Francja traci kontrolę. Daniel Foubert diagnozuje upadek imperium
Grabież luksusowego Galeries Lafayette w centrum Paryża, nieopodal Pałacu Elizejskiego, to według publicysty Daniela Fouberta nowy etap trwającego od dekad kryzysu francuskiego państwa - moment, w którym plądrowanie przestało dotyczyć sklepów spożywczych, a zaczęło obejmować symbole cywilizacji. W rozmowie z Igorem Janke na Kanale Otwartym specjalista od geoekonomii i geopolityki, Francuz polskiego pochodzenia mieszkający w Iławie, kreśli obraz kraju, który jego zdaniem traci panowanie nad własnym terytorium, a elity polityczne nie dostrzegają skali zagrożenia.
"To nie jest już plądrowanie sklepów"
Foubert, który spędził we Francji dwadzieścia pięć lat, wskazuje ostatnie wydarzenia jako przełomowy "kamień milowy". "To nie jest już plądrowanie sklepów. To jest plądrowanie Galeries Lafayette. To nie jest sklep. To jest o wiele więcej" - mówi. Według niego to różnica jakościowa: rabowane są najdroższe, najbardziej wyrafinowane produkty, jakie potrafi wytworzyć jedna z największych cywilizacji świata.
Publicysta podkreśla wymiar symboliczny zdarzenia. "Produkt gospodarczy nie ma tylko wartości gospodarczej i pieniężnej. To jest produkt umysłowy, kulturalny, cywilizacyjny" - tłumaczy. Z galerii, jak relacjonuje, wychodzili ludzie z torebkami Hermès i rolexami. Przejście od drobnych kradzieży w sieciach handlowych do rabunku dóbr luksusowych oznacza dla niego, że "teraz już mogą zrabować cokolwiek".
Zamieszki rozegrały się, według relacji gościa, w samym sercu stolicy, o kilkadziesiąt metrów od siedziby prezydenta. Foubert mówi o tysiącu uczestników i konkluduje: "Oni tracą kontrolę".
Spór o reakcję Macrona
W rozmowie przywołano wypowiedzi prezydenta Emmanuela Macrona. Według Fouberta francuski przywódca stwierdził, że osoby źle mówiące obecnie o Francji "nie lubią Francji", a krążące nagrania miały być materiałami generowanymi przez sztuczną inteligencję i podsycanymi przez Rosjan.
Foubert nie wyklucza rosyjskiego wątku, lecz traktuje reakcję prezydenta jako objaw głębszego problemu. "To jest odklejenie na poziomie Związku Radzieckiego" - ocenia. W jego interpretacji Macron reprezentuje elitę oderwaną od rzeczywistości, która "nie chce widzieć trudów rzeczywistości, więc już nie widzi rzeczywistości takiej, jaka ona jest".
Osobnym punktem dyskusji stał się reportaż francuskiej telewizji publicznej - według gościa około dwunastominutowy materiał niemal pozbawiony komentarza. Jak relacjonuje, dziennikarz, który go przygotował, został oskarżony przez największy francuski związek zawodowy, a szef stacji tłumaczył się z braku kontekstu. "To są ci ludzie, którzy blokują Francję" - mówi Foubert.
Długofalowa diagnoza: imperium, dług i socjalizm
Foubert umieszcza bieżące wydarzenia w ramach wieloletniego procesu, który porównuje do upadku Rzymu. "Ten upadek zaczął się już dawno temu" - stwierdza. Jego zdaniem w każdym imperium rozwija się oligarchia potrzebująca "proletariatu międzynarodowego", którego Francja szukała najpierw w Afryce, a następnie sprowadziła do siebie.
Publicysta formułuje tezę, którą sam nazywa zaskakującą: że socjalizm i neomarksizm są "dzieckiem oligarchii międzynarodowej, która rozwija imperia". W jego analizie współczesny globalizm, "wokizm" i różne odmiany socjalizmu łączą się z agresywnym neoliberalizmem i deregulacją w jeden system, który określa mianem postmodernizmu.
Punktem zwrotnym w historii najnowszej Francji nazywa rok 1971 i sojusz z komunistami, od którego - jak twierdzi - kraj "zaczął zjeżdżać bardzo mocno w kierunku socjalizmu, w kierunku wygody". Tę wygodę opisuje jako pozorną: krótszy czas pracy, więcej zasiłków i rosnący dług, które z czasem przekształciły się w to, co nazywa wprost kradzieżą. "Sprawiedliwość społeczna to jest to. To jest zabrać bogatym" - mówi.
