Dyneburg na granicy dwóch światów: łotewskie miasto z rosyjskim głosem
W Dyneburgu, drugim co do wielkości mieście Łotwy położonym tuż przy granicy z Białorusią i niedaleko granicy z Rosją, reporterzy programu „Misja Bałtyk" zderzyli się z portretem miasta pogranicza, w którym niemal wszyscy mówią po rosyjsku, tożsamość mieszkańców pozostaje płynna, a władze samorządowe uchodzą za prorosyjskie. Za tym obrazem kryje się fundamentalny problem państwa łotewskiego: jak zapewnić lojalność mieszkańców regionu w cieniu wojny na Ukrainie i presji hybrydowej ze wschodu.
Miasto o wielu twarzach
Dyneburg założył w 1582 roku polski król Stefan Batory, nadając mu prawo magdeburskie. Przez blisko 190 lat miasto było stolicą polskich Inflant - odbywały się tu sejmiki, mieszkała polska szlachta, działały polskie szkoły i garnizon wojskowy.
Dziś najtrwalszym śladem tej historii jest społeczność polska. Około 13 procent mieszkańców Dyneburga identyfikuje się jako Polacy. W mieście stoi tablica poświęcona Batoremu i tablica upamiętniająca Józefa Piłsudskiego, a Państwowe Gimnazjum Polskie imienia marszałka - wspierane finansowo przez polskie państwo - należy do najlepszych szkół w mieście.
Reporterzy opisują Dyneburg jako miejsce zaskakujące. „To jest dziwne miasto" - mówią, wskazując na jego postsowiecki, niewyremontowany charakter, kontrastujący z zamożną Rygą. Najbardziej uderza mieszanka narodowościowa: mieszkają tu Łotysze, Rosjanie, Białorusini, Polacy, Litwini i Tatarzy, lecz językiem codziennej komunikacji jest rosyjski.
Płynna tożsamość pogranicza
Tożsamość mieszkańców wymyka się prostym kategoriom. Reporterzy spotkali w restauracji Ksenię Szczerbakową - młodą kobietę o rosyjskim imieniu i nazwisku, mówiącą świetnie po polsku, a czującą się Łotyszką.
„Mam prababcię, która była Polką, chodziłam do polskiego przedszkola" - wyjaśniła. Uczęszczała do polskiego gimnazjum imienia Piłsudskiego, gdzie uczy się kilku języków. „Dla mnie Polska to jest naprawdę drugi dom" - powiedziała, dodając, że chciała studiować w Polsce.
Na ulicy reporterów zaczepił młody mężczyzna, który po polsku nauczył się w tutejszym liceum. Zapytany o narodowość odparł: „Nie, moi rodzice są Rosjanami". Inny rozmówca, znający dobrze Polskę, na pytanie „kim jesteś?" odpowiedział z przekonaniem: „Jestem stąd, z pogranicza, tutejszy".
Sympatie prorosyjskie i pytanie o lojalność
Reporterzy pytali mieszkańców, czy w mieście są ludzie „czekający na Putina". Nikt nie potwierdził tego wprost, ale też nikt nie zaprzeczył istnieniu takich postaw.
Juris Willums, miejscowy polityk i poseł związany z rządzącą partią, mieszkający blisko granicy, podzielił ludność rosyjskojęzyczną na trzy grupy. Pierwsza - dobrze zintegrowana - „bardzo dobrze rozumie, czym jest Putin, czym jest Rosja, jak wygląda wojna na Ukrainie". Druga to według niego „właściwie straceni ludzie", pozostający pod wpływem rosyjskich mediów i TikToka: „Nie wiem, jak im wytłumaczyć, kim jest naprawdę Putin".
Trzecia grupa - „szara sfera" - to ludzie, którzy, jego zdaniem, chcą się czuć Łotyszami, ale dotąd im się to nie udało. „Dla nich lepiej zostać trochę z boku, być cicho i przyglądać się, co tak naprawdę się stanie" - opisywał ich postawę.
Symbolem napięcia jest postawa mera Dyneburga. Choć nosi łotewskie nazwisko i jest etnicznie Łotyszem, uchodzi za zwolennika współpracy z Rosją - miał mówić, że „Krym jest rosyjski". Jego pragmatyzm reporterzy streszczają tak: wojna kiedyś się skończy, a Rosja i tak zostanie, więc trzeba się z nią ułożyć. W przeciwieństwie do Rygi, gdzie w centrum wiszą flagi ukraińskie, w Dyneburgu ich nie ma - mer podobno na to nie pozwala, a jedną wywieszoną flagę ktoś zdjął i podeptał.
Głos redakcji: „to nieprawda, że wszyscy popierają Putina"
Odmienną perspektywę przedstawiła Inna Plawoka, właścicielka portalu „Czajka", której serwis czyta miesięcznie około 150 tysięcy osób. „Mówić o tym, że wszyscy rosyjskojęzyczni tutaj popierają Putina czy czekają na Putina, to jest po prostu nieprawda" - podkreśliła.
