz mamy coś, co wojną nie jest, dlatego że nikt nie ginie, nikt nas nie bombarduje, nikt nie strzela z czołgów i samolotów” - powiedział. Zaznaczył, że przywoływana w programie ocena Andrew Michty mówi o „fazie zero” - etapie, na którym przeciwnik testuje reakcje i wprowadza chaos.

Zastraszenie jako cel

Zdaniem Talagi rzeczywistym celem ataków nie jest zniszczenie zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego, co przy tej skali i nieskuteczności uważa za niemożliwe. „Ich celem jest zastraszenie” - ocenił. Wskazał też węższy, jego zdaniem lepiej przemyślany cel: zastraszenie pracowników firm zbrojeniowych.

„Ktoś, kto pracuje w firmie zbrojeniowej, myśli, że pracuje w normalnej firmie (…) która produkuje buty albo pastę do zębów” - mówił Talaga, wskazując na potrzebę budowania świadomości zagrożenia wśród personelu tych zakładów.

Wypartowicz zauważył, że rekrutacja i schematy ataków są dobrze opisane, m.in. w raporcie Defence24 o działaniach hybrydowych wymierzonych w Polskę. Ostrzegł także przed możliwym kolejnym etapem - operacjami „pod obcą flagą”, na przykład wykorzystaniem niezidentyfikowanych dronów imitujących bezzałogowce ukraińskie, kierowanych przeciwko firmom zbrojeniowym lub infrastrukturze krytycznej.

Talaga przywołał doświadczenie z misji w państwach bałtyckich. W łotewskim Dyneburgu w nocy uruchomiono spektakularny alarm dronowy, po którym pojawiły się sugestie, że przelatujący dron mógł być ukraiński. „Ukraińcy strzelają dronami, które przelatują nad Estonią w kierunku Petersburga” - zauważył, apelując o powściągliwość w automatycznym przypisywaniu Rosji każdego incydentu.

Jak odpowiadać na ataki

Pytany o możliwą reakcję, Talaga wskazał na doświadczenia zachodnich służb w walce z organizacjami terrorystycznymi oraz kartelami narkotykowymi, które stosowały podobne metody werbunku i finansowania - przez darknet i kryptowaluty. „Te wszystkie metody (…) wydają się być adekwatne do tych zagrożeń, które mamy teraz” - ocenił.

W kwestii odpowiedzi ofensywnej ekspert postawił tezę, że Polska dysponuje dobrą doktryną cyberwojny i prawdopodobnie z niej korzysta, choć pozostaje to niejawne. „W cyberwojnie róbmy to my, a jeśli chodzi o brudną wojnę, niech robią to Ukraińcy” - powiedział, zastrzegając, że działania odwetowe prowadzą również Ukraińcy na terytorium Rosji.

Wypartowicz zwrócił uwagę na ograniczenia finansowe. „Przy łącznym budżecie na służby specjalne wynoszącym nieco poniżej 2 miliardów złotych” trudno, jego zdaniem, o lustrzaną odpowiedź wobec Rosji. Dla porównania przywołał kwotę około 3 miliardów złotych rocznie przeznaczaną na TVP. „Żeby odpowiadać symetrycznie, trzeba mieć na to pieniądze, zdolności i personel” - podkreślił.

Talaga ocenił jednak, że skuteczność rosyjskich służb na Zachodzie zmalała. „Zaczęli to robić za często i uruchomili lawinę lepszego finansowania, przeorientowania służb zachodnich na Rosję” - stwierdził, wiążąc z tym rosnący udział amatorskich wykonawców.

Ochrona zakładów i obrona antydronowa

Wypartowicz wskazał na słabości fizycznej ochrony zakładów zbrojeniowych. W wielu firmach - jak opisał - monitoring prowadzi zewnętrzna firma ochroniarska, która w razie wykrycia intruza wzywa policję, zamiast reagować na miejscu. Postulował stałą obecność służby wartowniczej oraz zdolności obrony antydronowej po stronie samych spółek.

„Wszystkie większe firmy zbrojeniowe, czy to prywatne, czy państwowe, obecnie mają drony przechwytujące (…), systemy zakłócania i walki radioelektronicznej” - mówił, powołując się na doświadczenia z Ukrainy i Rosji. Przypomniał materiały dziennikarskie, w których operatorzy dronów bez przeszkód latali nad polskimi zakładami zbrojeniowymi.