Jednocześnie Foubert nie odmawia Francji osiągnięć. Przyznaje, że zbudowała kilkadziesiąt elektrowni jądrowych oraz jako jedna z pierwszych na świecie stworzyła własną sieć - Minitel. Podkreśla, że kraj nadal ma bardzo dobrych inżynierów. Paradoks polega, w jego ocenie, na tym, że "ci ludzie, którzy potrafią budować elektrownie jądrowe, w tej chwili blokują swoje instytucje".
Osobiste świadectwo z przedmieść
Znaczną część rozmowy Foubert poświęca własnym obserwacjom z północno-wschodnich obrzeży Paryża, gdzie osiedliła się jego rodzina. Dzielnica, w latach dziewięćdziesiątych tania i znośna, zmieniała się - jak opisuje - wraz z wymianą mieszkańców oraz pogarszaniem się bezpieczeństwa, czystości i porządku. Jako jeden z symptomów podaje decyzję koncernu motoryzacyjnego o zamknięciu zakładu po tym, jak gmina zaczęła głosować na skrajną lewicę, co wiązał z podwyżkami podatków i narastającym poczuciem zagrożenia.
Najmocniejsze wrażenie wywarły na nim codzienne dojazdy do liceum. "Widziałem tych ludzi (…) jak od czasu do czasu jakiś telefon był ukradziony" - wspomina, opisując też scenę, w której jeden z pasażerów groził innemu piłą elektryczną, a nikt nie reagował. "Pomyślałem sobie: co oni zrobili z mojego kraju" - mówi, zaznaczając, że działo się to kilkanaście lat temu. Jego wniosek brzmi: "Po prostu nie ma państwa francuskiego", a policja nie wchodzi w niektóre strefy.
Osobne spostrzeżenia dotyczą szkolnictwa. Foubert twierdzi, że w wielu placówkach "po prostu nie ma szkoły", bo brak porządku uniemożliwia naukę, a uczniowie "chodzą do szkoły po to, żeby się nie uczyć". Opisuje też mechanizm blokowania liceów przez upolitycznionych uczniów wspieranych przez skrajnie lewicowe środowiska studenckie - również w zamożnych dzielnicach stolicy, gdzie, jak mówi, nikt nie przywracał porządku.
Foubert zastrzega, że sytuacja ma więcej niż jedno oblicze. Opisuje podparyskie miasto Creil, gdzie - mimo braku rdzennych Francuzów w centrum - życie toczy się po francusku, a lokalne piekarnie sprzedają croissanty. "To wszystko działa" - przyznaje, nazywając to zjawisko "brazylijską Francją": zachowującą część cech francuskich, lecz zmienioną. Co do bezpieczeństwa i czystości ocenia, że bywa tam gorzej, choć porównuje poziom do niektórych dzielnic Neapolu, który również odwiedził.
Elity: "mania wielkości" i kac postimperialny
Francuskie elity Foubert ocenia surowo, lecz stawia je na jednym poziomie z niemieckimi i brytyjskimi. Mówi o "umiarkowaniu francuskim" i pozornej racjonalności, które w jego interpretacji maskują tchórzliwość. Zarazem dostrzega sprzeczność: jak słabe społeczeństwo mogło zbudować kilkadziesiąt elektrowni jądrowych i stworzyć liczne nowoczesne rozwiązania. Odpowiedzi upatruje w psychologii: "Można być bardzo wybitnym matematykiem i być kompletnym idiotą z punktu widzenia polityki".
Kluczową rolę przypisuje systemowi kształcenia administracji, w szczególności dawnej École Nationale d'Administration. Zdaniem Fouberta uczelnia wytworzyła kastę przekonaną o własnej wyższości, w której "wszyscy myślą dokładnie tak samo", a program nie przekazywał realnych kompetencji. Zmiana nazwy instytucji przez Macrona niczego - jak twierdzi - nie zmieniła.
Zjawisko dotykające dawne mocarstwa Foubert nazywa "kacem postimperialnym". "Stworzyło się imperium, a już nie jest się imperium, ale dalej próbuje się zachowywać tak jak imperium" - wyjaśnia. Przywołuje francuski film „Mania wielkości” (La Folie des grandeurs), by zilustrować brak umiejętności zatrzymania się we właściwym momencie. Jako jedyne imperium potrafiące wyznaczyć sobie granice - po części z powodów geograficznych - wskazuje Chiny.