Zaznaczyła jednak, że skala poparcia jest trudna do zmierzenia. Gdy jej portal opublikował materiał o dronie, który wleciał nad terytorium Łotwy, część komentujących obwiniała Ukrainę i Stany Zjednoczone, a nie Rosję. Ludzie ci - jak zauważyła - nie rozumieli, że przyczyną incydentu jest wojna rozpoczęta przez Rosję.
Inna, w paszporcie zapisana jako Białorusinka, a czująca się Łotyszką, opisała własną drogę. Jej rodzice przyjechali do pracy z Białorusi. Do 2022 roku niewielu mieszkańców Łatgalii musiało znać łotewski - dało się robić karierę wyłącznie po rosyjsku. „Dopiero po 24 lutego zrozumiałam, że to ogromna głupota nie znać języka kraju, w którym się urodziłeś" - przyznała. Dziś sama chodzi do klubu języka łotewskiego, ubolewając, że rosyjskojęzyczni mieszkańcy korzystają z takich możliwości rzadko.
Zapytana, czy w razie ataku hybrydowego znaleźliby się ludzie wywieszający rosyjskie flagi, odparła, że tacy istnieją. Zarazem trudno jej wyobrazić sobie, by mieszkańcy nowoczesnego europejskiego kraju chcieli zamienić swoje życie na to w Rosji czy na Białorusi.
Presja hybrydowa u granicy
Region jest areną nasilającej się presji migracyjnej sterowanej z Białorusi. W okolicy miejscowości Silena, około 2,5 kilometra od zamkniętej granicy, wykryto wybetonowany tunel o wysokości półtora metra, którym na Łotwę przedostawali się nielegalni imigranci. Po zatrzymaniu grupy kilkunastu osób władze ogłosiły akcję „Wilkołak".
Według lokalnych mediów doszło przy tym do starcia - imigranci pochwycili jednego z łotewskich pograniczników i próbowali wciągnąć go tunelem z powrotem na Białoruś. Od początku roku odnotowano około dziewięciu tysięcy prób przekroczenia granicy.
Problem wykracza poza Łotwę. Imigranci są przewożeni dalej - do Finlandii lub na południe, przez Litwę do Polski. Litwa zapowiedziała kontrole na granicy z Łotwą i rozważa jej zamknięcie, co byłoby ciosem w solidarność państw bałtyckich. Sprawa nabiera wagi przed październikowymi wyborami na Łotwie, w których presja migracyjna stała się głównym tematem.
Z dworca autobusowego w Dyneburgu - skąd jeszcze dwa miesiące wcześniej odjeżdżały liczne autobusy na Białoruś - dziś nie da się już tam dojechać. Reporterów zatrzymała w drodze od granicy łotewska policja; funkcjonariusze rozmawiali między sobą po łotewsku, lecz z przełożonym jeden z nich mówił po rosyjsku.
Nie drugi Krym
Zdaniem Bartosza Chmielewskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich obawy o „drugi Krym" są przesadzone. „Wbrew powszechnej narracji Dyneburg czy Łatgalia wcale nie jest drugim Krymem czy Donbasem" - ocenił. Na Łotwie brak tradycji separatyzmu czy autonomii, a Łatgalia jest regionem rolniczym, pozbawionym przemysłu i ruchu robotniczego, który napędzał polityczną aktywność wschodniej Ukrainy.
Ekspert postawił zaskakującą tezę: radykalizmu politycznego trzeba szukać nie przy granicy wschodniej, lecz na blokowiskach dużych miast. „Czym bardziej radykalne poglądy, tym dalej od granicy wschodniej" - stwierdził, wskazując wyniki wyborów w ryskiej dzielnicy Boldaja oraz w Lipawie na zachodzie kraju.
Kwestią sporną pozostaje szkolnictwo. Po wojnie na Ukrainie prawo wymaga, by wiodącym językiem nauczania był łotewski - dotyczy to również szkół polskich. Reporterzy różnią się w ocenie praktyki: jeden przywołuje relację o zajęciach dalej prowadzonych po rosyjsku, drugi wskazuje na coraz ostrzejszą „łatyszyzację", w której problemy zgłaszają również polskie organizacje mniejszościowe.
Na tle tych napięć wyraźnie rysuje się jedno: Polska cieszy się w Dyneburgu dobrą opinią. Od Batorego, przez Piłsudskiego, który w 1920 roku po zdobyciu miasta z rąk bolszewików oddał je Łotwie, aż po dzisiejszych polskich żołnierzy w natowskich siłach - Polska postrzegana jest jako poważny sojusznik i gwarant bezpieczeństwa. To właśnie ten kapitał zaufania, obok pytania o lojalność części mieszkańców, wyznacza granice, w jakich Łotwa próbuje zabezpieczyć swoje wschodnie rubieże.