Ekspert sprostował też twierdzenie, że w Polsce nie próbowano podkładać ładunków wybuchowych. „Mieliśmy takie sytuacje i w 2024, i 2025 roku, tylko te zdarzenia były przerwane przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego” - powiedział, wymieniając zatrzymania osób posiadających m.in. nitroglikol, wojskowe zapalniki i sproszkowane aluminium.

Talaga opowiedział się za zmianami legislacyjnymi, które pozwoliłyby firmom z listy przedsiębiorstw strategicznych budować własne systemy obrony antydronowej, w tym eliminujące zagrożenie, z udziałem państwa w kosztach - poprzez odpisy podatkowe lub dotacje. Jako wzór wskazał Ukrainę, gdzie firmy mogą inwestować w takie systemy bez konieczności uzyskiwania każdorazowej zgody dowództwa.

Rozmówcy przywołali istniejące rozwiązania z innych państw: systemy zakłócania chroniące niemieckie obiekty Rheinmetall oraz dostępne w Szwecji siatki antydronowe. Wypartowicz ostrzegł jednak, że część zakupionych w Polsce systemów przeznaczona jest do zwalczania dronów wirnikowych i może być nieskuteczna wobec bezzałogowców odrzutowych. „Strzelaj do drona turboodrzutowego z działka czy z karabinu maszynowego” - komentował ograniczenia rozwiązań kinetycznych.

Braki w obronie cywilnej

Znaczną część rozmowy poświęcono niedostatkom systemu ochrony ludności. Talaga wskazał, że w państwach bałtyckich mobilizacja społeczna jest wyraźnie większa niż w Polsce - mieszkańcy Rygi mogą otrzymać środki na przystosowanie piwnic na schrony, a systemy ostrzegania działają precyzyjnie.

Ekspert opisał osobiste doświadczenie z Dyneburga, gdzie telefon zalogowany do łotewskiej sieci automatycznie wysłał mu ostrzeżenie o nadlatującym dronie, a 40 minut później powiadomienie o ustaniu zagrożenia. „Byłem bardzo dobrze poinformowany przez państwo łotewskie” - stwierdził, wskazując na brak analogicznych rozwiązań w Polsce.

Wypartowicz skrytykował funkcjonowanie krajowego systemu alarmowego. Przywołał sytuację, w której syreny uruchomiono dopiero po upadku rakiety, a w radiu i telewizji nie pojawiły się przewidziane w podręczniku bezpieczeństwa komunikaty. „W radiu szła piosenka Ricky’ego Martina, a w telewizji powtórki tureckich seriali. To nie jest poważne” - ocenił.

Ekspert wskazał również na sprzeczności w rozporządzeniach wykonawczych do ustawy o obronie ludności oraz na wymóg wydatkowania środków do końca roku, uniemożliwiający budowę większych obiektów. „Jaki schron czy duży obiekt ochronny jest w stanie państwo przez rok zbudować?” - pytał, postulując rozłożenie wydatków na pięć lat. Zwrócił też uwagę na błędy w rządowej aplikacji wskazującej schrony, która niekiedy oznacza miejsca w rzeczywistości nieistniejące.

Państwo frontowe

Podsumowując, obaj eksperci wezwali do spokoju i konsekwentnego działania zamiast paniki. Talaga zaapelował o mentalne przyzwyczajenie się do statusu państwa frontowego i wykorzystanie obecnej atmosfery do dokończenia modernizacji armii oraz budowy odporności państwa.

„Nie dajmy się prowokować. (…) To jest raczej drżanie, podminowywanie naszego poczucia bezpieczeństwa, niż rzeczywisty brak bezpieczeństwa” - stwierdził, wskazując, że państwa frontowe historycznie rozwijały się szybko i zachowywały wewnętrzną spójność.

Wypartowicz zgodził się z apelem o niepanikowanie, ale zaznaczył, że nie wszystkie wnioski z wojny na Ukrainie są w Polsce wyciągane - zwłaszcza w obszarze obrony antydronowej. „Jedyne, co możemy zrobić, co jest dla nas mądre, to niepanikowanie, staranie się jednak wyciągania wniosków (…) i po prostu niedanie się zastraszyć, bo o to tu głównie chodzi” - podsumował.

Oba pożary wpisują się w szerszą falę incydentów wymierzonych w europejski przemysł wspierający Ukrainę, o których od miesięcy informowały służby państw regionu Morza Bałtyckiego. Prokuratura bada trop sabotażu, a rozmówcy programu zgodnie ocenili, że tego typu zdarzeń będzie przybywać - nie ze względu na ich skuteczność, lecz jako narzędzia presji wobec państwa uznawanego za kluczowe dla logistyki i produkcji na rzecz Ukrainy.