Rewolucja, wybory i rola Rosji
Foubert stawia pytanie, czy we Francji w ogóle odbędą się wybory, i przywołuje warunki początku rewolucji: masę ludzi niemożliwych do skontrolowania oraz świadomość, że władza jest zbyt słaba, by ich powstrzymać. Jako nowe zjawisko wskazuje osoby ze środowisk skrajnej lewicy, które - według niego - w mediach usprawiedliwiają przemoc jako "normalny tok rewolucji". Przytacza relacjonowaną wypowiedź, w której podpalone firmy określono jako "słodkie".
Porównuje bieżące wydarzenia do zdobycia Bastylii, przypominając, że i ten epizod zyskał rangę symbolu dopiero w późniejszej narracji. "To, co się stało w ostatnią sobotę, w sumie jest mocniejsze niż początek rewolucji francuskiej" - ocenia. Wcześniejszym przełomem były dla niego zamachy z 2015 roku, które wstrząsnęły Francuzami, lecz jedynie ujawniły utratę kontroli nad terytorium.
Mimo pesymistycznej diagnozy Foubert dostrzega przeciwny nurt - "budzącą się wieczną Francję". Opisuje masową demonstrację francuskich katolików, których liczbę szacuje na setki tysięcy, a nawet milion, zgromadzonych na spotkaniu z papieżem. Jego zdaniem właśnie ten obraz zmobilizował lewicę do radykalizacji, z obawy przed przejęciem władzy przez Marine Le Pen. Samą Le Pen określa jako polityk raczej umiarkowaną, odrzucającą szariat, lecz nie Unię Europejską.
W tle pozostaje kwestia Rosji. Foubert przypomina, że Macron bywał nastawiony prorosyjsko, i przywołuje - jak twierdzi - jego słowa z 2021 roku o Rosji jako „kraju oświecenia". Ostrzega, że zwycięstwa sił sprzeciwiających się wsparciu Ukrainy - Le Pen we Francji i AfD w Niemczech - mogą sprzyjać odbudowie rosyjskich wpływów. Sugeruje przy tym, że trwały upadek Rosji, rozłożony na dekady, byłby dla regionu korzystniejszy niż jej gwałtowne zniszczenie.
Polska na tle słabnącego Zachodu
W rozmowie wielokrotnie powraca kontrast między Francją a Polską. Foubert przyznaje, że polskie elity polityczne nie są lepsze od zachodnich, lecz formułuje tezę: "Polska nauczyła się rozwijać bez państwa", podczas gdy Francuzi wszystko oddali instytucjom. Zarazem zastrzega, że Polska wygrywa przede wszystkim dlatego, iż słabnie jej otoczenie, a głównym czynnikiem polskiego "zdrowia" pozostaje słabość Rosji.
Igor Janke kontrował tę ocenę, wskazując, że to silne instytucje decydują o sukcesie narodów, a polskie - jak Trybunał Konstytucyjny, sądownictwo i media publiczne - pozostają słabe lub upolitycznione. Foubert częściowo przyznał mu rację, wymieniając zarazem konkretne przedsięwzięcia, które ocenia pozytywnie: Polski Fundusz Rozwoju, mur graniczny czy projekt CPK. Dyskusja ujawniła różnicę zdań co do tego, czy polski rozwój jest zasługą, czy efektem sprzyjających okoliczności.
W najszerszej perspektywie Foubert nie pozostawia złudzeń co do Francji: "Jak się spojrzy na trend długoterminowy, to nie ma żadnej nadziei". Źródło problemu widzi w tym, że - jak twierdzi - Francuzi są w przeważającej większości socjalistami, a nawet ewentualne zwycięstwo prawicy nie uzdrowi systemu bez odrzucenia całego sposobu myślenia. Państwo francuskie uznaje za "zlikwidowane w 50 procentach", wskazując na łagodne kary wobec sprawców rabunków.
Rozmowa kończy się jednak nutą osobistej sympatii. "Uwielbiam Francję i mam nadzieję, że dalej będę ją uwielbiał (…) i że się odrodzi" - mówi Foubert, dodając, że byłoby to korzystne również dla Polski. Prowadzący pozostawia widzom pytanie, czy Francja ma szansę ponownie stać się potęgą cywilizacyjną, kulturową i gospodarczą - czy ten rozdział został już zamknięty.